R208: Left to Die, Livløs, Chaotian (3.08.2026, Drizzly Grizzly, Gdańsk)

lupusunleashed.blogspot.com 1 dzień temu

Kiedy Death wydawało swój debiutancki album "Scream Bloody Gore" moi rodzice nie mieli mnie jeszcze w planach. Kiedy wychodziło "Leprosy" jeszcze się nie urodziłem, ale jakaś część mnie już była na tym świecie. Kiedy zaś umarł Chuck Schuldiner, nie słuchałem jeszcze takiej muzyki, ale zaledwie kilka lat później miało się to zmienić. Choć znam wszystkie płyty Death i jedyną Control Denied, a choćby koncertowe bootlegi tego pierwszego legendarnego zespołu, to siłą rzeczy nigdy nie miałem możliwości zobaczenia oraz usłyszenia twórczości tego muzyka na żywo, ale byłem ciekaw, jak interesujący mógłby to być występ. W ostatnich latach możemy jednak przeżyć coś na kształt muzycznego spektaklu złożonego z utworów napisanych przez Schuldinera za sprawą dwóch zespołów złożonych częściowo z byłych członków formacji gitarzysty - Death to All i Left to Die, grających muzykę Death z różnych okresów działalności kultowej grupy. Ten drugi pojawił się na dwóch koncertach klubowych w Polsce*, a w miniony poniedziałek zagrał w gdańskim klubie Drizzly Grizzly. Jak było?

Na pierwszy z supportów, duński Chaotian trochę się spóźniłem, ale tym razem nie do końca szedłem na całość, bo na to wydarzenie wybrałem się prywatnie, a nie na akredytację i pewnie bym nic choćby o nim nie pisał, gdyby nie było o czym pisać, a na szczęście jest. Chaotian czyli kopenhaskie trio zaprezentowało brudną, brutalną i dość ponurą wręcz garażową twórczość głównie z ich debiutanckiego i jak dotąd jedynego albumu studyjnego "Effigies of Obsolensence" z 2022 roku. Okropne nagłośnienie dobrze korespondowało z wpisującym się w nazwę zespołu chaosem i brutalną, nieokrzesaną, choćby prymitywną energią. Nie porazili, ale wybaczam, bo moim zdaniem od strony technicznej i nagłośnieniowej zostali po prostu spartaczeni. Swego czasu jeden z dystrybutorów podesłał mi cyfrowe wydanie wspomnianego debiutu i po kilku odsłuchach gwałtownie zapomniałem o tej grupie, nie decydując się nic o Chaotian nie pisać, ale czasami tak już bywa. To młoda grupa, która jeszcze ma czas się rozwinąć i być może jeszcze zdoła zaskoczyć na współczesnym death metalowym poletku czymś ciekawym.

Jak na ironię, zupełnie inaczej było już podczas drugiego supportu, którym została inna duńska formacja, ale pochodząca z Aarhus, Livløs. Odnoszę wrażenie, iż gdzieś już tę nazwę widziałem, ale paradoksalnie nie zwróciłem na nią jakiejś szczególnej uwagi. Mój błąd. Zwalili mnie z nóg - oczywiście nie dosłownie, a w przenośni. Porazili mnie będzie adekwatniejszym stwierdzeniem. Do tego stopnia, iż po występie zakupiłem wszystkie trzy płyty tej grupy na ich stoisku z merchem (debiutancki "Into Beyond" z 2018 roku, "And Then There Were None" z 2021 roku i jak dotąd najnowszy, "The Crescent King" z 2024 roku). Ten fenomenalny death metalowy kwintet gra jego melodyjną odmianę wpisującąc się w twórczość At the Gates, Dark Tranquility czy wczesnego In Flames, ale robiąc to z własnym charakterem i niesamowitym polotem. Tu wszystko się zgadzało - brzmienie, melodyjność, pomysłowość, energia bijąca ze sceny oraz charyzma wokalisty, który gwałtownie złapał też znakomity kontakt z publicznością zebraną w Drizzly Grizzly. Z tego, co zrozumiałem z rozmowy z chłopakami po koncercie, grali głównie numery ze swojej ostatniej płyty i jeden z poprzedniczki. Nie była to ich pierwsza wizyta w Polsce, ale pierwszy raz byli w Gdańsku. Jestem jednak niemal pewien, iż wszyscy zebrani w klubie byli z ich występu zadowoleni. Jestem przekonany, iż jest to grupa, którą warto poznać, zobaczyć na żywo i z miejsca stać się fanem. Dawno żaden nieznany mi zespół, nie zrobił na mnie takiego wrażenia i do tego kupując mnie występem na żywo. Brawa!

