Runner – recenzja filmu. Tak biegli, iż złapali zadyszkę

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Po zdobyciu popularności dzięki Reacherowi, Alan Ritchson ponownie wciela się w niezwykle kompetentnego i zabójczego mięśniaka. Tym razem na ekranie towarzyszy mu powszechnie lubiany i obdarzony komediowym talentem Owen Wilson. Czy duet ten zapewnił porządną rozrywkę?

Runner to dość sztampowy akcyjniak w reżyserii Scotta Waugha, którego dorobek nie wyróżnia się niczym szczególnym. Reżyser może być kojarzony przede wszystkim z adaptacji Need for Speed. Fabuła skupia się na Hanku Malonie, byłym żołnierzu, który w tej chwili pracuje jako swego rodzaju kurier. Najnowsze zlecenie stawia go na drodze Bena Bishopa. Gadatliwy bohater, w którego wciela się Owen Wilson, ma dostarczyć organ do przeszczepu. Choć początkowo obaj zakładają, iż zadanie będzie stosunkowo proste, sytuacja gwałtownie wymyka się spod kontroli. Rozpoczyna się wyścig z czasem, w którym zwycięstwo może przypaść albo bohaterom, albo kartelowi.

Fot. kadr z filmu

Chyba nikogo nie zaskoczy fakt, iż fabuła jest sztywna do bólu. Twórcy sięgają po klasyczne schematy, które w kinie akcji oglądaliśmy już setki razy. Runner oferuje kilka zwrotów akcji, ale widz potrafi przewidzieć je na długo przed tym, zanim faktycznie nastąpią. Doceniam jednak pomysł, by zamknąć całą historię w bardzo krótkim przedziale czasowym. Dzięki temu fabuła pozostaje skondensowana i nie rozłazi się na boki. Nie zmienia to jednak faktu, iż scenariusz służy przede wszystkim jako wymówka do zaprezentowania kilku efektownych scen mordobicia.

Hank Malone idealnie wpisuje się w klisze, do których przyzwyczaiły nas akcyjniaki. Jest małomówny i zdecydowanie woli działać, niż gadać. Twórcy dorzucili mu kilka wątków dramatycznych, między innymi rozwód i tajemnicę dotyczącą losów jego córki, których początkowo nie znamy. Nie są to szczególnie oryginalne pomysły, ale nadają bohaterowi choć odrobinę głębi.

Fot. kadr z filmu

Malone ma też szczęście, iż wciela się w niego Alan Ritchson. Aktor świetnie wypada w scenach akcji, a jego niemal absurdalna budowa sprawia, iż bez problemu kupujemy go w roli niepowstrzymanej maszyny do zabijania. Ritchson ma przy tym sporo uroku, dzięki czemu jego bohater gwałtownie zyskuje sympatię widza.

Protagonista potrzebuje jednak kogoś, kto będzie stanowił dla niego kontrast. Tutaj na scenę wkracza Ben Bishop. Przez większość filmu próbuje nawiązać small talk z bohaterem Ritchsona, ale początkowo kompletnie mu to nie wychodzi. Wraz z rozwojem wydarzeń panowie zaczynają jednak coraz lepiej się dogadywać. Podczas oglądania Runnera ich wymiany zdań potrafią naprawdę rozbawić i wywołać uśmiech na twarzy.

Fot. kadr z filmu

Obawiałem się, iż Bishop okaże się niepotrzebnie irytujący, ale twórcy na szczęście wiedzą, kiedy nieco przystopować tę postać. Nie da się też ukryć, iż obsadzenie w tej roli aktora pokroju Owena Wilsona znacząco wpłynęło na efekt końcowy. Jego naturalny komediowy talent dobrze współgra z poważniejszym Ritchsonem. Warto również docenić dość odważną decyzję twórców dotyczącą zakończenia wątku postaci.

Jeśli chodzi o najważniejszy element tego typu produkcji, czyli akcję, Runner wypada niestety rozczarowująco. Problemem nie jest jakość poszczególnych scen, ale przede wszystkim ich liczba. Pomimo stosunkowo krótkiego metrażu film ma fragmenty, w których robi się zdecydowanie zbyt przegadany. Fragmenty z pościgami, strzelaninami i walką wręcz są zrobione naprawdę solidnie, a Ritchson świetnie się w nich sprawdza. Nie jest to niczym szokującym patrząc na portfolio aktora. Szkoda więc, iż produkcja nie wykorzystała tego bardziej.

Fot. kadr z filmu

Kolejnym irytującym elementem są antagoniści. Banda zbirów prześladujących głównych bohaterów okazuje się kompletnie bezbarwna. Co gorsza, przeciwnicy zachowują się tak głupio, iż ani przez chwilę nie sprawiają wrażenia realnego zagrożenia. Najlepiej widać to na przykładzie ich przywódcy, Damiana Zaldivara. Postać gwałtownie zmienia się w karykaturę, a grający go aktor nieudolnie próbuje naśladować szaleńca pokroju Jokera. Zamiast budzić strach, wywołuje raczej zażenowanie.

Runner to bardzo przeciętny przedstawiciel współczesnego kina akcji. Główny duet aktorski wypada naprawdę dobrze, a obserwowanie chemii między Ritchsonem i Wilsonem sprawia sporo frajdy. Niestety, najważniejszy element filmu, czyli sceny akcji, pojawia się zbyt rzadko, co znacząco obniża przyjemność z seansu. Nie uważam, żeby te półtorej godziny było czasem straconym, ale do ponownego seansu raczej bym nie wrócił. To po prostu produkcja do bólu przeciętna.


Fot. główna: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału