Relacje o wysokim stopniu dziwności

nn6t.pl 2 godzin temu

O tym, jak przelewają się przez nas historie ludzkie i nieludzkie, z Martą Jamróg, której najnowsze dzikony można oglądać na wystawie Kiszone lustro w warszawskiej galerii HOS, rozmawia Agnieszka Kowalska.

Jak w twoim życiu pojawiły się dzikony?

Na początku malowałam po prostu tradycyjne ikony i z tego chciałam się utrzymać. A ponieważ interesował mnie w nich bardziej aspekt techniczny – forma, kolor – niż teologiczny, to postanowiłam trochę z nimi poeksperymentować, poszerzyć pole interpretacyjne. Prawa zwierząt zawsze były dla mnie ważnym tematem, dlatego zaczęłam zamieniać w ikonach Jezusa na lisa, dzika. Budziło to kontrowersje. Pewien pan, który chciał mnie troszeczkę ośmieszyć, napisał na moim Facebooku, iż „to nie są ikony, to są co najwyżej dzikony”. Tak dobrze to pasowało do tego, co robię, iż to sobie wzięłam. Maluję swoje autorskie dzikony.

Marta Jamróg, Do widzenia, 2025, mat. artystki

Ikony kojarzymy z malarską precyzją, regułami. Ale ty lubisz też pójść w plener i malować szybko, spontanicznie. Jesteś grafficiarą?

Raczej postgrafficiarą. Gdy maluję obraz, muszę się skupiać, mam dużo przemyśleń, zamalowywuję, poprawiam, więc swoboda ruchu jest ograniczona. Dlatego chętnie wchodzę w teren miejski czy wiejski i zajmuję się czymś takim jak autograficzne ruchy ręki: swobodne, ekspresyjne, które płyną tak szybko, jak szybkie są moje myśli.

Część moich murali została już zamalowana, ale niedaleko Jasła stoi budynek, który jest dla mnie wiecznie żywym polem badawczym. Widniały na nim różne hasła, przeważnie kibolskie. Postanowiłam, iż naniosę tam swoją narrację, ale jednocześnie nie zamaluję tej starej, bo chciałam wejść w jakiś rodzaj dialogu. Na moich malunkach pojawiły się komercyjne reklamy: myjki ciśnieniowej i kopania studni głębinowych. Artystyczne gesty nie zostały zauważone, ktoś je po prostu przykrył. A ja malowałam dalej. I znowu pojawiły się wrzuty, moi znajomi zaczęli tam wlepiać naklejki, koleżanka powiesiła w oknie firankę. Cały czas to dokumentuję, umieszczam na stronie internetowej i czekam, co się wydarzy.

Marta Jamróg, Odcisk palca, Jasło, od 2023, archiwum artystki

W dzieciństwie miałaś bliski kontakt ze swoim dziadkiem. On tworzył, prawda?

Tak, był artystą nieprofesjonalnym. Malował w wolnych chwilach i pamiętam, iż gdy do niego przychodziłam, dom wypełniał zapach farb. Dużo razem malowaliśmy, było to dla mnie coś zupełnie naturalnego. Nikt mnie do tego nie zniechęcał, nie krytykował. Podziwiałam, jak dziadek maluje, i chciałam malować tak jak on. Mama również bardzo ładnie rysowała. I ostatnio zdarzyła się niesamowita historia. Małgorzata Mycek zaprosił mnie do udziału w wystawie Ludowe Archiwum Państwowe w BWA Warszawa. Powiedział mi, iż pokaże na tej wystawie pracę swojego dziadka. Zapytałam – zupełnie spontanicznie – czy ja też mogę pokazać pracę mojego. I tym sposobem po raz pierwszy mój dziadek będzie miał w ogóle jakąkolwiek wystawę. I to od razu w Warszawie.

Od dziadka nauczyłaś się ikonopisarstwa?

Nie, tego nauczyłam się na Uniwersytecie Ludowym we Wzdowie, gdzie poszłam zaraz po ukończeniu liceum. Dużo dobrych słów słyszałam o tej szkole: iż jest placówką niehierarchiczną, bardziej demokratyczną, dlatego przyciągała ciekawych ludzi z całej Polski – punków, artystów, outsiderów. Nauczyłam się tam też haftu, koronki, trochę rzeźby, tkactwa, wikliniarstwa. Szkoła wciąż istnieje, ma swoją kontynuację w Woli Sękowej i cieszy się dużą popularnością, bo te stare zawody przeżywają teraz swój renesans. Prace absolwentów Uniwersytetu również znajdą się na wystawie w BWA Warszawa.

