"Punisher: Ostatnie starcie" to krwawy i brutalny powrót największego badassa Marvela – recenzja

serialowa.pl 1 godzina temu

Brakowało wam Franka Castle’a w najnowszej odsłonie „Daredevila”? Pustka została gwałtownie wypełniona, a „Punisher: Ostatnie starcie” jest dokładnie tym, czego oczekiwali fani antybohatera.

Jeśli są produkcje, przy których nie ma co się przesadnie rozpisywać, to „Punisher: Ostatnie starcie” zdecydowanie jest jedną z nich. Telewizyjny special, w którym do MCU powraca mściciel grany przez Jona Bernthala, to prosta i surowa historia, która w kilkanaście minut przebija pod względem brutalności całe marvelowskie uniwersum razem wzięte. Witamy w MCU, Frank!

Punisher: Ostatnie starcie – Frank Castle powraca

Choć powinienem napisać raczej „witamy ponownie”, bo Frank Castle (oficjalny) debiut w uniwersum Marvela ma już oczywiście za sobą. Co więcej, po tym jak scena z Punisherem zamknęła przed rokiem 1. sezon serialu „Daredevil: Odrodzenie„, wielu widzów było przekonanych, iż zobaczymy go ponownie w kontynuacji losów Diabła z Hell’s Kitchen. Tak się co prawda nie stało, ale co uniemożliwił konflikt harmonogramów, zostało gwałtownie wynagrodzone. Z nawiązką?

„Punisher: Ostatnie starcie” (Fot. Marvel/Disney+)

Na pewno nie pod względem czasu ekranowego, bo jako iż nowy „Punisher” pojawił się w MCU jako krótkometrażowy film z serii Marvel’s Special Presentations (wcześniej pod tym samym szyldem debiutowały „Wilkołak nocą” oraz „Strażnicy Galaktyki: Coraz bliżej święta”), to musiał być szybkim strzałem. I rzeczywiście, „Ostatnie starcie” (oryginalny tytuł „One Last Shot” skrywa pewien twist) to niespełna 50-minutowa historia, w której fabuły jest jak na lekarstwo. Dobra wiadomość jest taka, iż akurat w tym przypadku to niewielka wada.

Punisher: Ostatnie starcie to Marvel bez hamulców

Wyreżyserowane przez Reinaldo Marcusa Greena („Miasto jest nasze”) i napisane przez niego do spółki z Jonem Bernthalem „Ostatnie starcie” w jakimś stopniu wyjaśnia, dlaczego Frank po tym, jak sam wydostał się z jego sideł, nie przyłączył się do walki z Kingpinem. Odpowiedź jest banalnie prosta i wiąże się ze stanem psychicznym Castle’a, który w tamtym momencie nie czynił go zdolnym do pomocy komukolwiek. Włączając w to choćby jego samego.

Ze strzępów telewizyjnej fabuły dowiadujemy się tyle, iż działania Franka wprowadziły istny chaos w nowojorskiej Małej Sycylii. Eliminując prominentnych członków mafijnej rodziny Gnuccich, Punisher sprowadził na ulice anarchię, na siebie gniew matrony rodu Ma Gnucci (Judith Light, „Transparent”), a na nieświadomych co ich czeka bandziorów istną jednoosobową furię. Reszty tłumaczyć chyba nie trzeba.

„Punisher: Ostatnie starcie” (Fot. Marvel/Disney+)

Zresztą choćby gdybym chciał napisać więcej, to tak naprawdę i tak nie miałbym z czego szyć. „Punisher: Ostatnie starcie” fabułę ma bowiem szczątkową, dzieląc ją wyraźnie na dwie części. Pierwszą, w której Frank toczy wewnętrzną walkę z samym sobą i wszystkim, co siedzi mu w głowie, oraz drugą, w której chwyta za broń i ukierunkowuje swój gniew na zewnątrz. Wówczas widzom zostaje już tylko podziwianie orgii przemocy.

Punisher: Ostatnie starcie to Frank (znów) na dnie

Jeśli gdzieś szukać tu więcej treści, to w pierwszej połowie seansu, choć zaznajomieni z biografią bohatera raczej niczego nowego tam nie znajdą. Owszem, można powiedzieć, iż Castle sięgnął absolutnego dna, ale czy nie przerabialiśmy już tego poprzednio? Albo jeszcze wcześniej?

Pewnej zmianie uległa perspektywa, bo o ile dotąd cierpienia Franka śledziliśmy z zewnątrz, w „Ostatnim starciu” doszło wrażenie zamknięcia w głowie samego bohatera. Wszystkie targające nim emocje i powracające wspomnienia widzimy jego oczami, co pozwala poczuć pełnię gniewu, żalu i bezsilności, ale jednocześnie nie mówi na temat Castle’a niczego nowego. Przeciwnie, od lat obracamy się wokół tych samych tematów, nie posuwając się ani o krok naprzód. Może już pora?

„Punisher: Ostatnie starcie” (Fot. Marvel/Disney+)

Punisher: Ostatnie starcie – czy warto oglądać?

Do pewnego stopnia rozumiem jednak podejście twórców. Jak dotąd każdy występ Bernthala w roli Punishera działał w oparciu o identyczne zasady, które tutaj nie tyle nie uległy zmianie, co wręcz zostały podkręcone do maksimum. Skoro to działa, a sam aktor ewidentnie czuje się w skórze raz pogubionego, raz rozjuszonego Franka jak ryba w wodzie, to po co kombinować?

Jednak z drugiej strony przyszłość bohatera, który niedługo zadebiutuje na dużym ekranie w filmie „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, stawia przed nim inne wyzwania. Bardzo jestem ciekaw, jak dziki, nieokrzesany, brutalny i nijak nieodnajdujący się w normalnym świecie Punisher dopasuje się do marvelowskiej rzeczywistości, więc ten punkt widzenia czynił „Ostatnie starcie” całkiem ciekawym doświadczeniem.

Nie zmienia to natomiast faktu, iż bez wspomnianej perspektywy pewnie zapomniałbym o tej prostej jak konstrukcja cepa historii zaraz po tym, jak na ziemię padł ostatni trup. Cokolwiek zatem stanie się dalej z Frankiem, mam nadzieję, iż kolejny raz na małym ekranie zobaczymy go już w innym miejscu. Może wreszcie nieco lepszym albo chociaż bardziej treściwym? Rozumiem, co go napędza, ale choćby Punisher zasługuje na trochę wytchnienia.

Punisher: Ostatnie starcie jest dostępny na Disney+

Idź do oryginalnego materiału