Włochy kojarzą się z miłością bez umiaru. Opera, w której umiera się z tęsknoty, Wenecja o zmierzchu, „ti amo” rzucane z balkonu. A jednak kraj, który wymyślił połowę światowego repertuaru o miłości, przez większość XX wieku nie pozwalał małżonkom się rozstać. La dolce vita miała drobny druk.
Kraj, który nie pozwalał odejść
Rozwód wprowadzono do włoskiego prawa zdumiewająco późno – dopiero 1 grudnia 1970 roku, ustawą numer 898, znaną od nazwisk dwóch posłów jako legge Fortuna-Baslini. Do tego dnia katolickie Włochy traktowały małżeństwo jak dogmat: raz zawarte, na zawsze. Ustawę przepchnięto mimo oporu chadecji, w kraju, w którym Watykan był sąsiadem zza rogu.
I wtedy zaczęła się prawdziwa awantura. Przeciwnicy rozwodu – Democrazia Cristiana, prawica i środowiska katolickie – zebrali ponad milion podpisów i doprowadzili do referendum. W dniach 12-13 maja 1974 roku Włosi poszli głosować o tym, czy przez cały czas wolno im się rozwodzić. Wynik zaskoczył wszystkich, łącznie z Kościołem: 59,3 procent opowiedziało się za utrzymaniem rozwodu. Naród okazał się nowocześniejszy niż jego elity. Rozwód został.
Rozwód po sycylijsku
Zanim jednak prawo się zmieniło, absurd sytuacji uchwyciło kino – i to jak. W 1961 roku Pietro Germi nakręcił Divorzio all’italiana, „Rozwód po włosku”, z Marcellem Mastroiannim w roli życia. Film dostał Oscara za scenariusz i do dziś jest jedną z najzłośliwszych komedii, jakie Włochy o sobie opowiedziały.
Rzecz w tym, iż bohater – zubożały sycylijski baron uwięziony w małżeństwie bez iskry – rozwodu wziąć nie może, bo prawo mu nie pozwala. Kombinuje więc inaczej: postanawia znaleźć żonie kochanka, przyłapać ją i… zabić. Dlaczego akurat tak? Bo ówczesny kodeks karny – słynny delitto d’onore, artykuł 587 – za zabójstwo „w obronie honoru” przewidywał śmiesznie łagodną karę. W kraju bez rozwodu prościej, taniej i bezpieczniej było owdowieć niż się rozstać. Ten przepis, dziś nie do pomyślenia, zniesiono dopiero w 1981 roku.
Cała gorzka pointa filmu mieści się w jednym paradoksie: system, który miał chronić świętość rodziny, w praktyce podpowiadał, żeby zamiast się rozwieść – sięgnąć po nóż.
Włoski rozwód dzisiaj
Dziś jest, rzecz jasna, spokojniej – choć Włosi wciąż lubią, gdy rozstanie ma swój rytuał. Reforma z 2015 roku, tak zwane divorzio breve („szybki rozwód”), skróciła obowiązkową separację poprzedzającą rozwód z trzech lat do dwunastu miesięcy, a przy zgodnym rozstaniu – do sześciu. Ale sama zasada została: we Włoszech nie rozwodzisz się „od ręki”. Najpierw separacja, dopiero potem rozwód. Winę zresztą sąd może komuś przypisać – ale na etapie separacji, nie samego rozwodu.
A jak rozstajemy się nad Wisłą?
Kiedy czyta się o tej włoskiej drodze – trzy lata przymusowej separacji, referenda o być albo nie być rozwodu, honor wpisany do kodeksu karnego – samo ciśnie się pytanie: a jak to jest u nas?
Zupełnie inaczej. W Polsce nie ma obowiązkowej separacji przed rozwodem. Sąd bada w gruncie rzeczy jedno: czy między małżonkami nastąpił trwały i zupełny rozkład pożycia. Można rozstać się z orzekaniem o winie albo bez niego – i to właśnie rozwód bez orzekania o winie jest w praktyce ścieżką najszybszą i najczęściej wybieraną: sąd nie roztrząsa, kto zawinił, a całą sprawę potrafi zamknąć jedna rozprawa. Bez sycylijskiego dramatu i bez czekania latami.
Drobny druk dolce vita
Jest w tym coś włoskiego, żeby z rozstania zrobić operę w trzech aktach – z separacją, sądem i honorem w tle. My załatwiamy to prościej, i może właśnie dlatego rzadziej kończy się to filmem. „Rozwód po polsku” brzmiałby jak tytuł, na który nikt nie poszedłby do kina – i całe szczęście.




![W ostatnich dniach odeszli od nas [13.07 – 19.07.2026]](https://www.infoprzasnysz.com/wp-content/uploads/2026/01/znicz-nekrologi-przasnysz-2.jpg)

