Po dwóch w pełni autorskich projektach, Zach Cregger ogłosił, iż jego trzecim horrorem będzie adaptacja Resident Evil. I chociaż sam reżyser podkreślił, iż jako wielki fan serii marzył o tym od dawna, to wśród miłośników kina grozy pojawiły się wątpliwości. W końcu dobra filmowa adaptacja gry, która spełniłaby oczekiwania odbiorców, to rzadkość. Dzisiaj już wiemy, iż Zach Cregger dał nam jedną z najlepszych produkcji w tym gatunku.
Głównym bohaterem Resident Evil jest Bryan, z zawodu medyczny kurier. Wbrew wydarzeniom znanym z gier nie jest policjantem czy agentem jednostki specjalnej. Bryan to poniekąd everyman, chociaż jego praca jest zajęciem nietypowym. To właśnie przez nią zostaje wplątany w wydarzenia z wirusem w roli głównej. Po dostarczeniu przesyłki, która miała być ostatnią tego wieczoru, zgadza się na jeszcze jeden transport. Zlecenie pilne, dobrze płatne. Bryan nie odpuszcza, choćby gdy okazuje się, iż jego samochód w żadnym stopniu nie nadaje się na warunki drogowe, z jakimi przyjdzie mu się zmierzyć. Za oknami śnieg i ujemna temperatura. A cel przesyłki? Szpital w Raccoon City. Nazwa miasta to jeden z nielicznych momentów, w którym Resident Evil fabularnie wprost nawiązuje do gier.
Historia przedstawiona w filmie nie jest związana bezpośrednio z żadną z dziewięciu głównych części cyklu. Najnowszy film Creggera jest luźno zainspirowany wydarzeniami, które dały początek serii. Wirus przez nieuwagę wydostaje się z laboratorium w Raccoon City. Bardzo gwałtownie zaczyna się rozprzestrzeniać, a Bryan trafia w centrum tych wydarzeń. sytuacja kompikuje się wraz z napotkaniem pierwszego zarażonego. Chociaż sytuacja wydaje się beznadziejna, Bryan za wszelką cenę chce wykonać zadanie, podkreślając, iż przesyłka może być kluczowa dla czyjegoś życia. Tak więc protagonista mierzy się z kolejnymi rzucanymi kłodami pod nogi, torując sobie drogę do Raccoon City. Przez większość czasu będzie zdany na własne umiejętności oraz znalezione przedmioty, głównie broń. najważniejsze będzie również zwrócenie uwagi na wszystko, co go otacza i wypełnia przemierzane pomieszczenia. I to w zasadzie rdzeń tego filmu, tak samo jak każdej gry spod marki Resident Evil.
Zach Cregger nie nawiązuje swoim filmem postaciami znanymi z uniwersum lub uzupełnieniem historii, które gracze już poznali. Zamiast tego bardzo sprawnie wplata w akcję mechanizmy i schematy znane z Resident Evil. Zacznijmy od tych najbardziej charakterystycznych, jak strzelba zawieszona nad kominkiem. Zadowolona reakcja Bryana jest identyczna z moją, gdy po raz pierwszy w grach mogłem użyć podobnej broni. Przydałaby się jeszcze amunicja. Zaczyna się więc przegrzebywanie szuflad, szafek i wszelakich schowków. Brzmi znajomo? W kontekście nawiązań, moimi ulubionymi momentami były zetknięcia Bryana z każdym kolejnym zagrożeniem. Gdy już myślał, iż gorzej być nie może, nowe mutacje wirusa budziły w nim reakcje w stylu „Co tym razem?”. Ile razy mnie to spotkało, gdy podczas gry, nowy etap przyniósł ze sobą kolejne wyzwanie przygotowane przez deweloperów. W produkcji pojawia się choćby mutant, który podąża za Bryanem wzorem Nemesisa z Resident Evil 3.
Kadr ze zwiastunaTakich przykładów mógłbym mnożyć w nieskończoność. Tak naprawdę cała budowa filmu i rozwój akcji przypomina grę. Produkcja wyraźne podzielona została na kilka etapów, z których każdy zakończony jest starciem z jakąś nową lub powracającą maszkarą. Poza zarażonymi, Bryan mierzy się kilkukrotnie z… kłódkami. Kto grał w Resident Evil, ten wie, jak często na naszej drodze stają zamknięte drzwi. Tutaj twórcy nie tyle co nawiązują, co wręcz wyśmiewają tę kliszę znaną z wielu gier komputerowych. Główny bohater przekonuje się, iż brutalna siła lub strzał z broni nie zawsze okazują się skuteczne. Reżyser nie raz bawi się z oczekiwaniami widzów. Czasami wszystko przebiega w sposób, w jaki możemy się spodziewać. Są jednak momenty, gdy zaskakuje nas jak i samego Bryana.
