Punisher: Ostatnie starcie – recenzja filmu. Frank na pełnej

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Na Disney+ zadebiutował Punisher: Ostatnie starcie. Niespełna godzinna produkcja jest pierwszą solową historią z Frankiem Castlem spod szyldu MCU. Jak twórcy poradzili sobie z ukazaniem bohatera w tej dość krótkiej formie? Czy w końcu dostaliśmy Punishera pełną gębą?

Fabuła początkowo wraca do regularnie powracającego motywu traumy protagonisty. Dostajemy różne wspomnienia związane z jego rodziną, jak również towarzyszami z wojska. Frank zdaje się być w największym dołku, w jakim mogliśmy go widzieć do tej pory. Po tym otwierającym etapie historii zostaje nam jednak zarysowany konflikt Punishera z główną antagonistką, próbującą pomścić członków swojej mafijnej rodziny. Za głowę bohatera zostaje wyznaczona nagroda, a on próbuje wyjść z konfrontacji żywy.

Minęła już prawie dekada od momentu, gdy Jon Bernthal zadebiutował w roli najbardziej ikonicznego antybohatera Marvela. Mimo to odnoszę wrażenie, iż jego wersja Punishera cały czas stoi w miejscu. Wałkowanie po raz kolejny śmierci jego rodziny, podczas gdy wątek ten został godnie zakończony w serialach Netflixa, jest dla mnie bez sensu. Każdy widz doskonale wie, co napędza Franka w jego misji przeciwko przestępczości. Marnowanie cennych minut przy tak skąpym metrażu wydało mi się bezcelowe. Mogłoby to działać jako wprowadzenie do tej wersji postaci. Nie działa to jednak, gdy mamy już trzy seriale z jego udziałem.

Zobacz również: Daredevil: Odrodzenie – recenzja 2. sezonu – Diabelskie rządy i wojna cieni

Fot. kadr z Punisher: Ostatnie starcie

W drugiej połowie, po pojawieniu się Ma Gnucci, członkini mafijnej rodziny, fabuła zdecydowanie nabiera tempa. Dostajemy od tego momentu tak naprawdę ciągłą sekwencję brutalnych scen walki, w których Punisher wykazuje się wybitną skutecznością. Ta część produkcji działa świetnie. Frank w końcu zostaje ukazany tak, jak powinien — jako człowiek niemający skrupułów wobec przestępców i absolutnie kompetentny w tym, co robi. Choć w produkcjach takich jak Daredevil: Odrodzenie wydawał się niezdarny, tutaj pokazuje, dlaczego półświatek tak bardzo się go obawia. Choreografia walk również stoi na wysokim poziomie, a kilka zabójstw jest zaskakująco graficznych jak na produkcję MCU.

Przez to, jak bardzo różnią się od siebie te dwie połowy, Punisher: Ostatnie starcie sprawia wrażenie produkcji stojącej w rozkroku. Z jednej strony twórcy przez cały czas próbują pokazać nam tego głośnego i niestabilnego Franka, jakiego Bernthal do tej pory zwykł prezentować. Z drugiej widać, iż chcieli w końcu zbliżyć się do komiksowego pierwowzoru, który swoje traumy ma już dawno za sobą i działa z pełnym przekonaniem. Ostatnia scena bardzo wyraźnie wskazuje, iż od tej pory Castle raczej nie będzie wracał do przeszłości i zacznie funkcjonować jako Punisher pełną parą. Czy tak się jednak faktycznie stanie? Netflixowy Punisher również na koniec obiecywał wypuszczenie antybohatera ze smyczy, a później po raz kolejny wróciliśmy do tych samych schematów. Liczę jednak, iż tym razem decyzja okaże się permanentna.

Zobacz również: Daredevil: Odrodzenie – recenzja serialu. Take your shot!

Fot. kadr z Punisher: Ostatnie starcie

Na sam koniec krótko wspomnę o warstwie technicznej. Film miał wyraźnie mniejszy budżet niż klasyczne produkcje spod szyldu MCU, co jest dość zrozumiałe, biorąc pod uwagę typ postaci, z jaką mamy do czynienia. Jest tu jednak kilka scen, w których pojawiają się pewne niedociągnięcia związane z kolorystyką, pracą kamery czy CGI. jeżeli chodzi o to ostatnie, jeden moment szczególnie bolał po oczach. Większość widzów bez problemu wyłapie fragment, który mam na myśli. Mimo to uważam, iż produkcja została nakręcona na naprawdę zadowalającym poziomie, a sceny walki dostarczają sporo frajdy.

Punisher: Ostatnie starcie to zadowalający, choć zdecydowanie nieidealny, pomost dla tytułowego bohatera pomiędzy Daredevil: Odrodzenie a Spider-Man: Całkiem nowy dzień. Nie dostajemy tutaj nic odkrywczego, ale jako spory fan postaci oraz Jona Bernthala uważam, iż warto zainteresować się tą produkcją. choćby pomimo jej licznych niedociągnięć.


Fot. główna: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału