
"The Glowing Man" od początku był pomyślany jako zwieńczenie trylogii, na którą składa się wraz z "The Seer" i "To Be Kind". Wczesne zapowiedzi mówiły wręcz, iż będzie to ostatni w ogóle album Swans. Potem jednak złagodzono ten komunikat: może i zespół coś jeszcze nagra, ale nie w tym składzie i nie w takiej formie. Dziś - dziesięć lat oraz trzy albumy później - wiadomo, iż przynajmniej do pewnego stopnia udało się te obietnice spełnić. Trudno zresztą wyobrazić sobie inny rozwój wydarzeń, niż zmiany. Ryzykownym posunięciem było już choćby wydanie "The Glowing Man" - trzeciego z rzędu tak monumentalnego dzieła, bez nowych muzyków, którzy mogliby wnieść świeże podejście. Opinie na temat poprzednich wydawnictw były na ogół entuzjastyczne, ale tym razem wystarczyłoby niewielkie potknięcie, by bańka pękła.
A jednak, pomimo personalnej stabilizacji oraz upartego trzymania się tej samej formy, jest to album o swoim własnym charakterze. Podobnie jak groove'owy "To Be Kind" różnił się wyraźnie od brutalnego "The Seer", tak i "The Glowing Man" zdecydowanie odbiega od obu. Tym razem grupa stawia przede wszystkim na subtelność, a według samego Michaela Giry - na poszukiwanie transcendencji. Niezmienna pozostaje transowość muzyki Swans, której sprzyja długość utworów. Aż trzy przekraczają dwadzieścia minut, dwa kolejne realizowane są po kilkanaście, choć jest też kilka krótszych, łącznie zajmujących kwadrans tego materiału. W finałowym, autotematycznym "Finally, Peace" robi się wręcz piosenkowo; to łagodne, melodyjne i zaskakująco pogodne granie zdominowane żeńskimi chórkami, choć w drugiej, instrumentalnej połowie wraca ten niemalże mistyczny trans. "People Like Us" oraz śpiewany głównie przez żonę Michaela, Jennifer "When Will I Return" przypominają natomiast o neofolkowym obliczu Swans; ten ostatni z czasem nabiera intensywności i gothic-rockowej atmosfery.
Czytaj też: [Recenzja] [Recenzja] Swans - "To Be Kind" (2014)
W dłuższych utworach grupa idzie już w tym nowym, uduchowionym kierunku. Niespełna trzynastominutowy otwieracz "Cloud of Forgetting" wciąga i hipnotyzuje przy pomocy subtelnych, quasi-ambientowych dźwięków zestawionych z powtarzalnym rytmem, a także stopniowo zagęszczającej się atmosfery. Warstwa instrumentalna z czasem wzbogaca się o kolejne elementy, jak klawiszowy motyw, który mógłby się spokojnie znaleźć w kawałku spiritual-jazzowym. choćby gdy dochodzą cięższe gitary, utwór zachowuje przestrzenne brzmienie i natchniony nastrój. Korzystający z podobnych patentów, ale pozornie mniej zorganizowany i trwający aż 25 minut "Cloud of Unknown" ma choćby jeszcze bardziej mistyczny i transowy charakter.
Na trochę innej zasadzie zbudowano bliski kwadransa "The World Looks Red / The World Looks Black", składający się z dwóch wyraźnie odrębnych części: pierwszej subtelnej, onirycznej, z minimalistycznymi, znów nieco spiritual-jazzowymi partiami klawiszowymi; drugiej bardziej gęstej i intensywnej. W oba segmenty całkiem fajnie wpleciono dęciaki, odświeżające brzmienie zespołu. Tytuł nie przypadkiem jest zbieżny z "The World Looks Red" Sonic Youth - oba utwory zawierają ten sam tekst Giry, choć kompletnie inną warstwę instrumentalną. 20-minutowy "Frankie M" brzmi już nieco bardziej przyziemnie, więcej w nim zgiełkliwych brzmień - ale to akurat kompozycja obecna już wcześniej w koncertowym repertuarze. W sumie dobrze, iż znalazło się tu takie urozmaicenie. Zwłaszcza iż półgodzinny utwór tytułowy to powrót do tego tajemniczego, transcendentnego nastroju. Partie klawiszy i klimat we wstępie przypominają nieco "No Quarter" Led Zeppelin, ale utwór rozwija się w bardziej swobodne, transowe, nieco jazgotliwe rejony, z czasem nabierając szaleństwa. To inny rodzaj mistycyzmu, przypominający raczej koncertowe odloty Can z czasów Damo Suzukiego.
Czytaj też: [Recenzja] Swans - "The Seer" (2012)
"The Glowing Man" doskonale wieńczy tę monumentalną trylogię, w której każda część ma swój własny charakter, a jednak wyraźnie należą do tego samego etapu w dyskografii Swans. To zresztą na tych wydawnictwach grupa osiągnęła swoje artystyczne apogeum - trzydzieści lat po rozpoczęciu działalności, co jest prawdziwym ewenementem i najpewniej jedynym takim przypadkiem w historii muzyki rockowej. Osobiście mam pewne zastrzeżenia do tych albumów, zwłaszcza do obecności krótszych kawałków, które wybijają z tego transowego nastroju. Ale i tak bardzo je doceniam za te mocarne kolosy, jakie dominują w repertuarze.
Ocena: 8/10
Swans - "The Glowing Man" (2016)
CD1: 1. Cloud of Forgetting; 2. Cloud of Unknowing; 3. The World Looks Red / The World Looks Black; 4. People Like Us
CD2: 1. Frankie M.; 2. When Will I Return?; 3. The Glowing Man; 4. Finally, Peace.
CD2: 1. Frankie M.; 2. When Will I Return?; 3. The Glowing Man; 4. Finally, Peace.
Skład: Michael Gira - wokal i gitara; Kristof Hahn - gitara, dodatkowy wokal; Norman Westberg - gitara, dodatkowy wokal; Christopher Pravdica - gitara basowa, dodatkowy wokal; Thor Harris - instr. perkusyjne, wibrafon, dulcimer; Phil Puleo - perkusja, dulcimer, dodatkowy wokal; Bill Rieflin - perkusja, instr. klawiszowe, gitara, gitara basowa, dodatkowy wokal
Gościnnie: Stuart Mack - trąbka; Joakim Toftgaard - puzon; Rachel Woolf - flet; Daniel Hart - skrzypce; Buffi Jacobs - wiolonczela; Bach Norwood - kontrabas; Gerald Jones - mandolina, banjo; Kaela Sinclair - dodatkowy wokal; Katrina Cain - dodatkowy wokal; Okkyung Lee - wiolonczela (CD1: 2); Jennifer Gira - dodatkowy wokal (CD2: 2,4)
Gościnnie: Stuart Mack - trąbka; Joakim Toftgaard - puzon; Rachel Woolf - flet; Daniel Hart - skrzypce; Buffi Jacobs - wiolonczela; Bach Norwood - kontrabas; Gerald Jones - mandolina, banjo; Kaela Sinclair - dodatkowy wokal; Katrina Cain - dodatkowy wokal; Okkyung Lee - wiolonczela (CD1: 2); Jennifer Gira - dodatkowy wokal (CD2: 2,4)
Producent: Michael Gira















