[Relacja] Warszawa została rozgrzana do czerwoności… a wszystko dzięki Lorna Shore (i gościom, rzecz jasna)!

cityfun24.pl 2 godzin temu

Oh, co to był za wieczór! Emocje powoli opadają, dlatego jestem w końcu w stanie zebrać myśli i napisać kilka słów o tym, co wydarzyło się wtorkowego (27.01) wieczora. A zdecydowanie jest o czym mówić! Kiedy Lorna Shore ogłosiła trasę, od razu wiedziałam, iż muszę tam być. Miałam okazję widzieć kapelę kilka lat temu, gdy występowali przed TesseracT. Już wtedy było potężnie, dlatego nie mogłam się doczekać, co tym razem zgotują nam Amerykanie.

Dla mnie wszystko zaczęło się od ostatniego supportu, który gdzieś tam od dawna był na mojej liście zespołów wartych zobaczenia. Mowa tutaj oczywiście o Whitechapel, i choć nie jestem największą fanką, jakieś „podstawy” trzeba znać, prawda? Ci jedni z ważniejszych przedstawicieli deathcore’u na świecie postawili headlinerowi bardzo wysoko poprzeczkę. Było bardzo energetycznie i brutalnie. W tłumie dało się usłyszeć głosy uznania dla ich twórczości. Set zdawał się wręcz „zgniatać” publiczność, co chyba można uznać za jedną z większych zalet. Sama na co dzień zasłuchuję się w nieco lżejszych brzmieniach, jednak taka dawka emocji była zdecydowanie wskazana.

W sieci można się natknąć na pełno filmików, w których konfrontowane są opinie o tym, iż metalowcy są tymi „złymi”, co również mieliśmy okazję przeżyć we wtorek. Zanim na scenie pojawiła się główna gwiazda, a technicy przygotowywali cały sprzęt w tle leciało Total Eclipse Of The Heart od Bonnie Tyler. Zgromadzeni zaczęli śpiewać, bujać się i machać uniesionymi rękami. Zawsze w takich momentach na mojej twarzy pojawia się uśmiech. To, jak muzyka jednoczy ludzi i jest ponad wszystkimi podziałami, jest naprawdę czymś wyjątkowym.

Kiedy w końcu nadszedł czas na crème de la crème wieczoru, emocje sięgnęły zenitu. Kurtyna opadła i… rozpętało się piekło. Potężne brzmienie, chirurgiczna precyzja i monumentalna dramaturgia sprawiły, iż do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Gdybym miała opisać ten koncert jednym słowem, użyłabym słowa „symfonia”. Symfonia dźwięku, ale też symfonia chaosu. Coś, obok czego nie można przejść obojętnie. O tym, co głosem wyprawia Will Ramos można mówić różne rzeczy, ale dla mnie to po prostu wyższy level. To właśnie dzięki niemu Lorna Shore nabrała pędu i teraz może prezentować swoją muzykę w coraz większych przestrzeniach. Jedni nazwą to (nie)zwykłym krzykiem, inni powiedzą, iż „drze się, jakby ktoś go obdzierał ze skóry”, ale jest w tym wszystkim, coś tak niezwykle autentycznego, co sprawia, iż chce się go słuchać. W jego wokalu czuć niesamowitą, wręcz „zwierzęcą” siłę, intensywność, dzięki której uważany jest za jednym z najlepszych głosów współczesnej sceny deathcore’owej. Nie można mu zarzucić tej niemalże idealnej kontroli nad dźwiękiem, która wybija się na przód w tych bardziej wymagających utworach, jak chociażby zagrane na bis To The Hellfire. Kawałek ten mimo iż w tej chwili jest może trochę przehype’owany, wciąż uważany jest przez wielu za jeden z najmocniejszych dokonań grupy z New Jersey. Nie można nie wspomnieć o tym, jak wspaniała była setlista! Niezwykle cieszyło, iż znalazło się na niej moje ukochane Sun//Eater. Czy słyszeliście, żeby jakikolwiek zespół, który ma w swojej dyskografii (np. Metallica i Unforgiven I,II oraz III) zagrała całość podczas jednego wydarzenia? I to po kolei? W historii muzyki, przynajmniej tej, która jest mi znana, coś takiego do tej pory się nie wydarzyło. Lorna Shore podkreśliła tym dokonaniem swoją pozycję, pokazując, iż wszystkie trzy kawałki tworzą niezwykle przejmującą i spójną całość.

Zachwycać nad tym koncertem mogłabym się naprawdę długo. pozostało jeden punkt, którego absolutnie nie mogę pominąć – scena! Sam jej kształt może nie był czymś innowacyjnym, ale to, co działo się na ekranach wręcz hipnotyzowało swoją brutalnością i pięknem jednocześnie. Wzburzone morskie (oceaniczne?) fale podczas Oblivion sprawiały tak realistyczne wrażenie, iż momentami czułam się, jakby próbowały pochłonąć także i mnie. Pirotechnika, ognie.. wszystko tworzyło idealną całość.

Jedynym minusem była chyba tylko frekwencja. Nie wiem, czy to kwestia tego, iż deathcore nie ma w naszym kraju aż tak silnego grona odbiorców, czy może zawiniła kumulacja bardzo dobrych koncertów w końcówce stycznia i z czegoś faktycznie trzeba było zrezygnować? Torwar świecił pustkami, co oczywiście miało też swoje plusy – nie było dzikich tłumów pchających się na siłę, czy typów, którzy notorycznie próbują wbić ci łokieć w żebra, czy coś tam innego. Jednak z perspektywy sceny musiał być to trochę przykry widok, bo przecież to jednak głównie pełne sale cieszą serce. Wiadomo, na pewne rzeczy nie mamy jednak wpływu.

Wtorkowy wieczór zamienił się w przepiękny spektakl, gdzie głośne i agresywne dźwięki pieściły uszy zebranych. Było pięknie i nie mogę doczekać się, kiedy Lorna Shore powróci do naszego kraju. Amerykanie zdecydowanie są stworzeni do wielkich rzeczy i chciałabym aby do ich muzyki przekonywało się coraz więcej osób. Knock Out, dzięki za zaproszenie!

Idź do oryginalnego materiału