Najbardziej wyczekiwanym, nie tylko przeze mnie, był jednak z całą pewnością, ostatni zespół przewidziany na poniedziałkowy wieczór, czyli Left to Die. Ta składająca hołd twórczości nieodżałowanego Chucka Schuldinera z klasycznego okresu dwóch pierwszych płyt i najwcześniejszej inkarnacji Death, czyli efemerycznej grupie Mantas, złożona częściowo z oryginalnych członków Death, a częściowo muzyków mocno inspirujących się twórczością mistrza gitary i prekursora gatunku, niedawno wydała swój debiutancki album studyjny "Initum Mortis" oparty o nie wydane dema Death i na nowo nagrane utwory grupy Mantas. To właśnie numery z tej niespełna półgodzinnej płyty zdominowały występ Lef to Die, ale nie zabrakło też absolutnych klasyków, znanych każdemu wielbicielowi death metalu, czyli kompozycji z albumów "Scream Bloody Gore" czy "Leprosy", z których wybrzmiały numery tytułowe, a także wybór innych takich jak "Infernal Death", "Zombie Ritual" czy "Evil Death" (z "SBG") czy "Open Casket", "Left to Die" i "Pull the Plug" (z "Leprosy"). Z repertuaru Mantas zaczerpnięto "Legion of Doom" i "Death by Metal" - oba numery zresztą zostały zarejestrowane na nowo na płycie "Initum Mortis". Ponadto z najnowszego (starego) wydawnictwa wybrzmiały także takie kawałki jak "Archangel", "Witch of Hell". Left to Die w składzie Rick Rozz (między innymi ex-Death), Matt Harvey (Exhumed/Gruesome), Gus Rios (Malevolent Creation, Gruesome) i Jörgena Sandströma (między innymi ex-Grave, ex-Entombed, a ostatnio Firespawn, gdzie zastąpił na wokalach zmarłego LG Petrova), który zagrał zamiast Terry'ego Butlera (Obituary, ex-Death), a który nie mógł się pojawić związku z zobowiązaniami wobec Obituary, kapitalnie odtworzyli klimat tamtych utworów, czasów i geniuszu Schuldinera, przenosząc zebranych w klubie do lat 80tych ubiegłego wieku i początku brzmienia, które określamy dzisiaj mianem death metalu.

Rzadko ostatnio udaje mi się wyrwać na jakiś koncert - zwłaszcza klubowy - a tym bardziej rzadko kiedy chce mi się takie wyjścia opisywać jeżeli de facto nie muszę tego robić. Rzadko chodzę też już na koncerty prywatnie, nie mówiąc już o tym żeby zdarzały się w poniedziałek. W tym wypadku nie miałem wątpliwości, co do tego, iż muszę się w Drizzly Grizzly pojawić i spełnić - podobnie zresztą jak Matt Harvey - nastoletnie marzenie. W moim wypadku chodziło o zobaczenie, czy też raczej usłyszenie muzyki Death na żywo. Nie zawiodłem się. To muzyka, która musi być grana i która naprawdę żyje i chce być grana. W tym właśnie tkwił i przez cały czas tkwi geniusz Chucka Shuldinera, którego nowotwór mózgu zabrał zdecydowanie za wcześnie, iż potrafił wyczarować dźwięki, które mimo swojej brutalności coś znaczą, inspirują i przez cały czas przesuwają granice gatunkowe. Oczywiście, Left to Die, nie musi niczego przesuwać, ani udowadniać, ale robi to w ten sam sposób w jaki robił to Chuck: absolutnie magiczny. Left to Die nie jest grupą, która tylko odgrywa wczesne numery Death czy Mantas, ale jest grupą, która tą stylistykę i muzykę naprawdę czuje, gra ją z serduchem i potrafi w nią ponownie tchnąć należne jej koncertowe życie. Widać i słychać było to także w występach Livløs oraz Chaotian (tak, choćby w ich) których bez Mantas/Death i Chucka Schuldinera prawdopodobnie by nie było, a przynajmniej nie w takiej formie w jakiej możemy słuchać i obserwować obie supportujące Left to Die grupy. Dla mnie był to bez cienia wątpliwości bardzo udany poniedziałek z podróżą w czasie do lat 80tych, bo choćby Drizzly Grizzly ma w sobie coś z małych klubów na kalifornijskim wybrzeżu oraz kapitalnym odkryciem nowego, niezwykle interesującego zespołu Livløs o którym mam nadzieję będzie jeszcze głośno.

* 4 sierpnia wystąpili w krakowskim Zaścianku.

Garść moich zdjęć - wykonanych wyjątkowo telefonem, więc także i kosztem ich jakości, bo z racji wyjścia prywatnego nie brałem siłą rzeczy mojego aparatu fotograficznego - znajdziecie na facebooku. Zdjęcia własne. Kopiowanie i udostępnianie bez zgody zabronione.

Idź do oryginalnego materiału