Marta Jamróg, Połączenie Zwierząt Mocy, 2024

W sztuce często wracasz do swoich przodków. Dlaczego?

Od dawna zastanawiam się nad tym, co nas kształtuje, jakie czynniki mogą wpływać na nasze życie. Słuchałam opowieści moich dziadków o tym, co się działo podczas II wojny światowej, i pomyślałam, iż warto się temu przyjrzeć. W ziemiance przy domu w rodzinnej wsi dziadków – Frysztaku – zaczęłam malować na ścianach te zasłyszane historie.

A są to historie niezwykłe. Jednak na wsiach opowiada się inaczej.

Mam książkę pełną takich relacji o wysokim stopniu dziwności: UFO nad Podkarpaciem. Autor zebrał w niej opowieści mieszkańców podkarpackich wiosek. To tam przeczytałam historię o czarnych krzyżach i słupach ognia widzianych na niebie w sierpniu 1939 roku. Wielu ludzi to wspominało – pewnie były to samoloty, ale mówiło się, iż to zwiastun wojny. Namalowałam je w ziemiance. Pojawiła się tam też moja prababka, której odłamek bomby zranił serce. Świadkowie tego zdarzenia próbowali ją ratować, włożyli ją na wóz zaprzęgnięty w konie i wyruszyli do szpitala w Krośnie. Niestety prababka po drodze zmarła. Myślę, iż była to duża trauma dla mojej rodziny, ale w zasadzie kilka się o tym mówiło.

Marta Jamróg, Ziemianka, Frysztak, 2029, archiwum artystki

Podkreślasz, iż ważne jest dla ciebie łączenie odmiennych narracji w jedną opowieść. Ten budynek niedaleko Jasła to dobry przykład. Jak to się jeszcze objawia?

Język, który widzę na tych murach, odzwierciedla stan naszej kultury, wciąż bardzo mocno osadzonej w patriarchacie. Zastanawiam się, jak z tym dialogować, bo nie chcę używać tych samych narzędzi, których używa patriarchat. Nie chcę tego zamalowywać i udawać, iż tego nie ma. Wiele inicjatyw wydobywa dziś wątki kobiece, wkład kobiet w historię sztuki, ale zastanawiam się, czy używają adekwatnych narzędzi. Wciąż funkcjonujemy w starym modelu opowiadania historii sztuki, opartym na binarnym podziale na „męskie” i „kobiece”. Dla mnie to model interpretacyjny, który dawno się wyczerpał i jest mocno osadzony w strukturach patriarchatu.

Chciałabym, żebyśmy zaczęli wypracowywać nowe formy opowiadania o sztuce. Takie, które widzą ją jako wspólne dziedzictwo wszystkich osób, niezależnie od płci biologicznej i tożsamości płciowej, ale też od ścieżek edukacyjnych czy dostępu do instytucji. Kobiety, osoby niebinarne czy trans – wszyscy mamy jeszcze sporo do zrobienia, jeżeli chodzi o nasze prawa, ale nie chciałabym, żebyśmy rozmawiali o naszych kwestiach tylko z perspektywy ofiary i ucisku. Jesteśmy osobami sprawczymi i mamy siłę. Wykorzystajmy to i stwórzmy przestrzeń nową i bezpieczną dla wszystkich.

Marta Jamróg, Shakira wygrywa Bielską Jesień, Shakira zdobywa Paszport Polityki, Shakira wygrywa Artystyczną Podróż Hestii, Shakira wygrywa Wyczółkowskiego, Shakira w MSN-ie, Shakira w pawilonie w Wenecji, Shakira w Kolekcji mBanku, Shakira w Szumie, Shakira ze stypendium ministra, Shakira zdobywa Allegro Prize, Shakira w Zachęcie, Shakira sobie gips z ręki Boshem ściąga, fot. Szymon Sokołowski/HOS Gallery

Szakira, bohaterka twoich obrazów, jest więc bardziej uosobieniem artystki, artysty, niż superkobietą?

