Żona Marcina była dziwna. Niezwykle piękna, to prawda: naturalna blondynka o czarnych oczach, zgrabna, wysoka, biuściasta, długonoga. A w łóżku istny ogień. Na początku liczyła się tylko pasja, choćby nie było kiedy się nad czymkolwiek zastanawiać. Potem była ciąża. No więc ślub, jak się należy.
Przyszedł na świat syn, równie jasnowłosy i czarnooki. Wszystko było, jak u wszystkich: pieluchy, przewijaki, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Magdalena zachowywała się jak każda młoda mama tuliła synka, dbała o niego, była czuła i troskliwa.
Zaczęło się zmieniać, gdy syn wyrósł na nastolatka. Magdalena nagle zainteresowała się fotografią. Cały czas coś pstrykała, chodziła na jakieś kursy, wiecznie z aparatem na szyi.
Czego ci brakuje? pytałem. Pracujesz jako prawniczka, to pracuj, po co ci jeszcze te hobby?
Prawnikiem poprawiała mnie cierpliwie.
No dobrze, prawnikiem. Ale mogłabyś więcej czasu poświęcać rodzinie, zamiast włóczyć się nie wiadomo gdzie…
Sam nie rozumiałem, co mnie tak naprawdę denerwuje. Przecież nie zaniedbywała domu: jedzenie zawsze na stole, czysto, edukacją syna się zajmowała. Ja wracałem z pracy, padałem na kanapę przed telewizorem, jak powinno być. Ale wciąż mnie drażniło, iż ona znika gdzieś, dokąd ja nie mam wstępu. Jakby była, ale jej nie było. Nigdy nie oglądała ze mną telewizji, nie rozmawiała ze mną o filmach, o polityce. Nakarmiła i zaraz znów zamykała się z aparatem.
Jesteś moją żoną czy nie?! wściekałem się, widząc ją znowu przy komputerze.
Milczała. Robiła się jakaś zamknięta w sobie.
Kochała też wyjazdy: jeździła sama do różnych egzotycznych krajów. Brała urlop i ciągle gdzieś latała z tym swoim aparatem i plecakiem. Ja nie rozumiałem.
Chodź do znajomych na działkę. Swoją czas najwyższy mieć! A oni mają nową altanę, domową nalewkę, swojską kiełbasę.
Nie chciała. Zapraszała mnie w swoje podróże, ale pojechałem raz i wystarczyło: wszystko obce, jedzenie dziwaczne, ludzie gadają nie wiadomo jakim językiem, zero komfortu. Mnie krajobrazy nigdy nie interesowały.
Potem jeździła już tylko sama. Jeszcze z pracy odeszła.
A co z emeryturą? irytowałem się. Co ty sobie wyobrażasz? Wielką fotografką zostaniesz? Wiesz, ile na to trzeba pieniędzy?!
Nic nie odpowiadała. Raz tylko cicho powiedziała:
Będę mieć swoją pierwszą wystawę. Taką swoją własną.
Każdy teraz ma wystawę mruknąłem pod nosem. Też mi osiągnięcie.
Ale na otwarcie poszedłem. Nic nie zrozumiałem. Jakieś twarze nieznane, choćby nie są piękne. Pomarszczone ręce, mewy nad wodą, wszystko takie dziwaczne jak ona sama.
Zażartowałem sobie z niej wtedy. A potem kupiła mi samochód. Proszę bardzo, jesteśmy rodziną, korzystaj. Sama choćby prawa jazdy nie miała, dla mnie kupiła. Z zarobków z tych swoich zdjęć, na zleceniach.
Wtedy zrobiło mi się nieswojo. Niepokój mnie ogarnął. Jakiś obcy stwór mieszkał razem ze mną zamiast żony! Skąd ona brała te pieniądze? Dawali jej facet? Przecież nie da się zarobić na samochód takimi wygłupami! Może ma kochanka? choćby jak nie, na pewno kiedyś będzie!
Próbowałem ją wychowywać tak, lekko, raz zrobiłem awanturę, choćby ją spoliczkowałem. Złapała za kuchenny nóż, przecięła mi brzuch w poprzek na szczęście tylko dwa szwy. Na szczęście nie trafiła mocniej, wariatka jedna. Potem przepraszała, ja też. Ale już nigdy więcej ręki nie podniosłem.
Koty kochała bardzo. Wszystkim pomagała, przynosiła do domu, leczyła, szukała domów. Nam w domu zawsze dwa mieszkały. Miłe, łagodne, ale to przecież nie ludzie! Jak można kochać koty bardziej niż męża?
