Pod koniec kwietnia swoje odejście z Riverside ogłosił Mariusz Duda, wokalista i "twarz" zespołu. W jego ślady niemal od razu poszedł gitarzysta Maciej Meller. W składzie zostali współzałożyciel i perkusista Piotr "Mitloff" Kozieradzki oraz klawiszowiec Michał Łapaj. Czy więc niedługo na polskiej scenie pojawi się "Riiverside"?
Powstaną Riverside i Riiverside? Zrobiło już tak Kombi
O co chodzi z tą dziwną nazwą? To nawiązanie do tego, co zrobili muzycy zespołu Kombi. Grzegorz Skawiński i Waldemar Tkaczyk po latach założyli Kombii. Tak, nazwa grupy różniła się od pierwotnej jedną literą. Powód? Prawa do "Kombi" miał i ma Sławomir Łosowski, były kolega obu panów, z którym ci nie chcieli jednak wrócić na scenę. W efekcie nowe hity lansowało już Kombii.
Czy Riverside pójdzie tym samym śladem? Mowa o zespole, który pokazał w Polsce, iż rock progresywny potrafi porwać tłumy. Grupa nagrała osiem albumów, z których wszystkie są cenione przez fanów i krytyków. Zagrała też szereg udanych tras.
I nagle w kwietniu br. Mariusz Duda, wokalista, basista, główny kompozytor i autor tekstów, ogłosił, iż odchodzi. Za nim poszedł gitarzysta Maciej Meller. Założycielami formacji byli perkusista Piotr "Mitloff" Kozieradzki, nie żyjący już gitarzysta Piotr Grudziński i były klawiszowiec Jacek Melnicki. A to oznacza, iż jedynym założycielem zespołu, który przez cały czas jest jego członkiem, jest Mitloff.
Z drugiej strony to Duda był frontmanem i najbardziej rozpoznawalnym muzykiem Riverside. Jak zapowiedział, skoncentruje się na swoim solowym projekcie Lunatic Soul. To z nim będzie prawdopodobnie koncertował. I grał na żywo przeboje swojej poprzedniej formacji.
Wiele więc wskazuje na to, iż fani Riverside podzielą się na dwa obozy. I nie będzie to nic nowego.
Nie ma Kata bez Romana?
Kolejnym przykładem zespołu, który nie potrafił rozejść się w kulturalny sposób, jest Kat. Legendarna grupa metalowa ze Śląska rozpadała się w swojej historii parę razy. Najgłośniejszy rozłam miał jednak miejsce w 2004 roku. Z formacji wyrzucono wtedy Romana Kostrzewskiego, legendarnego wokalistę i "twarz" Kata (brzmi znajomo?), i perkusistę Ireneusza Lotha. Ta dwójka założyła więc formację Kat & Roman Kostrzewski. W oryginalnym składzie zostali gitarzysta Piotr Luczyk i basista Krzysztof Oset.
Problem w tym, iż geniusz zespołu wynikał z synergii Kostrzewskiego i Luczyka, co świetnie pokazały losy obu Katów. Obie grupy nagrywały przeciętne lub słabe płyty. Formacja gitarzysty nagrała dobre "Mind Cannibals" i próbowała zrobić karierę za granicami, niestety z marnym skutkiem. Następnie odcinała już kupony, a to albumem akustycznym, a to słabymi krążkami "Without Looking Back" i "The Last Convoy".
Z kolei "Kat z Romanem" regularnie koncertował po polskich klubach, ale artystycznie nie był w stanie nagrać niczego interesującego. A, i oczywiście przypominał o sobie fanom, m.in. płytą akustyczną i ponownie nagranym debiutem Kata, "666". Szansę na powrót w oryginalnym składzie przekreśliła śmierć Kostrzewskiego w 2022 roku.
De Mono razy dwa
W 2008 r. wybuchł spór o nazwę De Mono. O markę pokłócili się Andrzej Krzywy i Marek Kościkiewicz. Od tego czasu w polskiej scenie działały dwie formacje o nazwie De Mono: pierwsza z wokalistą Andrzejem Krzywym i basistą Piotrem Kubiaczykiem, a druga – z Markiem Kościkiewiczem, Robertem Chojnackim i Dariuszem Krupiczem.
W 2018 r. pozew Krzywego przeciwko Kościkiewiczowi został oddalony. I to utrwaliło dziwny stan rzeczy: oba składy mogły grać pod tym samym szyldem.
Dopiero w 2020 r. Sąd Apelacyjny zakazał Kościkiewiczowi i dwóm innym pozwanym członkom zespołu – Wojciechowi Wójcickiemu i Michałowi Karpackiemu – używania nazwy "De Mono" "w prowadzonej przez nich działalności artystycznej w formie i kontekście innym niż historyczny".












