[Recenzja] Ralph Towner - "Solstice" (1975)

pablosreviews.blogspot.com 21 godzin temu


Od połowy lat 60., przez całą kolejną dekadę twórcy jazzowi chętnie elektryfikowali swoje brzmienie. Czasem w celu poszerzenia możliwości instrumentów, częściej chyba jednak dla pozyskania zainteresowania słuchaczy popularniejszych stylów. Na trend ten pozostawał jednak obojętny Ralph Towner, który swoim podstawowym instrumentem uczynił gitarę akustyczną - instrument rzadko wybierany przez jazzowych gitarzystów choćby w czasach sprzed nurtu fusion. Zmarły przed kilkoma dniami artysta był jednym z największych mistrzów tego instrumentu. Choć karierę zaczynał jako muzyk sesyjny, wspierający wykonawców folkowych czy soulowych, gwałtownie zdobył uznanie w środowisku jazzowym, czego efektem były m.in. występy na płytach Weather Report i Keitha Jarretta, a także kooperacja z Johnem Abercrombiem. Jednak największa, a zarazem najważniejsza część jego dorobku to albumy nagrane z łączącą jazz z muzyką świata grupą Oregon oraz autorski materiał dla wytwórni ECM.

Amerykański muzyk gry na gitarze zaczął uczyć się dość późno, bo w wieku 22 lat. W tym celu udał się aż do Wiednia, by w tamtejszym konserwatorium studiować pod okiem Karla Scheita i zagłębiać się w transkrypcje renesansowej muzyki na lutnie. Nie były to jednak jego pierwsze muzyczne doświadczenia. Urodzony w mocno umuzykalnianej rodzinie Towner od najmłodszych lat grał na instrumentach - ojciec uczył go gry na trąbce i waltorni, a matka na fortepianie. Po ukończeniu oregońskiego konserwatorium szykował się zresztą do kariery pianisty klasycznego. Ale właśnie wtedy jego zainteresowania skierowały się najpierw ku muzyce brazylijskiej, a następnie w stronę jazzu. Szczególnie nagrania tria Billa Evansa ze Scottem La Faro i Paulem Motianem zrobiły na nim tak duże wrażenie, iż wybrał karierę muzyka jazzowego. Wpływy klasyczne czy world music pozostały jednak silne w jego twórczości.

Czytaj też: [Recenzja] John Abercrombie - "Timeless" (1975)

Gitarowy kunszt Ralpha Townera najpewniej najlepiej pokazuje koncertowa płyta "Solo Concert" z 1980 roku, w całości wypełniona jego samodzielną grą na gitarze akustycznej, z wykorzystaniem najróżniejszych technik i szerokim spektrum inspiracji. To jednak wydawnictwo dość hermetyczne. Wydany parę lat wcześniej "Solstice" jest równie dobry, a przy tym utrzymany w bardziej przystępnej, typowej dla ECM estetyce. To tu gitarzyście po raz pierwszy w autorskim projekcie towarzyszył pełen zespół, złożony zresztą z postaci ściśle związanych z wytwórnią Manfreda Eichera: Jan Garbarek na saksofonach, Eberhard Weber na basie oraz Jon Christensen na bębnach i perkusjonaliach. Całość zarejestrowano jakoś w okolicach przesilenia zimowego 1974 roku w mroźnej Norwegii. Ściślej mówiąc w Arne Bendiksen Studio w Oslo, gdzie warunki były najpewniej całkiem komfortowe, ale sam album jest właśnie w całości przepełniony takim chłodnym, zimowym klimatem.

"Solstice" składa się z ośmiu utworów, głównie kompozycji lidera. Najwspanialszym momentem całości, a zarazem znakomitą jej reprezentacją, jest otwierający ją "Oceanus". To jedenaście minut niezwykle nastrojowego, zimowego jazzu, z bardzo przestrzennym brzmieniem, na które składają się misterne partie gitary, bardziej surowy, choć melodyjny saksofon, gęsta, ale finezyjna i nienachalna sekcja rytmiczna oraz lodowate, ambientowo-drone'owe tło syntezatora. Utwór znakomicie pokazuje, czego można spodziewać się przez resztę albumu, zwłaszcza pod względem klimatu, który konsekwentnie zachowuje ten chłód. Poza tym to jednak dość zróżnicowany materiał. "Visitation" i "Red and Black" to bardziej swobodne improwizacje, gdzie jednak freejazzową ekspresję zastępują sonorystyczne, przejmujące zimnem eksploatacje. W "Drifting Petals" Towner pokazuje, iż pianistą jest niemal równie dobrym, co gitarzystą. "Nimbus" to z kolei w pierwszej połowie rewelacyjny solowy popis lidera, podczas gdy w drugiej cały kwartet występuje na równych prawach, dając popis żywiołowej interakcji zespołowej. Dodatkowo pojawiają się tu partie fletu i wiolonczeli, co dodaje odrobinę nastroju muzyki świata.

Czytaj też: [Recenzja] Jan Garbarek - Bobo Stenson Quartet - "Witchi-Tai-To" (1974)

Na płycie znalazły się też dwa duety Townera. W miniaturze "Winter Solstice" wspólnie z Garbarkiem tworzy bardziej delikatną atmosferę, podczas gdy "Piscean Dance" z Christensenem jest najbardziej energetycznym fragmentem albumu. Perkusyjne intro tego utworu jest zresztą chętnie samplowane przez twórców hip-hopowych, jak Atmosphere, De La Soul czy Ghetto Children. Zabrakło na "Solstice" natomiast duetu lidera z Weberem, ale basista jako jedyny z sidemanów miał także wkład kompozytorski. Jego "Sand" jest z początku i w finale jednym z najbardziej sugestywnych na tej płycie muzycznych ekwiwalentów mroźnego pustkowia, jednak intensywna perkusja ze środkowej części trochę ten nastrój rozwiewa. Do samego wykonania trudno się jednak przyczepić.

Cały album jest zresztą fantastycznie wykonany. Kwartet pokazuje swoją wirtuozerię, przy czym stawia przede wszystkim na zespołowe granie i wykorzystuje te umiejętności do kreowania konkretnego, konsekwentnie utrzymywanego klimatu, a nie popisywania się techniką. "Solstice" to jedna z najlepszych płyt w zimowym nastroju. Ale warto po nią sięgnąć nie tylko ze względu na pogodę za oknem - to także doskonałe wprowadzenie do twórczości Ralpha Townera.

Ocena: 8/10


Ralph Towner - "Solstice" (1975)

1. Oceanus; 2. Visitation; 3. Drifting Petals; 4. Nimbus; 5. Winter Solstice; 6. Piscean Dance; 7. Red and Black; 8. Sand

Skład: Ralph Towner - gitara, pianino; Jan Garbarek - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet; Eberhard Weber - gitara basowa, wiolonczela; Jon Christensen - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


Idź do oryginalnego materiału