Kiedyś jej kot zdechł, nie udało się go uratować, zdechł na jej rękach w klinice. Magdalena rozpaczała! Płakała, piła wino, obwiniała siebie. Przez wiele dni nic innego nie robiła. Mnie już zmęczyła, aż powiedziałem złośliwie:
To jeszcze pomódl się za karaluchy!
Rzuciła na mnie ciężkie, czarne spojrzenie. Zamilkłem, rzuciłem wszystko, wyszedłem. Niech robi, co chce.
Znajomi współczuli, jej koleżanki też uważały, iż odpłynęła, straciła kontakt z rzeczywistością. Wtedy poszukałem pocieszenia u sąsiadki, przy okazji przyjaciółki Magdy z dzieciństwa. Irka była dużo prostsza. Pracowała jako ekspedientka, nie miała żadnych artystycznych ambicji, zawsze chętna, czy do seksu, czy do posiedzenia. Piła dużo, ale co z tego, nie ożenię się przecież z nią
Czekałem, aż Magdalena zorientuje się, zrobi awanturę, wyleje żale, pobije talerze. Wtedy wytknąłbym jej: A sama gdzie się szlajasz? Przebaczylibyśmy sobie wszystko, rodzina wróciłaby do normy. I Irenę można by zostawić.
Ale Magda milczała. Patrzyła tylko tak przykro. W łóżku też przestało być cokolwiek. Wycisnęła się, zeszła do oddzielnego pokoju.
Syn dorósł, skończył studia. Wyglądał cały jak matka czarnooki, blondyn, dziwny.
Kiedy wnuki? podpytywałem.
Denis tylko się śmiał: chce coś w życiu zrobić, prawdziwą miłość spotkać. Wtedy wnuki, tato. Obcy, niezrozumiały. W matkę cały. Oni z Magdą zawsze się świetnie rozumieli, potrafili się porozumieć bez słów. Ja czułem się obcy, dziwnie z tymi ich czarnymi oczami, które czytają jak książkę, ale których sam nie rozumiałem. Znowu szukałem pocieszenia u Irki.
Potem Magda się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów powiedział, nie bardzo się kryłem. Wracam kiedyś do domu, a ona przy stole, pali papierosa. I tak cicho, ledwo szeptem:
Wynoś się stąd! Wynocha z domu!
Oczy czarne, straszne, podkrążone.
Poszedłem do Irki. Czekałem, aż Magda zadzwoni, poprosi, żebym wrócił. Po tygodniu napisała sms-a w WhatsAppie, iż musimy porozmawiać. Ucieszyłem się. Wziąłem prysznic, wypsikałem się drogimi perfumami. A ona od progu:
Jutro idziemy złożyć papiery o rozwód.
Potem wszystko potoczyło się jak we śnie. Rozwód, papiery, podpisy, z mieszkania zrezygnowałem, z dobrego serca, bo to od jej rodziców było
I co teraz? Będziesz sama żyć po rozwodzie? zapytałem z przekąsem, wychodząc z urzędu. Chciałem jeszcze dodać kto cię weźmie?, ale ugryzłem się w język.
Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od lat uśmiechnęła się do mnie tak szczerze i szeroko:
Jadę do Gdańska. Dostałam tam poważny projekt.
Chociaż mieszkania nie sprzedawaj poprosiłem bez sensu. Gdzie wrócisz?
Ja nie wrócę odpowiedziała spokojnie, czyli była już byłą żoną. Wiesz, ja już od dawna kocham innego człowieka. Jest fotografem, z Gdańska właśnie. Z nim jest mi ciekawie. Ale myślałam, żemężatka jestem, nie chciałam się rozwodzić dla samego rozwodu. Po prostu jesteśmy różni. Czy to powód do rozwodu?
Nie, nie jest potwierdziłem.
A jednak się rozwiedliśmy zaśmiała się. Najpierw się wściekłam, kiedy dowiedziałam się o Irce. A potem pomyślałam, widocznie tak miało być. Ja będę szczęśliwa i ty też. Ożeń się z nią, niech wam się wiedzie.
I poszła.
Nie ożenię się rzuciłem jej za plecami.
Ale już nie usłyszała.
Od tamtej pory nie miałem od niej żadnych wieści. Tylko raz w roku puszczała krótką wiadomość na WhatsAppa: Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Zdrowia i szczęścia! Dziękuję za syna.
Nauczyłem się, iż ludzi nie można zmienić pod siebie. Każdy żyje na własnych warunkach i szczęście przychodzi dopiero wtedy, gdy to zaakceptujesz.









