„Róże na łańcuchu” w Falconie – koncertowa opowieść Kochanków Peggy Brown

strefamusicart.pl 8 godzin temu
Zdjęcie: Kochankowie 16,04,2026 SMADSC06204


16 kwietnia w warszawskim Klubie Bilardowym Falcon od pierwszych dźwięków stało się jasne, iż emocji nie zabraknie. Na scenie zagościł zespół z Lublina Kochankowie Peggy Brown, zabierając nas w podróż przez premierowy materiał z płyty „Róże na łańcuchu” – surowy, szczery i bardzo „ich”.

Setlista płynęła naturalnie: gitarowe intro z pięknie wplecioną mandoliną zaczęło układać wszystko w jedną opowieść. „Taniec w deszczu” otworzył tę historię, a zaraz po nim pojawiły się tytułowe „Róże na łańcuchu” – zapowiedziane z przymrużeniem oka jako piosenka o Piotrku, który chce iść do pracy… ale życie (czyt.: żona ) ma na ten temat inne zdanie.

Dalej „Płyń duszo moja” i „Dziewczyna z Galway” rozbujały klub. Część utworów niosła tekst, inne wybrzmiały czysto instrumentalnie (jak „Krwawa Mery”), ale to właśnie ta zmienność budowała nastrój. Było miejsce na dźwięk i na słowo, na chwilę zatrzymania i zwykłe bycie „tu i teraz”. A iż moje „tu i teraz” przeniosło mnie prosto do pubu w Irlandii, nie mogłam nie poderwać się z krzesła…

Przy „Jestem Aniołem” publiczność na moment przejęła mikrofon – wspólne śpiewanie zasłużyło na rzucony ze sceny komplement: Najlepsza publiczność na świecie! „Jak ptak” – trochę ironiczna, trochę prawdziwa opowieść o potrzebie wolności – trafiła dokładnie tam, gdzie trzeba. „Koty w kołysce” (z gościnnym udziałem Ryszarda Wolbacha na płycie) wprowadziły bardziej refleksyjny ton. „Tatuaż z różą” ponownie porwał publiczność do wspólnego śpiewania, a „Już nic” dało chwilę oddechu. „Popłynę kiedyś w rejs” z kolei znowu otworzyło przestrzeń…

A potem… bisy. I to takie, które żyją własnym życiem. Jeszcze 7! niosło się po klubie. Raz. Drugi. Trzeci. Zespół przeniósł nas jeszcze na chwilę w bieszczadzki klimat numerem o zielonym wilku. A na deser zagrał „Yellow Submarine” po polsku (ukłon w stronę The Beatles) oraz „Folsom Prison Blues” Johnny’ego Cash’a – idealny finał.

Co za energia. Co za wieczór. Kameralne koncerty mają w sobie coś, czego nie da się podrobić – atmosferę, bliskość niemal na wyciągnięcie ręki, prawdę, luz i swobodę na emocje, które nie mieszczą się w dużych salach. I właśnie taki był ten koncert.

Relacja: Anka

Idź do oryginalnego materiału