Redakcja muzyczna prezentuje: Najlepsze albumy 2025 roku

radio357.pl 1 dzień temu

Z nieukrywaną satysfakcją po raz pierwszy przedstawiamy Wam wybór dwudziestu płyt roku 2025 (w podziale na muzykę polską i zagraniczną) wybranych przez Redakcję Muzyczną Radia 357. To bardzo zróżnicowana, eklektyczna lista, tak jak różnorodne są gusta osób tworzących naszą Redakcję. Jako ciekawostkę możemy dodać, iż zwłaszcza przy wyborze płyt zagranicznych, głosy były tak “rozstrzelone”, iż zaledwie na kilka płyt głosowały więcej niż dwie osoby! Jednocześnie liczymy, iż wśród wielu swoich ubiegłorocznych faworytów/faworytek, znajdziecie sporo muzyki, której jeszcze nie słyszeliście lub z różnych powodów omijaliście ją szerokim łukiem. Życzymy Wam miłej lektury i wielu niezapomnianych muzycznych odkryć.

W wyborze płyt roku Redakcji Muzycznej Radia 357 udział wzięli Marcin Bisiorek, Marcin Cichoński, Łukasz Dunaj, Natalia Fiedler, Mateusz Fusiarz, Bartek Gil, Antoni Grudniewski, Darek Król, Marta Kula, Marek Niedźwiecki, Katarzyna Nowicka, Maja Piskadło, Piotr Stelmach.

Top 20 – Świat

1. Kae Tempest – Self Titled

Wybitny brytyjski artysta i poeta, dla którego kwestia zmiany płci stała się drogą walki o swoją tożsamość i wolność artystyczną. “Self Titled” jest celebracją teraźniejszości oraz rozliczeniem często gorzkiej przeszłości. Jednak Kae nie zamyka się w swojej historii, jego przekaz jest uniwersalny i ważny, szczególnie kiedy przejawy braku tolerancji na świecie się nasilają. Siłą tego genialnego krążka są również gęste, podniosłe, a czasem wręcz taneczne aranżacje.

2. Olivia Dean – The Art Of Loving

Kto nie lubi zgrabnych, haftowanych metodą przeplataną z popu i soulu utworów o miłości? Ktoś na pewno, ale nie miliony nowych słuchaczy, którzy poznali się na talencie Olivii Dean za sprawą jej drugiej płyty. Brytyjka ponownie śpiewa o wzlotach i upadkach życia w społeczeństwie. No dobrze – nie tyle samego życia, co relacji, ale czy to nie one napędzają życie? Czy nie chodzi o to, kim w relacjach dla siebie jesteśmy i co w nas zostaje po relacjach zakończonych? Dojrzała i jednocześnie nie wstydząca się poszukiwania odpowiedzi na najważniejsze pytania podróż do świata welurowych tekstur, bezbłędnych refrenów i wyłożonych na stół emocji, które w całość najlepiej spina zamykający album “I’ve Seen It”. Dobrze się słucha, jak śliczne piosenki podbijają świat.

3. Pulp – More

Jarvis Cocker to od trzydziestu lat najbardziej brytyjski ze wszystkich brytyjskich wykonawców brytyjskiego, nie-zdziadziałego rocka. 24 lata. Tyle trwała przerwa między kolejnymi studyjnymi płytami Pulp. I co? I nic. Wydaje się, iż pryncypał ze swoją ekipą wyszedł tylko coś zjeść i wrócił po posiłku w wybornej formie. Ba, dużo lepszej niż na albumie “We Love Life” z 2001 roku. “More” to jeden z najważniejszych muzycznych powrotów kilku ostatnich lat.

4. Sam Fender – People Watching

Syndrom trzeciej płyty może objawiać się dobrego rodzaju rozprężeniem, gdzie artysta nie próbuje przesadnie udowadniać światu swojej wyjątkowości. Może również być również zupełnie odwrotnie, ale Sam Fender postanowił trzymać się w ryzach i robić to, w czym jest najlepszy; piosenki. Tym razem do współpracy zaprosił wokalistę zespołu The War On Drugs, który dodał płycie charakterystycznego dla siebie charakteru, tak bardzo spójnego z tym co robi Fender. Album “People Watching” dzielnie się broni zarówno w dorobku Brytyjczyka jak i na mapie płyt roku ubiegłego.