Jeżeli brzmi to dla was niezbyt poważnie, to prawdę mówiąc, takie właśnie jest. Biorąc pod uwagę dwa ostatnie horrory Zacha Creggera, ten zdecydowanie jest najzabawniejszy. I chociaż czułem, iż akcja podszyta jest humorem praktycznie przez cały czas, to ani razu nie poczułem się zmęczony. Wszystko napisane jest z niesamowitym wyczuciem. Mam tu na na myśli wspomniane wyżej nawiązania do gier, jak i humorystyczne elementy. W tym wszystkim najważniejszy jest Austin Abrams wcielający się w główną rolę. Idealnie pasuje do postaci niezdarnego i zagubionego Bryana. To nie komandos, a przeciętny facetem w nieodpowiednim miejscu i czasie. Przez większą część adaptacji samotnie przedziera się przez zaśnieżone pustkowia, a następnie pogrążone w chaosie miasto. Znowu, tak samo jak w grach, jesteśmy sam na sam z naszym bohaterem. Cały czas słyszymy go, jak w niedowierzaniu komentuje to co widzi lub po prostu przeklina każde kolejne kłopoty.
Kadr ze zwiastunaWedług mnie, to jedyny słuszny kierunek, jaki reżyser i scenarzysta mógł podjąć. Ukazanie tych wszystkich praw i zasad, którymi rządzą się gry wideo w komediowym ujęciu to mix idealny. Cieszę się również, iż postawiono na własną historię z nowymi postaciami. Nie widzę sensu w przenoszeniu na kinowy ekran historii znanych z cyfrowego świata. Głównie dlatego, iż one same są już na swój sposób filmowe. Jaki jest więc sens powielania w podobnej formie tego, co znamy z ekranów monitorów. Co ważne, nie czuć tutaj próby wykpienia całej tej koncepcji. To bardziej szczery list miłosny od kogoś, kto rzeczywiście jest wielkim fanem serii Resident Evil. Mam jednak wrażenie, iż ucierpiała na tym sama historia. Jest tak prosta, iż w zasadzie streściłem ją prawie całą. Ostatecznie nie przeszkadza to w dobrej zabawy. Kto jednak liczył na mnogość bohaterów i zwrotów akcji jak w pierwowzorze, ten może się zawieść.
Na koniec chciałem jeszcze wspomnieć o warstwie wizualnej, bo w niej również możemy poczuć ducha japońskiej serii. Kamera czasami podąża za plecami bohatera podobnie jak ma to miejsce podczas rozgrywki. Momentami dostajemy ujęcia POV na wzór nowszych odsłon cyklu, takich jak Resident Evil 7. Równie często jak z broni Bryan korzysta z latarki, aby rozświetlić ciemne pomieszczenia lub mroczny las. Na dokładkę dochodzą fantastycznie wyglądające efekty specjalne. Cała akcja z pierwszym (i chyba jedynym) headshotem przy użyciu strzelby to gwarantowany opad szczęki. Oczywiście film nie tylko wygląda, ale też brzmi tak jak powinien. Pulsujący motyw przewodni wraz z zaśnieżonymi kadrami i polującymi na ludzi mutantami to połączenie idealne. Być może Cregger zainspirował się tutaj twórczością innego reżysera z nazwiskiem na literę C?
Kadr ze zwiastunaWśród ekranizacji gier ciężko o lepszą produkcję. Decyzja o tym, aby nawiązać do gier elementami gameplayu i odczuciami, jakie towarzyszą nam podczas pokonywania kolejnych poziomów, to strzał w dziesiątkę. Zach Cregger pokazał, iż doskonale wie, jak zrobić dobry film na bazie gier wideo i to na swoich własnych zasadach. Fani docenią każde nawiązanie i mrugnięcie okiem, które są mistrzowsko wplecione w akcję. Jednocześnie dobrze będą się bawić osoby, które w żadną grę z serii nigdy nie zagrały. choćby bez wyłapania tych wszystkich smaczków, wciąż jest to dobra rozrywka. Według mnie to jest właśnie adaptacja idealna. Trafia do fanów Resident Evil, a jednocześnie jest w stanie zainteresować odbiorców, którzy nigdy z grami Capcomu się nie zetknęli. Reżyser nie był zainteresowany zrealizowaniem wizji zagorzałych miłośników, uznaną przez nich za jedyną słuszną. Na pierwszym miejscu są tutaj dobra zabawa i porządnie zrealizowany film.
fot. główna: kadr ze zwiastuna