Zdecydowanie. Zaczęło się od mojej fascynacji książką Wędrówka dusz Michaela Newtona, w której autor poddawał ludzi hipnozie i przenosił w czas między jednym życiem a drugim. Wyobraziłam sobie Szakirę, która jest w łonie człowieka i dopiero ma się narodzić, ale zgodnie z Wędrówką dusz wie już, co ją czeka, wie, jakie ma aspiracje i predyspozycje. To się wiąże z problemami współczesnego artysty, który też ma ambicje i plany, być może zaprogramowane, jeszcze zanim przyszedł na świat, ale życie doczesne je weryfikuje. Szakira pokazuje nasze zmagania artystyczne, to, iż ta droga nie jest wcale taka prosta. Dla mnie jest ciągłą walką o widoczność i uznanie. To jest bardzo męczące i oddala od tego, co istotne, czyli od samego tworzenia, od ekspresji.

Dlatego wracasz do Jasła, żeby w spokoju tworzyć?

Myślę, iż tak. Nie zawsze tworzę w spokoju, ale mam tutaj trochę mniej bodźców. Z jednej strony czuję się tutaj bezpiecznie, jak ryba w wodzie. Mam swoje miejsca, które lubię, mam blisko góry. Jednak jest to też miejsce bardzo konserwatywne i czasami się tu duszę. Brakuje mi dostępu do szeroko pojętej kultury. Dlatego muszę często wyjeżdżać do Krakowa, Warszawy, żeby przewietrzyć głowę.

BWA w Krośnie podtrzymuje mnie na duchu. Dyrektorka Ewelina Jurasz robi świetną robotę, trzyma w ryzach całe województwo, zaprasza do współpracy najlepszych artystów z Polski. Na szczęście Krosno oddalone jest od Jasła tylko o 24 km. Staram się być tam na każdym wernisażu.

Marta Jamróg, Dialog z Patriarchatem, 2024, archiwum artystki

Sama też inicjujesz lokalne projekty.

Tak, z moimi wspaniałymi kolegami. Organizujemy się w salce prób, która jest w zasadzie ruiną, ale nam to nie przeszkadza. Zorganizowaliśmy do tej pory dwa wydarzenia, na których pokazaliśmy artystów z regionu, którzy są zbyt mało widoczni, a tworzą bardzo interesujące rzeczy. Pierwszy z nich to Sławomir Shuty. Mieszka w Beskidzie Niskim, sprząta okolicę ze śmieci i z tego co znajdzie tworzy trash art. Pokazaliśmy też prace Malwiny Gan, która haftuje słowa na różnych materiałach i maluje w Paintcie. Działamy jako Galeria Brama, bo ta nasza sala mieści się w postindustrialnym budynku bramy, która prowadzi do dużego zakładu Gamrat. Znajduje się na obrzeżach naszego miasta, ale da się tam dojechać autobusem.

W takich oddolnie tworzonych miejscach zmniejsza się dystans między artystą a widzem. Przychodzą osoby, które wcześniej nie miały styczności ze sztuką, mogą zadawać pytania. Lubię takie kolektywne projekty. Do Ziemianki też zapraszałam osoby związane z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie. Moja przyjaciółka Izabela Bochenko tam miała swoją wystawę, Piotr Marecki z Ha-artu wygłosił wykład o pierwszych polskich komputerach Atari.

Marta Jamróg, Bliźnięta nad trzema rzekami: Wisłoką, Ropą i Jasiołką, 2025

W Jaśle wyjątkowe pozostało to, iż zbiegają się tu trzy rzeki: Jasiołka, Ropa i Wisłoka. Jak zostałaś Siostrą Rzeką?

Dostałam propozycję od Cecylii Malik. Dziewczyny robiły happening w Myscowej, ponieważ od lat są tam plany, by zbudować tamę i zalać dolinę. Przyjechały protestować i poprosiły mnie, żebym zrobiła tam kapliczkę Matki Bożej Rzecznej. Odkąd nie mieszkam w Krakowie, mniej się udzielam jako Siostra Rzeka, ale na niedawnej wystawie w MSN reprezentowałam Jasiołkę.