5. Deftones – Private Music

Po nieco gorzej przyjętych płytach “Ohms” czy nade wszystko “Gore” grupa z Sacramento w końcu przypomniała, dlaczego przez tyle lat rozdawała karty na rynku. Po dłuższej przerwie znów połączyła siły z producentem Nickiem Raskulineczem, który to nie raz udowadniał, iż kiedy branża wydawała się od Deftones odwracać, ci wracali ze zdwojoną siłą. I tak jest tym razem. “Private Music” oczywiście czerpie ze wszystkiego, za co fani pokochali Chino Moreno i spółkę, ale robi to skutecznie, a jako całość krążek jest spójny, świeży i z pewnością nie wypada blado na dystansie całej dyskografii. Wręcz przeciwnie.

6. Suede – Antidepressants

“Broken Music For Broken People”. Tak miał brzmieć tytuł tej płyty. Ostatecznie stanęło na “Antydepresantach” jako odtrutce na wszelkie życiowe zakręty. Muzyka ma być najlepszym i najskuteczniejszym z nich. I jest. Suede jeszcze długo nie będą grali w uzdrowiskach. Kapitalne gitarowe zagrywki i literackie balansowanie Bretta Andersona gdzieś między miłością, a obsesją umacniają Suede w czołówce zespołów, którym wciąż chodzi o coś więcej niż wytarta rock’n’rollowa klisza.

7. Bad Bunny – DeBÍ TiRAR MáS FOToS

W pierwszym tygodniu stycznia Polska była szara, ponura i smutna. Aż nagle Benito Antonio Martinez Ocasio uraczył nas buzującą od kolorów opowieścią o odległym Portoryko – o tym, za co je kocha, co go w nim boli, ale przede wszystkim o tym, dlaczego go nie odda. Dudniący reggaeton łączy się tu z salsą, jibaro (“portorykańskim country”) czy ludowymi rytmami bomby i pleny. DTMF to prztyczek w nos dla wszystkich, którzy sprowadzają reggaeton do niegrzecznej melorecytacji o seksie, imprezach i złotych łańcuchach. Okazuje się, iż można być też reggaetonowym patriotą – i rozkochać w swoim kraju pół świata.

8. Blood Orange – Essex Honey

Dev Hynes kazał czekać na następcę Angel’s Pulse sześć lat. Od zawsze uważam, iż nikt robi współczesnych ejtisów tak, jak Blood Orange – głównie przez to, jak wykorzystuje syntezatory. Do nostalgicznej, wspominającej ukochaną muzykę z dzieciństwa płyty Essex Honey Hynes dolewa morze triphopowych inspiracji z domieszką drum’n’bassu, ambientowego minimalizmu czy balladowego indie rocka. I plejadę gości – od Caroline Polachek i Lorde, przez The Durutti Column i gwatemalską wiolonczelistkę Mabe Fratti, po Mustafę i Daniela Caesara. I na tym nie koniec. Nie wiem, kto powiedział, iż to płyta do przytulania drzew, ale jestem za.

9. Patrick Watson – Uh Oh

Na pewno nie ma większego sensu słuchanie jego muzyki w “przeciągu”. Twórczość Kanadyjczyka wymaga podarowania jej choć odrobiny czasu, kiedy to odbiorca może na swój sposób “porozmawiać” z tym, co słyszy. A słyszy zwykle piękne, nieszablonowe pieśni, wykonane i zaaranżowane w intymny, bardzo emocjonalny sposób. Tym bardziej, iż powstaniu tej płyty towarzyszył osobisty dramat artysty – Watson stracił głos i lwią część albumu oddał do zaśpiewania innym artystom. Ci z kolei stworzyli tu niezwykle mocną i wielobarwną mozaikę, w której emocje rządzą niepodzielnie. Okazuje się po raz kolejny, iż istotną płytę można nagrać bez przesadnego kombinowania, niekończących się “take’ów” i budżetów, które przebijają kolejne sufity. I co więcej – mimo adekwatnie “składankowej” formy wykreować spójną, zamkniętą całość. Zdecydowanie bardziej “uh” niż “oh”.

