Dzisiaj, 26 lutego, zadebiutowały najnowsze odcinki "Bridgertonów". Jak prezentuje się finał sezonu i czy było warto czekać? Myślę, iż możemy powiedzieć to głośno - nasi ulubieni arystokraci wrócili na adekwatne tory!
"Bridgertonowie": finał 4. sezonu to głównie łzy
Główną osią opowieści wciąż pozostaje romans Benedicta (Luke Thompson) i Sophie (Yerin Ha), ale w końcu dostajemy to, czego od dawna potrzebowaliśmy - gorącego romansu i otrzeźwienia! Zgadza się - chociaż trudno w to uwierzyć, to Benedict w końcu zaczyna "łączyć kropki" i rozumie, iż jego kobieta z marzeń i pokojówka, która skradła mu serce, to ta sama osoba!Reklama
Moment tego wielkiego odkrycia to niesamowity ładunek emocjonalny. Benedict jest gotowy na wszystko, by doprowadzić do swojego szczęśliwego zakończenia. Zaczynają się szaleńcze poszukiwania, kolejna intryga i zaangażowanie całej rodziny Bridgertonów, by pomóc Sophie.
Wygląda na to, iż Benedict jednak nie stracił resztek swojego rozsądku, a przynajmniej jest skłonny wysłuchać rad bardziej doświadczonych braci i przyjaciół, a choćby własnej matki, która choć z ciężkim sercem, to jest gotowa na wszystko, byle pomóc synowi w zbudowaniu szczęśliwego związku na fundamencie prawdziwej miłości, choćby miało to kosztować jego reputację. Jednak to nie wszystko.
Po pierwszej transzy odcinków narzekałam na Francescę (Hannah Dodd) - bohaterka była męcząca, niezdecydowana i ciągle sprawiała wrażenie spłoszonej. Jednak w najnowszych epizodach Lady Kilmartin znajduje w sobie dość odwagi, by twardo postawić się kuzynce męża i wprost opowiedzieć, jak czuje się w jej towarzystwie. I choć wydawało się, iż to dopiero początek burzy, to... wyszło jej to na dobre.
Kobiety w końcu znalazły nić porozumienia, co niezmiernie mnie ucieszyło - aktorka w końcu otrzymała okazję do zagrania czegoś więcej niż milczącego snucia się między pokojami. Niestety jej szczęście nie trwa zbyt długo, jednak nie będę więcej zdradzać - te emocje trzeba przeżyć samemu.
W końcu powraca też jedna z moich ulubionych par - Anthony (Jonathan Bailey) i Kate (Simone Ashley), jednak jest ich zdecydowanie zbyt mało, a najstarszy z braci stara się posprzątać bałagan, którego narobił Benedict. Ponownie zbyt mało widzimy Penelopy i Colina i z ubolewaniem stwierdzam, iż wątek Lady Whistledown całkowicie stracił impet i znaczenie. W najnowszych odcinkach raczej kibicowałam jej, by mogła uwolnić się od pisania plotek i wpływać na życie socjety w inny sposób.
Na szczególne wyróżnienie zdecydowanie zasługuje Katie Leung i jej rola Araminty Gun. Aktorka, wcielając się w postać złej macochy, dała naprawdę niesamowity popis swoich umiejętności. Mroczna lady dodała zaskakującego kolorytu do słodkich miłosnych opowiastek ze świata "Bridgertonów". Jej dążenie, by za wszelką ceną osiągnąć zamierzone cele, było imponujące i choć trzymałam kciuki, by ktoś utarł jej nosa, to z przyjemnością obserwowałam kolejne warstwy jej intrygi.
"Bridgertonowie": finałowy sukces
Nie da się ukryć, iż druga część sezonu jest dużo bardziej obciążona emocjonalnie, ale w pozytywny sposób. Historia Franceski, załamanie Hiacynty, dojrzały romans Lady Violet i niesamowita przyjaźń królowej i Lady Danbury - to wszystko maluje nam wspaniały obraz angielskiej socjety - takiej jak z bajki o Kopciuszku.
Druga część sezonu zdecydowanie uniosła wagę moich oczekiwań i przedstawiła mi historie, które nie tylko rozgrzewają serce, ale też poruszają do głębi. Co jest istotne - twórcy postawili nie tylko na rozwój głównego romansu, ale też poboczne wątki, które śledziłam z niemałą przyjemnością. Jako całość ten sezon prezentuje się naprawdę dobrze i była to niesamowita i angażująca przygoda.
Mimo iż w początkowych odcinkach nie brakowało dłużących się scen czy wyjątkowo irytujących zachowań bohaterów, to muszę przyznać, iż finał był piękny. I nie zapomnijcie o zobaczeniu sceny po napisach - to prawdziwa wisienka na torcie!















