Nowa odsłona "28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości" – wchodzi do kin w już ten piątek, zaledwie pół roku po wznowieniu serii. Tym razem miejsce Danny'ego Boyle'a za kamerą zajęła Nia DaCosta, znana z "Candymana". Film rozwija postapokaliptyczny świat opanowany przez wirusa, ale mocniej niż wcześniej skupia się na ludziach, władzy i relacjach między kolejnymi "figurami ojców", które spotyka dorastający bohater Spike.
My już film widzieliśmy, a swoimi wrażeniami po seansie dzieli się Jakub Popielecki. Jego recenzję znajdziecie na karcie: "28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości" POD LINKIEM TUTAJ.
O micie autorstwa Boyle’a i znaczeniu formy
autor: Jakub Popielecki
Swoją recenzję autor rozpoczyna od rozprawienia się z mitem na temat autorstwa cyklu oraz jak forma pierwszego filmu, a także kolejnych części wpłynęła na ich odbiór:
Camcorder Canon XL1 nie tylko nadał filmowi reporterski, "realistyczny" charakter, ale w ogóle umożliwił jego realizację, pozwalając ekipie obejść pozwolenia i obostrzenia, jakimi obwarowano możliwość kręcenia w takich miejscach jak londyńskie Piccadilly Circus czy Oxford Street. Kiedy Boyle wrócił do serii w zeszłorocznym "28 lat później", najzwyczajniej w świecie apgrejdował ten punkowy etos DIY do czasów współczesnych i nakręcił film iPhone’em. Na tym etapie roztrzęsiona kamera pędzącą tropem rozjuszonych zombiaków była już autorskim charakterem pisma, równoznacznym z podpisem "D. Boyle" i tożsamym z marką "28 dni później".
Jak przeczytacie dalej:
Cyfrowa kamera z "28 dni później" z jednej strony sprawia, iż film jest "jakiś", ale z drugiej potwornie go "datuje". Ktoś powie: "hej, interesujący dokument epoki’, a ktoś inny: ‘hej, po latach nie da się tego oglądać, bo co w 2002 roku wyglądało jak gorączkowy realizm, dziś wygląda jak studencki teatrzyk". (…) Kiedy kamera ciągle się trzęsie, to jakby nie trzęsła się nigdy – trzęsienie przestaje cokolwiek znaczyć.
Kuba Popielecki wskazuje też na prawdziwego jego zdaniem autora serii:
"Dredd", "Ex Machina", "Devs", "Men", "Civil War" i "Wojna" na najbardziej podstawowym poziomie są wciąż tą samą historią. Oto osoba wchodzi do zakazanej strefy i wychodzi zmieniona, kropka. W "28 lat później" i "Świątyni kości" oglądamy po prostu kolejny wariant tego schematu. Garland snuje tu powieść o młodym Spike’u i jego socjalizacji: chłopak zostawia bezpieczne domowe mury i wkracza do groźnego, zaludnionego przez zombie świata. Alternatywny tytuł filmu: "Dawn of the dad".
W końcu autor zauważa, iż w najnowszej części środek ciężkości zostaje przesunięty z horroru w stronę moralitetu. Czy to czyni "Świątynię kości" najlepszą częścią serii?
Dotychczas sednem serii był horror wisceralnej ganianki z zombie. "Świątynia kości" leży krok bliżej baśni, alegorii. Sednem jest tu konflikt – ale idei. Dlatego też głównym zagrożeniem w filmie nie są zombie, oddelegowane tym razem do tła, robiące za symbol opresyjnego świata, który czycha za drzwiami. To człowiek stanowi tu największe zagrożenie dla człowieka.
Całą recenzję filmu "28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości" znajdziecie TUTAJ.
My już film widzieliśmy, a swoimi wrażeniami po seansie dzieli się Jakub Popielecki. Jego recenzję znajdziecie na karcie: "28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości" POD LINKIEM TUTAJ.
Recenzja filmu "28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości"
O micie autorstwa Boyle’a i znaczeniu formy
autor: Jakub Popielecki
Swoją recenzję autor rozpoczyna od rozprawienia się z mitem na temat autorstwa cyklu oraz jak forma pierwszego filmu, a także kolejnych części wpłynęła na ich odbiór:
Camcorder Canon XL1 nie tylko nadał filmowi reporterski, "realistyczny" charakter, ale w ogóle umożliwił jego realizację, pozwalając ekipie obejść pozwolenia i obostrzenia, jakimi obwarowano możliwość kręcenia w takich miejscach jak londyńskie Piccadilly Circus czy Oxford Street. Kiedy Boyle wrócił do serii w zeszłorocznym "28 lat później", najzwyczajniej w świecie apgrejdował ten punkowy etos DIY do czasów współczesnych i nakręcił film iPhone’em. Na tym etapie roztrzęsiona kamera pędzącą tropem rozjuszonych zombiaków była już autorskim charakterem pisma, równoznacznym z podpisem "D. Boyle" i tożsamym z marką "28 dni później".
Jak przeczytacie dalej:
Cyfrowa kamera z "28 dni później" z jednej strony sprawia, iż film jest "jakiś", ale z drugiej potwornie go "datuje". Ktoś powie: "hej, interesujący dokument epoki’, a ktoś inny: ‘hej, po latach nie da się tego oglądać, bo co w 2002 roku wyglądało jak gorączkowy realizm, dziś wygląda jak studencki teatrzyk". (…) Kiedy kamera ciągle się trzęsie, to jakby nie trzęsła się nigdy – trzęsienie przestaje cokolwiek znaczyć.
Kuba Popielecki wskazuje też na prawdziwego jego zdaniem autora serii:
"Dredd", "Ex Machina", "Devs", "Men", "Civil War" i "Wojna" na najbardziej podstawowym poziomie są wciąż tą samą historią. Oto osoba wchodzi do zakazanej strefy i wychodzi zmieniona, kropka. W "28 lat później" i "Świątyni kości" oglądamy po prostu kolejny wariant tego schematu. Garland snuje tu powieść o młodym Spike’u i jego socjalizacji: chłopak zostawia bezpieczne domowe mury i wkracza do groźnego, zaludnionego przez zombie świata. Alternatywny tytuł filmu: "Dawn of the dad".
W końcu autor zauważa, iż w najnowszej części środek ciężkości zostaje przesunięty z horroru w stronę moralitetu. Czy to czyni "Świątynię kości" najlepszą częścią serii?
Dotychczas sednem serii był horror wisceralnej ganianki z zombie. "Świątynia kości" leży krok bliżej baśni, alegorii. Sednem jest tu konflikt – ale idei. Dlatego też głównym zagrożeniem w filmie nie są zombie, oddelegowane tym razem do tła, robiące za symbol opresyjnego świata, który czycha za drzwiami. To człowiek stanowi tu największe zagrożenie dla człowieka.
Całą recenzję filmu "28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości" znajdziecie TUTAJ.
"28 lat później" – "Część 2: Świątynia kości" – zobacz zwiastun


