10. Lorde – Virgin

W głowie Mai Piskadło Lorde to bliska koleżanka w typie “cicha woda brzegi rwie” – z pozoru grzeczna, a w rzeczywistości ta z najbardziej odjechanymi historiami, które opowiada prosto z mostu. Na nowej płycie twierdzi, iż wreszcie nie boi się siebie. To oznacza, iż pozbawiona strachu – ze wsparciem Jim-E Stacka – ubiera się w czasem połamaną, czasem pulsującą elektronikę i dekoruje ją chwytliwymi melodiami. W tekstach maskuje ból używkami, przygląda się swojemu ciału i tożsamości, żeby spytać: “kto mnie taką pokocha?”, a później: “czy ja kiedykolwiek jeszcze pokocham?”. I jak zawsze, kocha do szaleństwa. Możliwe, iż tym razem również siebie.

11. Maruja – Pain To Power

Pochodzący z Manchesteru kwartet jest niczym wulkan jazz-punkowej energii zagranej z epickim wręcz rozmachem. To muzyka zarówno walki, protestu, jak również piękna i zadumy nad rozpadającym się na naszych oczach światem. “Pain to Power” brzmi jak gotowy soundtrack do wszczęcia rewolucji, ale takiej w której nie chodzi o destrukcyjny szał, ale zbudowanie czegoś nowego i pięknego. Spektakularny debiut, który będziemy pamiętać latami.

12. Natalia Lafourcade – Cancionera

Tym razem zabieramy Państwa do Meksyku. To stamtąd pochodzi artystyczny talent czystej wody, zresztą, wielokrotnie honorowany prestiżowymi nagrodami muzycznymi za… bycie owym talentem i konsekwentne jego szlifowanie. Natalia Lafourcade. Kobieta – nastrój. Kobieta – głos. Kobieta – melancholia. Taka jest jej muzyka. Takie są piosenki na tej płycie. Ckliwe, ale przepiękne. Nienachalne, ale zaraźliwie melodyjne. Kompletnie niedzisiejsze, ale dające mnóstwo wytchnienia. Słuchając choćby utworu tytułowego, można odnieść wrażenie, iż głos Natalii jest niczym dźwiękowa sepia – to przecież ten barwnik sprawia, iż oglądając fotografie nim spowite, przenosimy się w czas trochę nierealny. Jakby spokojniejszy. Pozwalający na oderwanie się od gnającej szaleńczo przed siebie rzeczywistości. No i ten głos… Dobrze mu ulec. A jeszcze lepiej się w nim zakochać.

13. Manic Street Preachers – Critical Thinking

Są “nosicielami” jednej z najbardziej intrygujących łatek współczesnej popkultury. “Zespół, Który Nigdy Nie Nagra Piosenki O Miłości”. No dobrze, to o czym są kawałki Walijczyków? O stanie ducha. O człowieku zainstalowanym we współczesnych systemach społeczno – politycznych. O jego wierze lub tejże wiary utracie. O walce w nas wszystkich dwóch, trzech lub więcej różnych postaw. O przeciwieństwach i ich wzajemnym przyciąganiu się. A do tego wszystkiego trio od lat bezceremonialnie tworzy piosenki, które mogłoby zagrać KAŻDE radio na świecie. Mogłoby, choć z tego przywileju nie każde korzysta. Wspaniała, przebojowa, skrząca się od znakomitych melodii płyta. A oni jeszcze nie skończyli. I to jest kolejna dobra wiadomość na ich temat.

14. Wolf Alice – The Clearing

Wolf Alice już na swoich poprzednich płytach pokazywali, iż mamy do czynienia z potencjalnie mocnym graczem, szczególnie przy okazji “Blue Weekend”, które przysporzyło im sporo fanów. Wydaje się jednak, iż dopiero teraz, za sprawą kolejnego krążka, ugruntowali swoją pozycję jako zespołu, który po prostu chcesz/musisz śledzić. Na ‘The Clearing’ Wolf Alice pokazali jaką przebyli drogę, jak wiele mają jeszcze do przekazania i jak mocno rozwinęli się muzycznie – utwory są bardziej złożone, zniuansowane i przemyślane, a przy tym nie zatracili pewnego rodzaju przebojowości, co potwierdzają takie hity jak “White Horse”, “Bloom Baby Bloom” czy najlepszy na albumie – “The Sofa”.

