[Recenzja] Can - "Live in Arles 1975" (2026)

pablosreviews.blogspot.com 1 dzień temu


Z dłuższymi przerwami, ale sukcesywnie, kontynuowana jest seria archiwalnych koncertówek Can. Na siódmej odsłonie cyklu znalazł się występ z 6 sierpnia 1975 roku w ruinach rzymskiego teatru we francuskim Arles. Grupa grała tam w ramach festiwalu, dzieląc scenę z Ash Ra Tempel, Kevinem Ayersem czy Nico. Pod względem edytorskim nic się nie zmienia - okładki kolejnych części bazują na tym samym, niezbyt atrakcyjnym schemacie, natomiast na trackliście zamiast adekwatnych tytułów utworów są tylko odpowiednie cyfry po niemiecku. Znalezienie adekwatnej setlisty zajęło mi mniej niż dwie minuty, więc tym bardziej nie rozumiem, dlaczego nie robią tego ludzie odpowiedzialni za wydanie. Fakt, iż zespół na koncertach traktował studyjne wersje jako punkt wyjścia do rozimprowizowanych jamów, niczego tu nie usprawiedliwia - to wciąż konkretne kompozycje.

Większym problemem "Live in Arles 1975" jest jednak kiepska jakość rejestracji. Ok, nie jest tu tak źle, jak zapowiada się, iż będzie na nadchodzącym "The Tiberi Tapes" Johna Coltrane'a. Tu przynajmniej słychać bas Holgera Czukaya, a proporcje pomiędzy głośnością poszczególnych instrumentów są w miarę akceptowalne. Wciaż jednak brzmienie jest cienkie, pozbawione głębi, a czasem ulega znieksztalceniom, przez co prawdopodobnie traci się wiele niuansów gry muzyków. choćby w tej serii bywało już znacznie lepiej pod tym względem - na poziomie pełnoprawnych albumów koncertowych, a nie, jak tutaj, bootlegów. Dodatkowo wraca tu problem znany już z paru innych pozycji z cyklu, związany z ówczesnymi ograniczeniami technicznymi. Występy były często nagrywane tylko do momentu, gdy kończyła się taśma. W efekcie zamykający album "Chain Reaction" jest wyciszony przed faktycznym finałem tego wykonania, a dwóch ostatnich kawałków, jakie tego dnia zagrano - "The Gypsy" i "Up the Floyd" - w ogóle nie zarejestrowano. Szkoda tym większa, iż żaden z nich nie ma wersji studyjnej.

Czytaj też: [Recenzja] Can - "Live in Aston 1977" (2024)

Na repertuar płyty składają się dwa utwory z wówczas wciąż jeszcze najnowszego albumu "Soon Over Babaluma" ("Dizzy Dizzy", wspomniany "Chain Reaction"), po jednym z wcześniejszych "Ege Bamyasi" ("Vitamin C") i "Future Days" ("Bel Air") oraz już gotowego, ale wydanego miesiąc później "Landed" ("Red Hot Indians"), a także nienagrany nigdy w studiu "Meadow Sweet". To bardzo przyjemny jam. Zaczyna się od znakomitego, lekko bluesującego popisu gitarowego Michaela Karoliego, z początku z dość stonowanym akompaniamentem reszty zespołu, który jednak stopniowo gęstnieje, a na pierwszy plan powoli wysuwa się niezwykle precyzyjna, inspirowana afrykańskimi rytmami perkusja Jakiego Liebezeita.

Z utworów powtarzających się z regularnymi albumami najbardziej zyskuje "Red Hot Indians". Ciekawe, iż muzycy dopiero co nagrali w studiu tę kompozycję w momentami dość banalnie piosenkowej wersji, a na żywo podeszli do niej z większą swobodą, rezygnując ze śpiewu i - co oczywiste - saksofonu, za to eksponując mocarny groove, uzupełniany syntezatorowymi eksperymentami Irmina Schmidta oraz funkującą gitarą. Lekki, wakacyjny klimat z wersji zawartej na "Landed" ustępuje w tym wykonaniu dziwaczności, intensywności i błyskotliwości typowych dla Can z czasów Damo Suzukiego. Ale już wcześniejsze pozycje z tej serii pokazały, iż choćby w późniejszym okresie, gdy w studyjnych nagraniach nie pozostało już nic z dawnej kreatywności, na żywo była to wciąż jedna z najlepszych grup rockowych. Fantastycznie wypadają tu też interpretacje klasycznego repertuaru zespołu, na czele z trzynastoma minutami motorycznego żywiołu w "Dizzy Dizzy" oraz bardziej nastrojowymi dziesięcioma w postaci hipnotyzującego "Bel Air". No i "Vitamin C", jak zawsze, rozwala tą narkotyczną atmosferą.

Czytaj też: [Recenzja] Can - "Live in Paris 1973" (2024)

Występ w Arles uchodzi za jeden z najlepszych koncertów Can. Pomimo marnej jakości rejestracji doskonale tu słychać, jak fenomenalny był ten zespół na żywo. Wykonanie powala doskonałą współpracą oraz ponadprzeciętną wyobraźnią muzyczną instrumentalistów. I gdyby ten materiał ukazał się parę lat temu, gdy na koncertową dyskografię grupy składała się jedna kompilacja z różnych występów, mógłbym zignorować to brzmienie i cieszyć się znakomitą grą muzyków. Jednak na przestrzeni ostatnich pięciu lat ukazało się sześć innych koncertówek, ze zbliżonym poziomem wykonania, a choćby repertuarem, ale nagranych lepiej, przez co trudno mi ekscytować się najnowszym wydawnictwem.

Ocena: 7/10


Can - "Live in Arles 1975" (2026)

1. Eins (Dizzy Dizzy); 2. Zwei (Bel Air); 3. Drei (Vitamin C); 4. Vier (Red Hot Indians); 5. Fünf (Meadow Sweet); 6. Sechs (Chain Reaction)

Skład: Irmin Schmidt - instr. klawiszowe; Michael Karoli - gitara; Holger Czukay - gitara basowa; Jaki Liebezeit - perkusja
Producent: Irmin Schmidt i René Tinner


Idź do oryginalnego materiału