Z rzeki wyciągasz czasem drewno, iż którego budujesz obiekty, podobrazia ikon. Ważne, żeby materiał niósł w sobie historię?

Niektóre moje obrazy powstają na nowych deskach lub na płótnach, ale bardzo lubię malować na starym drewnie. Mniej śladu węglowego zostawiam. To drewno często pochodzi ze starych chat, wchodzę z nim w dialog, ono mnie prowadzi w moim malowaniu. To też aktywizuje moich znajomych, którzy zwożą mi je cały czas. Mam już taki mały składzik, może kiedyś zrobię z tego większą instalację.

Marta Jamróg, obiekt Kiszone lustro na wystawie w HOS Gallery, fot. Szymon Sokołowski

Kiszone lustro – obiekt, który otwiera twoją wystawę w warszawskiej HOS Gallery – to również beczka z historią?

Kuratorka wystawy Marta Kudelska wpadła na pomysł, by dać taki tytuł całej wystawie. Tak, to beczka pochodząca z domu moich przodków. Postanowiłam wyłożyć ją kruszonym lustrem, żeby stała się rodzajem portalu, który pomaga nam się zagłębić w naszych historiach, w historiach rodzinnych. One w nas dojrzewają, fermentują, przelewają się przez nasze ciało i nas kształtują.

Mieszasz ze sobą w ramach jednego obrazu różne tradycje, religie. Jesteś osobą wierzącą?

Nie, ale dużo zapożyczam z religii. W Polsce chrześcijańska sfera symboli wkracza w nasze życie prywatne, do szkół i urzędów, więc chcąc nie chcąc jestem uczestniczką tej kultury i mogę z niej czerpać. Nadaję tym symbolom nową formę, pozbawioną kościelnej narracji, przemocy, opresyjności, antropocentrycznego i patriarchalnego spojrzenia. Wprowadzam wątki wschodnie, a choćby dalekowschodnie.

Marta Jamróg, Nad Gangesem, 2025, archiwum artystki

Dobrym przykładem jest jeden z moich najnowszych obrazów: Nad Gangesem. Wspominam w nim mojego kolegę, który interesował się wschodnimi wierzeniami i reinkarnacją i często jeździł do Indii. Pół roku temu pojechał po raz kolejny i utonął w Gangesie. Z naszego ziemskiego punktu widzenia jest to sytuacja dramatyczna, ale według tamtejszych wierzeń utonięcie w Gangesie oznacza, iż cykl reinkarnacyjny się zakończył i mój kolega, który w tę reinkarnację wierzył, już się nie odrodzi. Tam jest to uznawane za największe osiągnięcie. Kolega wywodził się z naszego kręgu kulturowego, więc poświęciłam mu dzikonę, w której bogini Ganga ma słowiańskie rysy. Chciałam powiązać te dwie kultury i oddać pamięć o nim tym obrazem.

Napisałaś gdzieś: „Sztuka to jest obszar, w którym mogę żyć swoją starą utopią”. To jest twoja bezpieczna przestrzeń?

Tak. Weźmy prawa zwierząt: w moim malarstwie zwierzęta odnoszą pewnego rodzaju triumf. Stają się podmiotami, stają się wolne, nie są powiązane z cierpieniem. Są w pełni swojej mocy.

MARTA JAMRÓG mieszka i tworzy na Podkarpaciu. Ukończyła Małopolski Uniwersytet Ludowy, studiowała etnologię i filologię słowiańską na Uniwersytecie Wrocławskim. W 2018 roku obroniła z wyróżnieniem dyplom na studiach podyplomowych z malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Stworzyła Otwartą Galerię Murali pod mostem w Beskidzie Niskim. Przez trzy lata prowadziła galerię Ziemianka w ziemiance we Frysztaku. Siostra Rzeka Jasiołka. Przedsiębiorczyni. Kuratorka wystaw twórców organicznych z Podkarpacia, współtwórczyni Galerii Brama w Jaśle. Jej prace można oglądać na indywidualnej wystawie Kiszone lustro w HOS Gallery w Warszawie (do 28 marca) i wystawie zbiorowej Ludowe Archiwum Państwowe w BWA Warszawa (do 1 kwietnia).

Idź do oryginalnego materiału