15. Little Juke – Departures From The State Of Mind

W pierwszym zdaniach na temat tego albumu Darek Król napisał: “Nie pamiętam roku, w którym miano najciekawszej mógłbym przyznać płycie, będącej debiutem, a tak właśnie stało się w przypadku kwartetu z okolic Birmingham. Gdy w lutym ukazał się ten album, nie mogłem uwierzyć, iż tak dojrzale można przedstawić się światu”. Niebanalnie zatytułowany “Departures from the States of Mind”, jest niemal pamiętnikowym zestawem osobistych opowieści. I jeżeli autobiograficzny charakter tekstów wydawać się może dość śmiałym posunięciem, to pod względem muzycznym są one równie odważne – utwory wędrują po krajobrazach przesiąkniętych indie, mieszając je z rockiem, brit popem, a choćby znajdując odrobinę folkowej finezji i opartego na R&B groove’u. Little Juke stworzyli jeden z najciekawszych albumów alternatywnego rocka 2025 roku. Każdy utwór oferuje odrębną podróż, ale płyta pozostaje spójna – rzadkie i imponujące osiągnięcie. Ich muzyka to tygiel dźwięków, które łącząc się tworzą indywidualne brzmienie. A oni dopiero zaczynają… Do tego pociągu z pewnością warto wskoczyć i dać się porwać bez pamięci!

16. El Michels Affair – 24 Hr Sports

Leon Michels to dobra firma – niekoniecznie stara, ale na pewno mająca w małym palcu wszystkie najlepsze elementy brzmienia “retro”, szczególnie retro (czyli po prostu klasycznego) soulu. Tylko w ostatnich trzech latach Michels produkował m.in. płyty Nory Jones, Clairo i Lady Wray, nagrał znakomity album z Black Thoughtem, wybrzmiał na drugim i ostatnim albumie z kolegami z grupy The Arcs i opiekował się artystami swojej wytwórni Big Crown. Na albumie 24 Hr Sports z sentymentem spogląda na twórczość MF Dooma czy okładki magazynu Sports Illustrated z lat 80. i 90. i łączy ich kolory i fragmentaryczność pierwszej jakości klejem w postaci swojej miłości do muzyki lat 70. Podstawowa ścieżka dźwiękowa do spokojnego wieczoru z butelką wyśmienitego wina.

17. Barbra Streisand – The Secret Of Life (Partners Volume 2)

Klasa, genialny głos od lat we wspaniałej formie, klasyki piosenki, goście z “pierwszej ligi”. Barbra już nic nie musi… Jak dobrze, iż jeszcze Jej się chce. Zjawiskowa produkcja muzyczna (Walter Afanasieff, Peter Asher). Nic nowego, nic nowoczesnego. Wszystko na swoim miejscu. Jak bajka, jak sen. Uwielbiam takie sny. To ulubiona płyta 2025 roku Marka Niedźwieckiego.

18. Oren Ambarchi, Johan Berthling, Andreas Werliin – Ghosted III

To już trzecie artystyczne spotkanie australijskiego multiinstrumentalisty Orena Amabarchiego z szwedzkimi muzykami tworzącymi jedną z najlepszych współczesnych sekcji rytmicznych sceny free-improv. I być może najbardziej udane, bo kolejny album tego tria wydaje się lepszy z każdym przesłuchaniem. A może to my uczymy się odkrywać następne warstwy tej niełatwej, ale niezwykle ciekawej muzyki?

19. The Horrors – Night Life

Faris Badwan brawurowo przewodzi ekipie z podlondyńskiego Southend-On-Sea. A zespół, mimo prawie 20 lat fonograficznej egzystencji, wciąż nagrywa frapujące albumy. To jedna z tych orkiestr, o których nie przestajesz myśleć jak o debiutantach. Tam, gdzie shoegaze idzie na randkę z nieprzerysowanym gotykiem, britpopem i odrobiną klimatu lat 80s. Efektem jest znakomity, spójny zbiór dziewięciu kompozycji na czele z “Trial By Fire” i “LA Runaway”.

