Czy po siedmiu filmach aktorskich wreszcie doczekaliśmy się udanej ekranizacji serii gier wideo "Resident Evil"? Zach Cregger, reżyser "Barbarzyńców" i "Zniknięć" wziął się za bary z kultowym tytułem – efekt jego pracy ocenia Jakub Popielecki. Przeczytajcie naszą recenzję nowego "Resident Evil".
W jednym z czasopism komputerowych z lat 90. był kącik, w którym dla żartu przekręcano tytuły popularnych gier wideo. "Resident Evil" przemianowano tam na "Prezydenta Debila", a ja z jakiegoś powodu wciąż to pamiętam. Sprawa ciągnie się zresztą do dziś, bo autokorekta właśnie z uporem maniaka poprawia mi tytuł słynnej serii na "Rewident Emil". I kurde, coś jest na rzeczy. Bo kino od lat robi właśnie to: wykoślawia "Residenta", robiąc go raz w "prezydenta", raz w "rewidenta", ani razu w dobry film.
Seria "Resident Evil" (2002-2017) z Millą Jovovich była ekranizacją przesadnie niewierną. "Resident Evil: Witajcie w Raccoon City" (2021) – przesadnie wierną. Razem pięknie dowodziły, iż jakość adaptacji wcale nie zależy od stopnia zgodności z oryginałem. "Resident Evil" Zacha Creggera dowodzi tymczasem, iż przepis bywa czasem zabójczo prosty: ot, weź dobrego reżysera i pozwól mu zrobić co chce. Innymi słowy: do trzech ośmiu razy sztuka (...).
"Resident Evil" w ogóle służy za dobry przykład tego, co da się zrobić z grą wideo w kinie. Hollywood właśnie przestawia się z superbohaterów na gierki i Cregger (razem ze współscenarzystą Shayem Hattenem) pokazuje, którędy droga. Po pierwsze: trzeba wywalić to, co niepotrzebne. Growy lore jest tu tylko liźnięty, worldbuilding sprowadza się do kilku linijek dialogu, a fabuła nie tonie pod toną easter-eggów. Z rozgrywki wideo wzięto jedynie to, co sprawnie przekłada się na kinowy spektakl. Fabuła jest więc prostą, powoli wznoszącą się strzałką: oto bohater, oto cel, a oto stojące na drodze do celu przeszkody, ułożone tak, żeby poziom trudności nieustannie rósł.
W rezultacie "Resident Evil" przypomina prosty koncert na człowieka i rekwizyty. Jasne, nasz kurier Bryan przechodzi scenariuszową "przemianę", dojrzewa: ma mały łuk narracyjny rozpięty między upiornie zwyczajnym SOR-em a nadzwyczajnie upiorną porodówką. Ale przede wszystkim jest człowiekiem eksplorującym nieprzyjazne otoczenie: zdobywa coraz lepszą broń, kompletuje amunicję, natyka się na kolejne frustrujące kłódki, studiuje mapę budynku i wciąż szuka drzwi ze zbawiennym napisem "exit". A Cregger i Wolski po prostu wiszą mu na ramieniu z kamerą i bawią się światłem. Wystarczy! (...)
Całą recenzję autorstwa Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.
Awaria laboratorium Umbrelli powoduje niekontrolowane uwolnienie wirusa. Mieszkańcy Raccoon przemieniają się w bezlitosne, krwiożercze istoty. Bryan, przypadkowy świadek katastrofy, zostaje uwięziony pośród chaosu miasta.
Rewident Emil (recenzja filmu "Resident Evil", reż. Zach Cregger)
W jednym z czasopism komputerowych z lat 90. był kącik, w którym dla żartu przekręcano tytuły popularnych gier wideo. "Resident Evil" przemianowano tam na "Prezydenta Debila", a ja z jakiegoś powodu wciąż to pamiętam. Sprawa ciągnie się zresztą do dziś, bo autokorekta właśnie z uporem maniaka poprawia mi tytuł słynnej serii na "Rewident Emil". I kurde, coś jest na rzeczy. Bo kino od lat robi właśnie to: wykoślawia "Residenta", robiąc go raz w "prezydenta", raz w "rewidenta", ani razu w dobry film.
Seria "Resident Evil" (2002-2017) z Millą Jovovich była ekranizacją przesadnie niewierną. "Resident Evil: Witajcie w Raccoon City" (2021) – przesadnie wierną. Razem pięknie dowodziły, iż jakość adaptacji wcale nie zależy od stopnia zgodności z oryginałem. "Resident Evil" Zacha Creggera dowodzi tymczasem, iż przepis bywa czasem zabójczo prosty: ot, weź dobrego reżysera i pozwól mu zrobić co chce. Innymi słowy: do trzech ośmiu razy sztuka (...).
"Resident Evil" w ogóle służy za dobry przykład tego, co da się zrobić z grą wideo w kinie. Hollywood właśnie przestawia się z superbohaterów na gierki i Cregger (razem ze współscenarzystą Shayem Hattenem) pokazuje, którędy droga. Po pierwsze: trzeba wywalić to, co niepotrzebne. Growy lore jest tu tylko liźnięty, worldbuilding sprowadza się do kilku linijek dialogu, a fabuła nie tonie pod toną easter-eggów. Z rozgrywki wideo wzięto jedynie to, co sprawnie przekłada się na kinowy spektakl. Fabuła jest więc prostą, powoli wznoszącą się strzałką: oto bohater, oto cel, a oto stojące na drodze do celu przeszkody, ułożone tak, żeby poziom trudności nieustannie rósł.
W rezultacie "Resident Evil" przypomina prosty koncert na człowieka i rekwizyty. Jasne, nasz kurier Bryan przechodzi scenariuszową "przemianę", dojrzewa: ma mały łuk narracyjny rozpięty między upiornie zwyczajnym SOR-em a nadzwyczajnie upiorną porodówką. Ale przede wszystkim jest człowiekiem eksplorującym nieprzyjazne otoczenie: zdobywa coraz lepszą broń, kompletuje amunicję, natyka się na kolejne frustrujące kłódki, studiuje mapę budynku i wciąż szuka drzwi ze zbawiennym napisem "exit". A Cregger i Wolski po prostu wiszą mu na ramieniu z kamerą i bawią się światłem. Wystarczy! (...)
Całą recenzję autorstwa Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.
"Resident Evil" – zwiastun
Awaria laboratorium Umbrelli powoduje niekontrolowane uwolnienie wirusa. Mieszkańcy Raccoon przemieniają się w bezlitosne, krwiożercze istoty. Bryan, przypadkowy świadek katastrofy, zostaje uwięziony pośród chaosu miasta.















