Rodzicielskie serce. Opowiadanie Dziękuję za wsparcie, lajki, życzliwość, komentarze pod opowiadaniami, subskrypcje i OGROMNE dzięki za wszelkie wpłaty od Was – ode mnie i mojej piątki kotełków. jeżeli podobał Wam się jakiś tekst, udostępnijcie go w mediach społecznościowych – to dla autora wiele znaczy! – Dlaczego jesteś taka posępna z samego rana? choćby się nie uśmiechasz, chodź, zjemy śniadanie. Mąż wszedł do kuchni, przeciągając się zaspany. W końcu wolna sobota. Na kuchence skwierczała jajecznica z boczkiem, a żona nalewała herbatę. Na talerz nałożyła mu większość jajecznicy i położyła kromkę chleba: – Jedz, bierz widelcem! – Coś nie tak zrobiłem, Natalio? – zapytał łagodnie Arkadiusz. – Zrobiliśmy oboje: źle wychowaliśmy dzieci – odpowiedziała Natalia Lechowska, siadając obok i zaczęła jeść bez apetytu. – Córka i syn dorośli, odmawialiśmy sobie wielu rzeczy podczas ich wychowania, takie czasy były. Wspieraliśmy ich, a kto wesprze nas, chociaż słowem? Ciągle mają problemy, a to im nudno, a to pieniędzy im brakuje. I u Swietki, i u Dymka wciąż tylko narzekania. – Skąd ci to przyszło do głowy? Arkadiusz już kończył jajecznicę, z euforią smarował świeżego chleba masłem i dżemem. – Tobie dobrze, bo mi to wszystko piszą, matce. Dymek wczoraj chciał z rodziną iść do kręgielni, poprosił o pożyczkę do wypłaty – zdenerwowałam się i nie dałam mu. Obraził się. A wcześniej Swietka dzwoniła, nie idzie jej kariera piosenkarki, więc ma zły nastrój. Jasne, śpiewać miło, ale trzeba też pracować! A ona chce utrzymywać się ze śpiewania, ale jej nie wychodzi. Wszystkim nie jest to dane, czas to zrozumieć i pójść do jakiejś normalnej pracy! A przecież w dzieciństwie oni z Dymkiem trzymali się razem, a teraz choćby się ze sobą nie kontaktują! Natalia Lechowska odsunęła stygnącą jajecznicę i zaczęła pić herbatę. – Nie przejmuj się tak bardzo, wszystko się ułoży, też byliśmy kiedyś młodzi – próbował pocieszyć Arkadiusz, ale ona jeszcze bardziej się rozpaliła. – Co ty mówisz, Arek, przypomnij sobie! Żyliśmy skromnie, wszystko nas cieszyło! Kiedy urodził się Dymek – wielka radość. Wózek i łóżeczko dostałam od przyjaciółki, śpioszki od siostry, wszystko po starszym synu. Używane, ale jak nowe – przecież dzieci gwałtownie rosną. Byliśmy szczęśliwi. A jak kupiliśmy malucha – sześcioletnią Skodę – byliśmy dumni! Blaszak przy bloku i czuliśmy się bogaci! A naszym, jeżeli nie pojadą za granicę, to życie nieudane – czy tak ich nauczyliśmy? – Czasy się zmieniły, Natalia. Kuszenia więcej, są młodzi, poczekaj, zrozumieją w końcu. – Oby nie za późno, bo życie leci, Arek. Patrzę w lustro – to naprawdę już ja, babcia? I ty – dziadek… Rozmowę przerwał dzwonek telefonu: dzwonił syn Dymek. – No widzisz, znowu coś. – Natalia Lechowska odebrała i z każdą chwilą jej oczy robiły się coraz większe. Zerwała się z miejsca. – Arkadiusz, ubieraj się szybko, Dymek w szpitalu! Sąsiad do mnie dzwonił z jego sali. – Co się stało? – Arkadiusz też zerwał się, spiesząc się z ubraniem. – kilka zrozumiałam, ale