20. Anna Von Hausswolff – Iconoclasts

Szwedzka wokalistka i kompozytorka wraz z „Iconoclasts” wychodzi ze strefy cienia zarezerwowanej dla niszowych artystów (-tek). Jej szósty album to nie tylko artystyczny triumf, ale świadectwo brawurowego połączenia ognia z wodą, czyli mrocznej, organowej muzyki z popową wrażliwością. Do tego dochodzą świetne duety z Iggym Popem oraz Ethel Cain, które brzmią jak przepustka do muzycznego mainstreamu, który potrzebuje tak odważnych i unikalnych postaci jak Anna.

Top 20 – Polska

1. Wiraszko – Tak młodo się nie spotkamy

Michał umie. choćby bardzo. W melodie, ale przede wszystkim w teksty. Lubi o sobie mówić i myśleć, iż jest notorycznym debiutantem. Pasuje idealnie, bo to jego pierwszy solowy album. Piosenki powstałe z bystrych obserwacji – rodzimej rzeczywistości, emocji towarzyszących wchodzeniu w wiek dojrzały czy emocji w ogóle. Taka jest ta płyta. Wartka, czujna i przebojowa. Muchy śpią. Ich lider łobuzuje, częstując autorefleksjami. I odwrotnie. Na zdrowie!

2. Kasia Lins – Obywatelka K.L.

Jesteś młodą, obiecującą artystką. Masz już na swoim koncie ważne piosenki i płyty, ale szczyt artystycznej formy być może pozostało do zdobycia. I wtedy decydujesz się nagrać płytę z własnymi interpretacjami utworów kogoś uznawanego za absolutnego klasyka. Wyjścia są dwa: albo przegrasz z kretesem, albo zwyciężysz na długie lata. Kasia Lins tym albumem – hołdem dla Obywatela G.C. i zespołu Republika – podbiła serca i wrażliwość tych, których serc i wrażliwości dotąd nie podbiła, a co ważne – zrobiła piękną i niezwykle ciepło przyjętą pamiątkę dla bardzo wymagających fanów Grzegorza i jego ekipy. Mówiąc krótko: zwyciężyła. Dodajmy, iż brawurowo.

3. Fisz Emade Tworzywo – 25

Bracia Waglewscy – Piotr i Bartosz – od wielu lat trzymają rękę na rodzimym muzycznym pulsie. Ba, wyznaczają jego rytm. Nawet, jeżeli ich działalność przywdziewa podejrzane szaty zbyt poważnych rocznic, robią swoje, machając dyskretnie z konkretnej odległości całej fali młodych wykonawców / naśladowców / followersów (niepotrzebne skreślić). “25” to z jednej strony podsumowanie ćwierćwiecza ich artystycznej działalności, a z drugiej kolejna porcja świeżych i bystrych obserwacji naszej codzienności. Oczywiście z poważną wiwisekcją własnych emocji i próbą umiejscowienia ich w szalonym kołowrotku współczesności.

4. Błażej Król – Popiół

Błażej Król jaki jest każdy widzi. A może właśnie nie widzi? Przy okazji zapowiadania albumu “Popiół” artysta podkreślał, iż tym razem – na swojej ósmej już płycie – zrezygnuje z enigmatycznych tekstów i wieloznacznych metafor, i w końcu opowie o sobie, o czasie, o lęku, o codzienności. Często takie zapowiedzi są na wyrost, ale nie w przypadku Błażeja. Ten jak powiedział, tak zrobił. To zdecydowanie jego najbardziej osobisty i autorefleksyjny materiał, a jak ktoś nie wierzy… niech posłucha “Mojej bestii”, “Głęboko” albo “Strzeż Mnie”.

