Przygody Radiantów powracają w kolejnej części by znów pokazać, czym są naprawdę dobre superbohaterskie historie.
Wciąż mało znana seria Radiant Black od NonStop Comics zachwyca po raz kolejny. Aż dziw bierze, iż przy utrzymującej się jakości wciąż nie wybiła się na tle komiksów ze swojej kategorii, choć wiele mainstreamowych historii zjada na śniadanie. Co zgotował dla nas najnowszy tom?
Kosmiczne zagrożenie zwiastujące wojnę zbliża się coraz bardziej. Na Ziemi ląduje gigantyczny robot, który może okazać się kluczem do poznania skali tego zagrożenia. Marshal i Nathan, którzy uczą się wziąć panować nad ewoluującą mocą Radianta łapią się każdej okazji by lepiej odnaleźć się w ciężkiej sytuacji.
Od premiery poprzedniego tomu minęło nieco czasu i przyznam szczerze, iż z początku ciężko mi się było odnaleźć w historii, musiałem gwałtownie nadrobić poprzednią odsłonę. Co interesujące – mimo iż nie kojarzyłem niektórych elementów i wydarzeń przebrnąłem (choć to nieadekwatne określenie) przez niemal 1/3 zeszytu. Na tyle wciągnęła mnie ta historia, iż choć nie pamiętałem, o co chodzi w paru wątkach, komiks i tak mocno mnie porwał. I choćby nie tylko sama fabuła – strona wizualna całej serii Radiant Black jest na tyle przyjemna dla oka, iż zwyczajnie miło się ją czyta. Czwarty tom ponownie prezentuje bardzo fajną opowieść podkręconą naprawdę rewelacyjnymi, efekciarskimi rysunkami.

Zaprezentowane walki po raz kolejny robią wrażenie, są dobrze, klarownie rozrysowane, nie ma w nich chaosu, a przy tym niektóre z nich są naprawdę pomysłowe. Ciekawym rozwiązaniem było w końcówce trzeciego tomu rozszczepienie mocy pomiędzy Nathana oraz Marshala, którzy również przez całą czwartą część naprzemiennie z niej korzystają. Poza imponującymi scenami akcji twórcy położyli równy nacisk na „prywatę”, czyli momenty w których odpoczywamy od walk, ale śledzimy nie-superbohsterskie losy bohaterów. W tym przypadku Nathana, który wraca do pisarskich korzeni i próbuje podążyć za marzeniami o byciu scenarzystą. Mierzy się przy tym z życiem, które podczas jego śpiączki mi uciekło. Cały segment wyszedł bardzo zgrabnie, przyznam, iż napisane było to ma tyle dobrze, iż wciągnęło mnie choćby bardziej niż śledztwo dotyczące głównego wątku, czyli nadchodzącej wojny. Przypominało to delikatnie rozterki postaci Petera Parkera, który również często poza superzłoczyńcami mierzył się zwyczajnie z trudami codziennego życia.
W chwili, gdy już myślałem, iż serial traci swój pęd, a ja pomału zaczynałem tracić nią zainteresowanie, na scenę wkroczył tom czwarty, który przypomniał, za co polubiłem tę serię. Radiant Black to komiksy, którym zdecydowanie warto dać szansę. Oferują coś, co już znamy, jednak w nieco odświeżonej formie, która nie nuży powtarzalnością. No i po raz kolejny nie mogę nachwalić się cudnej wręcz oprawie graficznej, jednej z lepszych jakie widziałem w komiksach superhero.