podobno szlifierka ciągnęła mu po ręce… tarcza pękła i przecięła. Lekarze próbują uratować dłoń. Oby tylko się udało, żeby nie został bez ręki! Szybko, jedziemy! Oboje wyszli w pośpiechu – już nie młodzi, ale jeszcze nie całkiem starzy rodzice, z niepokojem w oczach. Pobiegli, wszystko inne zapominając, do szpitala do syna… W drodze zadzwoniła Swietka: – Mamo, wpadnę dziś na obiad, może być? – Przyjdź, córeczko, chyba będziemy już z powrotem – zawołała zdyszana Natalia i choćby nie doczekawszy się odpowiedzi, pobiegła za Arkadiuszem na przystanek… W szpitalu gwałtownie ich uspokoili – rękę udało się uratować, ale do syna na razie nie wpuszczą. – Nie pójdę, dopóki nie pozwolicie wejść, zaczekam – Natalia siadła w poczekalni, Arkadiusz obok niej. Nagle do szpitala wbiegła Swietka, rzuciła się do nich: – Mamo, no co tacy zmartwieni jesteście? Wszystko dobrze! Dymek miał wczoraj fuchę, komuś auto naprawiał. Coś się nie otwierało, ścinał śruby i przecięło. Był nieprzytomny, wszystko mu zszyli, palce ruszają, mamo, miny macie jakby kończył się świat – ale już po wszystkim! – Skąd wiesz? – wydała z siebie Natalia. – Zawsze piszemy z Dymkiem, i z jego żoną Leną też. Pomagamy sobie, przecież wiecie! – A my myśleliśmy, iż w ogóle nie macie ze sobą kontaktu, czemu nam nic nie mówiliście? – wyjaśnił Arkadiusz. – Tato, bo wy jesteście tacy silni i radzicie sobie ze wszystkim – nie chcemy was martwić bez potrzeby! – uśmiechnęła się Swietka. – I wyglądacie młodo, więc chcemy, żebyście teraz żyli trochę dla siebie. – A ja już myślałam, iż w ogóle wam na nas nie zależy – też się uśmiechnęła Natalia. – Mamo, to wy jesteście takie niesamowite, niezłomne pokolenie. Chcemy być jak wy, ale nie zawsze wychodzi, tato – staramy się, rozumiecie? Rodzice rozpromienili się, niepokój zniknął z ich twarzy. – Mamo, tato, chciałam wam powiedzieć – dostałam pracę! A na śpiewanie zapraszają mnie na różne imprezy – byłam w przedszkolu, a wczoraj śpiewałam w domu spokojnej starości, tak mi bili brawo! Jedna staruszka aż się popłakała, jej córka jest znaną piosenkarką, i wciąż w rozjazdach, a mamę zostawiła samą… Swietka wzięła nagle rodziców w objęcia: – Bardzo was kochamy z bratem, nie myślcie… Wtedy pielęgniarka pozwoliła zajrzeć do syna na chwilę. Natalia ledwo powstrzymała łzy, ale Dymek spokojnie powiedział: – Mamo, już dobrze, nie zamartwiaj się. Tato, sam opowiadałeś, jak w blaszaku przy samochodzie gniazdo os przyleciało i tak cię pożądliły, iż prawie zmarłeś. Bywa różnie. Jak wyjdę, wpadnijcie do nas na Sylwestra, bo wiecznie ten pośpiech i rzadko się spotykamy. Swieta chyba też chce przedstawić wam swojego chłopaka, jeszcze wam nie mówiła. Do domu wracali pieszo, postanowili się przejść. Nie starzy, ale i już nie młodzi rodzice. Ach, to rodzicielskie serce, zawsze boli dla dzieci. Wydaje się, iż u innych dzieci są idealne, człowiek by chciał, żeby własne były najlepsze, żeby słuchały rodziców, żeby dobrze żyły. A one mają własną drogę, choćby jaką… I są kochane, bo to nasze dzieci…