5. Mela Koteluk – Harmonia

Od jej fonograficznego debiutu, czyli od albumu “Spadochron”, klasyfikowanie Meli Koteluk jako artystki wykonującej muzykę pop wydaje się zbyt duży uproszczeniem. Bo owszem, te dźwięki z muzyką pop mają wiele wspólnego, ale Mela tworzy go na własnych artystycznych zasadach. I dlatego słychać w jej muzyce liczne “wychylenia poza kadr”. Tak było na poprzednich płytach, podobnie jest też i na tej. “Harmonia” to jedenaście piosenek o niełatwym poszukiwaniu i odnajdywaniu wewnętrznego balansu jako najlepszego antidotum na poszarpaną rzeczywistość. Nie dość, iż melodyjne i mądre literacko, to jeszcze na swój sposób terapeutyczne. Takie są te piosenki.

6. Shama – Loki

“Jaki jest ostatni akord, misiu?” – od tych słów zaczyna się drugi album duetu Shama, na co dzień męża i żony. I właśnie ta beztroska, słodycz i miękkość są ich siłą. Zgrabnie napisane, rozbujane piosenki o wchodzeniu w dorosłość, o codzienności. Kolejny atut to skręcające w stronę retro aranżacje, gdzie gitary pięknie współgrają z klawiszami i elektroniką. Na tle polskojęzycznych utworów wybija się nieziemsko przebojowa piosenka napisana po angielsku – “Mona Melody”.

7. BOKKA – White Room

Nie jest łatwo promować album kiedy nie zdradza się swojej tożsamości, a twarze ukryte są pod maskami. Zespół BOKKA wybrał taką drogę 12 lat temu i nie ubywa mu fanów. Każdemu z pięciu wydanych dotąd albumów towarzyszy przemyślana oprawa wizualna, nowe maski, inny koncept. “White Room” zabiera słuchacza do symbolicznej “białej” przestrzeni, gdzie zacierają się granice rzeczywistości. Warstwa muzyczna pozwala zanurzyć się w hipnotycznej melancholii oraz okraszonych elektroniką pięknych melodiach.

8. Kathia – Nie chcę być tu sama

Jest jednym z naszych muzycznych dzieciaków. Jest artystką, którą zauważyliśmy kilka lat temu i postanowiliśmy ją… śledzić. Radiowo, artystycznie, mentalnie i… festiwalowo. Warto było. Między innymi z niej jesteśmy bardzo dumni. To druga po “Przestrzeni” płyta Kathii. Osobista na wskroś, mówiąca o uczuciach, przetrąconych związkach, poszukiwaniu siebie i tęsknocie. Wiele tu znakomicie zaśpiewanych, intymnych pieśni na czele z przepięknym “Stój”, którym Artystka czaruje nie tylko na tym albumie, ale też na koncertach. A, właśnie – jej koncerty. Polecamy je, mając nadzieję, iż zostawicie w miejscach, w których się odbywają, mnóstwo siebie.

9. Klawo – 2 bobry i zachód słońca

Już sam tytuł ich drugiego studyjnego albumu może na temat zespołu Klawo sporo powiedzieć, mimo iż czysto teoretycznie mówi niewiele. Te bobry z uporem maniaka od kilku lat budują jazz-funkową tamę, przez którą nie przeciśnie się ani kropla wody skażonej plastikiem i inną chemią. Kompozycje i wykonania septetu elektryzują ciało i duszę, zaskakując odwołaniami do punku czy brzmień rodem z Brazylii. Klawo w 2025 roku zagrali m.in. na legendarnym Montreux Jazz Festival – mają z czego być dumni, my możemy się chwalić swoimi na świecie, a bobry siedzą i zawijają w to złoto (w przeciwieństwie do świstaka).

10. Paulina Przybysz – Insides

W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Paulina Przybysz zaliczyła już co najmniej kilka muzycznych żyć – czy to w zespole Sistars, czy w składzie Rita Pax, czy w rozmaitych solowych i pobocznych projektach, w których mogła wykorzystać niezwykłą soulowo-hiphopowo-bluesowo-gospelową rozpiętość swojego głosu i wrażliwości. Jazz kocha od zawsze i na płycie Insides daje temu dobitny wyraz. Z gracją i instrumentalno-aranżacyjnym wsparciem kocurów młodej rodzimej sceny odważnie interpretuje tak Coltrane’a i Gillespiego, jak i Otisa Reddinga i mistrza afrofuturyzmu, Sun-Ra. Jest więc tak wierna sobie i swoim zamiłowaniom, jak to tylko możliwe, a nic nie brzmi lepiej niż bezkompromisowa szczerość.

