Rozmowa, która brzmiała muzyką – koncert Tomasza Lipnickiego w Falconie

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Tomasz Lipa Lipnicki 15.02.26_21


Niektóre koncerty się ogląda, niektóre się przeżywa. Są też takie, których bardziej się słucha w sobie. I właśnie taki był wieczór z Tomaszem „Lipą” Lipnickim 15 lutego w warszawskim Falconie. To nie był koncert w klasycznym sensie. To była rozmowa. Taka, która czasem potrzebuje słów, a czasem muzyki, żeby móc się wydarzyć.

Na początku przyszły ciemniejsze rejony twórczości z czasów Illusion: „Okruchy udręki”, „Vendetta” i „Cierń”. Brzmienia cięższe, bardziej chropowate emocjonalnie, jakby wyciągnięte z miejsca, gdzie człowiek spotyka się ze sobą bez filtrów.

Między utworami pojawiały się fragmenty codzienności. Tomek mówił o inspiracjach: zdaniach, które potrafią w nim zamieszkać na długo i pytaniach „co by było gdyby”, które nie dają spokoju. Opowiadał o abstynencji, o ciszy zamiast nieustannego szumu informacji, o szukaniu miejsca do życia, które byłoby jednocześnie blisko świata i daleko od ludzi. Także o samotności, która bywa przestrzenią potrzebną do oddychania, tęsknocie i muzyce. Padła też zapowiedź nowej płyty zespołu Illusion – jeszcze w drodze, jeszcze dojrzewającej.

Tomasz „Lipa” Lipnicki / 15.02.2026 / Klub Falcon

Później energia delikatnie się przesunęła. Pojawiły się utwory z Lipali: „Barykady”, „Popioły”, „Upadam” – pulsujące, bardziej tu i teraz, a jednocześnie przez cały czas bardzo osobiste. Najmocniej wybrzmiały jednak utwory jeszcze świeże i nieoswojone, pochodzące z najnowszej płyty Pola bitew. Ten set otworzyło „Na plaży” z pytaniem, czy jesteśmy czymś więcej niż przypadkiem niesionym przez wiatr. Kolejny utwór „Gdybyśmy…” poruszał temat, czy świat odpowiada na głębokość naszego pragnienia. „Jednorazowa powieść” było jak migawka z życia, które nie daje się powtórzyć, a „Samemu”, wykonywane na płycie z Kasią Kowalską, przyniosło intymne refleksje.

W końcówce wróciły kompozycje Illusion — surowe, mocne, bardzo prawdziwe: „Nóż” i „Nie zawiodę”. A potem interpretacja „Hurt”… i zrobiło się ciszej, jakby nikt nie chciał klaskać zbyt szybko. Ale brawa przyszły. Długie. Równe. Stojące.

Publiczność przez większość czasu siedziała jak zahipnotyzowana, zgodnie zanurzona w muzyce. Gdzieś obok mnie kilkuletni chłopiec śpiewał niemal wszystko. Bez tremy, bez dystansu – było jasne, iż ta twórczość naprawdę żyje, skoro mieści w sobie i dorosłe zmęczenie, i dziecięcą pewność. To był spokojny koncert, ale nie cichy. Bo czasem najgłośniejsze są te rzeczy, które dzieją się w środku człowieka, kiedy muzyka trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. W tym wyjątkowym wieczorze było wszystko – melancholia, pytania o sens, euforia z muzyki, magia chwili i zwykła, ludzka obecność.

Relacja: Anka

Idź do oryginalnego materiału