twojacena.pl 5 godzin temu

Serce rodzica

Dziękuję za wsparcie, za lajki, za każde dobre słowo pod opowiadaniem, za udostępnienia i wielkie dzięki wszystkim za wasze darowizny ode mnie i moich pięciu kocurków. jeżeli macie ochotę, podzielcie się moimi opowieściami w swoich mediach społecznościowych to dla mnie naprawdę miłe!

Dlaczego taka ponura od rana jesteś? choćby się nie uśmiechasz. Chodź, zjemy śniadanie.

Mąż wszedł do kuchni, przeciągając się leniwie. W końcu wolna sobota.

Na kuchence skwierczała jajecznica z boczkiem, a żona nalewała herbatę. Z impetem wrzuciła mu na talerz ponad pół jajecznicy i dołożyła kromkę chleba.

Jedz, Władziu, no!

Coś nie tak zrobiłem, Wandziu? zapytał łagodnie Władysław.

I ty, i ja zrobiliśmy błąd… To my źle wychowaliśmy dzieci odpowiedziała Wanda Zawadzka, siadając obok i zaczynając jeść bez większego apetytu.

Córka i syn już dorośli, a my przez te lata sobie wszystkiego odmawialiśmy, żeby im niczego nie brakowało. Pomagaliśmy, ile się dało, ale kto nas dziś wesprze, choćby słowem? Oni ciągle tylko narzekają iż im nudno, iż pieniędzy mało… I Zosia, i Tomek jedno ciągłe biadolenie.

Skąd ci to przyszło do głowy?

Władysław dojadł jajecznicę i rozsmarowywał masło na świeżym chlebie, a potem nakładał na to dżem.

Tobie dobrze, bo oni wszystko mi piszą, matce. Tomek wczoraj chciał iść z rodziną na kręgle, prosił o pieniądze do wypłaty, ale się wkurzyłam i nie dałam. No to się obraził. A przedtem dzwoniła Zosia z karierą piosenkarki jej nie idzie, więc humor koszmarny. No ileż można śpiewać fajnie, ale do pracy trzeba chodzić! Ona myśli, iż samym śpiewaniem wyżyje, ale nie każdemu się to udaje. A jeszcze w dzieciństwie była z Tomkiem najbliżej, teraz prawie nie rozmawiają!

Wanda odsunęła od siebie już zimną jajecznicę i napiła się herbaty.

Nie przejmuj się aż tak, kochanie. Jakoś się ułoży. My też byliśmy młodzi, pamiętasz? próbował ją uspokoić Władysław, ale tylko dolał oliwy do ognia.

Co ty opowiadasz, Władek? Lepiej sobie przypomnij, jak to było. Żyliśmy skromnie i z wszystkiego się cieszyliśmy! Tomek się urodził szczęśliwi. Wózek i łóżeczko dała koleżanka, a bratowa przesłała kaftaniki po swoim starszym. Używane rzeczy, ale dzieci gwałtownie rosną. Byliśmy szczęśliwi. A jak kupiliśmy poloneza, to dumni chodziliśmy, rakietę pod blokiem zrobiliśmy, czuliśmy się jak bogacze! A dla naszych dzieci, jak nie byli za granicą, to życie przegrane. I kto ich tego nauczył?

Czasy się zmieniły, Wandziu. Kusi ich świat, są młodzi, jeszcze zrozumieją…

Boję się, żeby nie za późno się zorientowali, bo życie ucieka. Patrzę w lustro to już naprawdę ja, babcia? I ty już dziadek…

W tym momencie zadzwonił telefon. To był ich syn, Tomek.

No widzisz, znowu coś szepnęła Wanda, odbierając. Jej twarz nagle poszarzała, oczy szeroko się otworzyły, a ona zerwała się z miejsca.

Władziu! Ubieraj się szybko, Tomek trafił do szpitala! Sąsiad z sali zadzwonił.

Co się stało!? Władysław też zerwał się na nogi i zaczął w pośpiechu zakładać kurtkę.