11. Blauka – Wolta

Z singlem “Kiks” powrócili w 2024 po 5 latach przerwy! To długo jak na początkujący duet, więc ich “Wolta” to jakby drugi debiut. Dopieszczony brzmieniowo przez Piotra Lewańczyka, otulający głosem Georginy Tarasiuk, balansujący pomiędzy nowoczesnością a nostalgicznym echem lat 70. i 80. Siłą tej płyty są również osobiste teksty, które w oderwaniu od muzyki tworzą zupełnie inną historię.

12. Dawid Tyszkowski – Mam szczęście

Wbrew tytułowi to nie jest radosna płyta, ale jakże piękna i dojrzała! Po świetnie przyjętym debiucie Dawid Tyszkowski mógł obrać bardziej przebojowy kierunek, a nagrał coś bardziej wymagającego. Pomogli mu w tym nowi współpracownicy – Kamil Pater i Kuba Staruszkiewicz. Brzmienie utworów jest dopracowane, miękkie, a nastrój bardzo intymny, momentami podniosły i emocjonalny. I choć w połączeniu z refleksyjnymi tekstami Dawida całość wywołuje w nas stan niepokoju, znów chce się wrócić i zagrać ten materiał od początku do końca.

13. Niechęć – Reckless Things

Czy muzyka zespołu Niechęć to jazz? Też, ale nie tylko. W takim razie co jeszcze? Najłatwiej byłoby napisać: wszystko lub prawie wszystko. Bo w tej muzyce jest rzeczywiście mnóstwo przestrzeni na twórcze działanie wyobraźni. Warszawska ekipa pod wodzą gitarzysty Rafała Błaszczaka obficie tej wyobraźni używa, zresztą nie tylko na tej płycie. A “Reckless Things” to album, który płynie niczym wytrawna, zbudowana na bazie jazzu ścieżka dźwiękowa. Jesteśmy w ich kinie. Od utworu “Nowe Płuca” aż po zamykające całość “Bohaterowie są zmęczeni” to piękna podróż, ba, opowieść bez słów, która uruchamia przed oczami poszczególne sceny. A ten film to jaki gatunek? Tym razem niech popracuje nasza – słuchaczy wyobraźnia.

14. The Ancimons – Let Them Play

Ach, ta dzisiejsza młodzież… Uroczo zangielszczone w nazwie zespołu słowo “ancymon” doskonale oddaje ducha tych bezgranicznie oddanych jazzowi, soulowi, hip-hopowi i gospelowi zbójów. Zuza Baum i Jasiek Piwowarczyk, wokaliści grupy, udowadniają, iż można urodzić się w Polsce i brzmieć jak rasowi amerykańscy wyjadacze. Na Let Them Play! jest głośno i radośnie – czy to za sprawą złożonego z przyjaciół chóru, czy pędzących, jazzujących kompozycji, które zapraszają do ruszenia tą i ową kończyną. Nie uciszajcie ancymonów, dajcie im grać!

15. Grzegorz Turnau – Szósta godzina

Od wielu lat Artysta jest jednym ze stateczników pionowych rodzimej muzyki. Nazwijmy tę muzykę “rozrywkową”, choć chyba bardziej pasuje do niej określenie “refleksyjna”. Stanowi istotny punkt odniesienia dla wielu twórców. Zawsze dobrze rzucić uchem na jego piosenki, żeby tak zwyczajnie dowiedzieć się, “co Pan Grzegorz na to”? Turnau nie musi wyznaczać muzycznych trendów czy uskuteczniać mentalnych rewolt, ale na jego płyty się po prostu czeka. “Szósta godzina” to kolejny zbiór refleksji Artysty – tym razem tematycznie poświęconych przede wszystkim nieubłaganemu przemijaniu i miejscu, w którym zaczyna się szósta dekada życia odmierzana miarową pracą niewidzialnego zegara. Znakomite duety z Dorotą Miśkiewicz (“Dwa bilety”, “Gdybyś”, “Nie skąp żartu”) i leniwe muzyczne dobranocki (“Przystając pod lasem w śnieżny wieczór”, “Sen mnie woła”) to tylko niektóre fragmenty, będące idealnym powodem, by sięgnąć po ten album. A jest ich na nim znacznie więcej.

16. AcidSitter – Escape from Egoland

Polsko – japoński mariaż nagrywa muzykę, która ani polska, ani tym bardziej japońska nie jest. Gitarowa rdza spod znaku All Them Witches opakowana w psychodelię i odrobinę szaleństwa daje po raz kolejny efekt wręcz porażający. Warto wspomnieć, iż nad płytą wspólnie z zespołem dość konkretnie napracował się Maciej Cieślak. Elegancko zniszczone nuty. Ileż to lat nikt pod tą szerokością geograficzną nie wysmażył czegoś w rodzaju “Your Eyes Were Orange Like The Sky”? Oni to pięknie nadrabiają.

17. Ciśnienie – Angry Noises

Ten album brzmi jak muzyczny knockout, po którym padamy na deski, jesteśmy liczeni, ale za każdym razem podnosimy się, aby ponownie zmierzyć się z niepowstrzymaną energią tego katowickiego składu. Ciśnienie tworzy jazz jakby programowo “nieakademicki”, któremu bliżej do najgłośniejszych kulminacji w utworach Swans, ale zagranych z punkową dezynwolturą. Ciśnienie to nie jest „tylko” zespół, to zjawisko zupełnie wyjątkowe na polskich (i oby nie tylko!) scenach..

18. Aga Derlak – Neurodivergent

Jest jedną z najbardziej utalentowanych młodych pianistek jazzowych. Ostatni jej jak do tej pory album ukazał się latem, a sama artystka opatrzyła jego wydanie między innymi takimi słowami: “To odbicie mojej własnej neuroatypowości – konkretnie ADHD, z którym na co dzień funkcjonuję, na który szukam (z całkiem niezłym sukcesem) sposobu w życiu codziennym, a w muzyce… przestałam już próbować. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdybym zamiast walczyć z moją pozorną nielogicznością i chaosem pozwoliła im przejąć proces twórczy? I wyszło”. Wydaje się, iż to płyta pełna kontrastów. Na dźwiękowy, pełen rozimprowizowanej dynamiki chaos i znajduje się tu natychmiast spokojna, wyważona odpowiedź (“Is It” – “Mazur”, “After Number 4” – “Fala”), a idealnym dopełnieniem improwizacji jest udział w nagraniach znakomitego skrzypka – Kacpra Malisza. Zimno – ciepło. W górę – w dół. Bunt – spokój. I piękny finał, czyli “Rain Has Fallen”. Jazz dla niespokojnych dusz. Niespokojnych, ale twórczych.

19. Kuba Badach – Radio Edit

O Artyście Marek Niedźwiecki pisze tak: “Śledzę jego muzyczną drogę od 1997 roku, kiedy zaśpiewał “Małe szczęścia” na płycie Roberta Jansona. Fryderyki dla wokalisty roku w 2011 i 2012. Po drodze Poluzjanci i Globetrotters. Radzi sobie świetnie z piosenkami Andrzeja Zauchy, czy Zbigniewa Wodeckiego. Niezbyt często wydaje solowe albumy, z tym większą przyjemnością sięgnąłem po “Radio Edit”. Dziesięć “zgrabnych”, radiowych piosenek świetnie zaśpiewanych. Bardzo dobre teksty Aleksandry, żony Kuby. Jest jednym z najlepszych piosenkarzy na naszym rynku. Może wszystko…”.

20) Piotr Kurek – Songs and Bodies

To bardzo szczególna płyta. Minimalistyczna, chwilami wręcz ascetyczna, a jednocześnie wielowymiarowa. Piotr Kurek dekonstruuje postrockową estetykę, tworząc ulotne, jakby “od niechcenia” naszkicowane piosenki, w których najwięcej się dzieje pomiędzy nutami. “Songs and Bodies” stanowi także dowód na to, iż pozostając poza głównym obiegiem rzeczy, można od kilkunastu lat i płyt (!) tak konsekwentnie budować swoją unikalną artystyczną drogę. Bądźcie jak Piotr!

Idź do oryginalnego materiału