Dokładnie nie wiem, ale szlifierka raniła mu rękę… tarcza pękła i przecięło mu dłoń. Podobno próbują ją uratować. Tylko żeby wszystko dobrze się skończyło! Jak on potem będzie bez ręki żył? Jedziemy!

Wyskoczyli z domu jak z procy jeszcze nie starzy, ale młodość już za nimi. Strach w ich oczach.

Biegli na przystanek zapomnieli o wszystkim. Tylko syn się liczył.

W drodze zadzwoniła Zosia:

Mamo, zajrzę dziś do was na obiad, dobrze?

Przyjdź, córeczko, tylko pewnie już nas nie będzie wykrzyczała zadyszanym głosem Wanda i pobiegła dalej za Władysławem na autobus.

Przyjęli ich w szpitalu, pielęgniarka od razu ich uspokoiła rękę udało się uratować, ale jeszcze nie mogą wejść do syna.

Nie pojadę stąd, dopóki nie zobaczę Tomka. Poczekam tu! powiedziała stanowczo Wanda, opadając na fotel w holu. Władysław usiadł przy niej.

Nagle wbiegła Zosia, rzuciła się rodzicom na szyję:

Mamo, dlaczego jesteście tacy przybici? Przecież wszystko dobrze się skończyło! Tomek wczoraj został dłużej na fuchę, reperował komuś auto, coś nie chciało zejść, śruby piłował i się zranił. Jest już przytomny, wszystko zszyli, palce ruszają się. Mamo, aż blado wyglądasz, najgorsze minęło!

Skąd wiesz? wydusiła Wanda.

Z Tomkiem mamy kontakt, z jego żoną Kingą też. Pomagamy sobie, czemu pytasz?

Bo myśleliśmy, iż ze sobą nie rozmawiacie! tłumaczył Władysław.

Tato, jesteście tacy silni, wszystko dacie radę, więc nie chcemy was niepotrzebnie zamartwiać Zosia się uśmiechnęła. Zresztą, młodo wyglądacie! Chcemy, żebyście też pożyli wreszcie dla siebie.

Ależ wy nas zaskakujecie… Już myślałam, iż w ogóle o nas nie pamiętacie uśmiechnęła się Wanda.

Mamo, wy to pokolenie niesamowicie wytrwałych ludzi. Chcemy być do was podobni, choć nie zawsze nam wychodzi naprawdę się staramy.

Rodzice uśmiechali się już spokojniej, napięcie opadło.

Mamo, tato, miałam wam coś powiedzieć Dostałam pracę! A śpiewać też mogę zapraszają mnie na różne imprezy. Występuję w przedszkolach, a wczoraj śpiewałam w domu spokojnej starości starsze panie biły brawo, jedna aż się popłakała. Jej córka to znana piosenkarka, ciągle w trasie, a mamę zostawiła Straszne.

Szybko przytuliła rodziców:

Bardzo was kochamy z Tomkiem, nigdy nie myślcie inaczej…

Wtedy pielęgniarka pozwoliła na krótkie odwiedziny u syna. Wanda niemal się rozkleiła, ale Tomek spokojnie powiedział:

Mamo, już jest dobrze, najgorsze za mną. Nie martwcie się, nic nie poradzicie. Tato, pamiętasz, jak opowiadałeś, iż wam kiedyś szerszenie zagnieździły się w garażu? Też omal nie umarłeś wtedy bywa różnie w życiu. Jak tylko wyjdę ze szpitala, wpadajcie do nas na Sylwestra, bo ostatnio jakoś mało się widujemy Zosia chce wam chyba w końcu przedstawić narzeczonego, dobrze mówię?

Do domu Zawadzcy wracali pieszo, dla rozprostowania nóg.

Nie starzy jeszcze, ale już nie młodzi rodzice…

Och, to rodzicielskie serce, zawsze drży o dzieci. Wydaje się czasem, iż inni mają dzieci lepsze, rozsądniejsze, bardziej posłuszne…

A nasze? Mają po prostu swoją własną drogę. Ale to przecież nasze dzieci zawsze będą najważniejsze.

Idź do oryginalnego materiału