Śmierć jako spojrzenie
Już żywym, jeszcze umarłym to tom, który nie podsuwa czytelnikowi łatwej żałobnej melodii. Raczej ustawia nas w półmroku codzienności: w kuchni, na cmentarzu, w kościelnej ławce, na tylnym siedzeniu auta wracającego do domu. Tam, gdzie życie dzieje się mimo wszystko: i właśnie dlatego porusza jakoś bardziej.
Jarosz pisze o nieobecności tak, jakby była dotykalna.
Rozgrywa się w drżeniu powietrza, w pęknięciu szyby, w ciszy po czyimś wyjściu, a przy tym nie ucieka w teatr wielkich gestów.
Trzyma się konkretu, bo tylko za jego pomocą da się powiedzieć coś uczciwego.
W otwierającym tom wierszu Wzrost śmierć pojawia się niemal mimochodem. Jest poranek, przed siódmą, lampa, akacje, jałówka. I nagle zdanie, które przeszywa czytelniczkę:

Łukasz Jarosz, „Już żywym, jeszcze umarłym”, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2025
Nie wiem, iż śmierć mnie widzi. Dopiero
gdy w oknie zauważam jej mętny wzrok,
przestaję być dzieckiem.
(fragment wiersza Wzrost)
To ważne: śmierć nie jest tu wydarzeniem, tylko relacją: czyimś wzrokiem w oknie. Bohater „przestaje być dzieckiem” nie dlatego, iż stało się coś dramatycznego, ale dlatego, iż czuje na sobie spojrzenie.
Jarosz, swoją drogą, często buduje napięcie na tym, co ledwo zauważalne: na przesunięciu światła, na zmianie tonu, na drobnym już.
Czynności przeciw nicości
Najwyraźniej widać to w wierszu zatytułowanym Wiersz.
Życie zostaje tu rozpisane na czynności: garnek na gazie, solniczka, resztki proszku.
Jest w tym tkliwość, ale też surowość – bo to właśnie ta proza codzienności staje naprzeciw śmierci, bez broni:
Wiersz
Suszy garnek, kładąc go na gazie,
nad zlewem napełnia solniczkę,
ściera z niej resztki soli, mówiąc: życie
składa się właśnie z takich czynności.
Za oknem świat – zimne jajo złożone
przez Boga. Muszę wracać i nic nie mówić.
Bo trudno powiedzieć coś przeciw śmierci.
Podchodzę, obejmuję ją. Przy straży pożarnej
na liniach energetycznych ciężkie ptaki.
Całując jej policzek, zamykam oczy.
Gdy je otwieram, puste linie już tylko drżą.
I natychmiast, jakby poeta dopowiadał, iż żadna lista nie zamieni się w zaklęcie, pada zdanie najbardziej bezradne, a przez to najbardziej prawdziwe:
„Bo trudno powiedzieć coś przeciw śmierci”.
W innych wierszach wraca podobny mechanizm: płatki bzu na karoserii auta liczone jak nazwiska w księdze kondolencyjnej, kolejka po wpis i myśl, która kołacze z tyłu głowy: „człowiek”. „Człowiek, czyli ja”.
Żałoba odbiera luksus abstrakcji
W najnowszym tomie Krzysztofa Jarosza mocno wybrzmiewa pytanie o sprawczość mowy.
W Bajkopisarzu podmiot rzuca deklarację z pogranicza wiary w język i autoironii: „To, co wymyślę, wcześniej czy później stanie się prawdą”.
Chwilę później prawda okazuje się jednak okrutnie współczesna i dość mało poetycka.
Uczniowie, którzy zniknęli, zaćpali się albo położyli na torach, uzupełni bohater-nauczyciel.
Nie ma komfortu literackiej, uwznioślonej katastrofy.
Jest brudny konkret.
Podobnie w Ciszy historia punkowego wokalisty, z krzykiem, który nagle gaśnie, zamyka się jednym, neutralnym z pozoru zdaniem: „Potem uciszył sam siebie”.
I znów: świat po tym zdaniu trwa dalej.
To chyba najbardziej przejmująca konsekwencja tej książki.
Dlatego tak mocno działa wiersz Autor, w którym podmiot nazywa swój cel wprost: „Piszę, bo chcę mówić do zmarłych”.
A ci u Jarosza nie są mglistym kształtem. Mają przerwy na posiłki, modlitwy, drzemki, stoją w „nisko osadzonym oknie” i przykładają dłoń do pękniętej szyby.
To piękna, cicha strategia: oswoić nieobecność przez rutynę i detal.
Wiersze z Już żywym, jeszcze umarłym nie udają, iż kontakt jest prosty: podmiot musi wstać i pędzić na pociąg, a zmarli zostają w śnie.
Tak wygląda ta relacja: urwana, niesymetryczna, dziwnie realna.
Wiara i materialność
Jarosz wpisuje żałobę w relacje rodzinne – i robi to jak ktoś, kto jest jednocześnie dzieckiem i rodzicem.
Z jednej strony wiersze o ojcu: przygotowywanie się do jego śmierci, wspomnienie biegu „Berek!” między gankiem i kapliczką, świadomość, iż „od dawna mnie nie goni”. Z drugiej – własna córka i własna odpowiedzialność.
W wierszu Funkcje życiowe ojciec pyta, jakie kondolencje napisać wdowie, a syn (poeta) przyznaje, iż już miał nie pisać pożegnalnych wierszy.
I wtedy pojawia się zdanie, które rozjaśnia tę ciemną do tej pory książkę:
„A on nas kocha”.
To „on” to czas – ten sam, który „postarza i upokarza”.
Jarosz mówi to bez kiczu, bo doprowadza nas do tego zdania przez całą fizykę codzienności; przez trawę wdeptaną w ziemię, przez ciasne mieszkania zdań, przez papier, w który owija się mięso.
Równolegle zbiór wierszy rozgrywa się w polu wiary (rozumianej co najmniej szeroko, choć opartej na katolickim uniwersum), ale wiary „oddolnej”, uważnej, może bliskiej ascezy i związanej z nią ostrożności.
W Polu widzenia credo jest skromne, prawie dziecięce:
Pole widzenia
Przed deszczem ukryliśmy się w tylnych
ławkach kościoła. Dzwony były głośne, choć
tak mały ślub; sztywno siedząca para, zbyt
młoda – napięta cięciwa sierpniowego światła.
Parsknęliśmy śmiechem, gdy ksiądz zapytał: „Czym
jest serce?”. I sam sobie odpowiedział: „To jest pompa!”.
Nie wiem, czy przez cały czas potrafię tak się śmiać. Wierzę,
bo mogę sobie jeszcze wyobrażać. Tylko dlatego.
W Katedrze porównanie nie pozwala tego wydelikacić:
„Chrystus ma nieobecne oczy śniętej ryby”.
W Mszy światło „razi, / ale nie daje ciepła”, a śmierć zostaje nazwana „przezwiskiem”, które przywarło tak mocno, iż zapomnieliśmy jej realnego imienia.
Jarosz nie udaje, iż religia zamyka i ogarnia temat śmierci. Raczej pokazuje, iż wiara i rozczarowanie bywają utkane z tej samej materii.
W tomie pojawia się też głos matki, bez stylizacji, za to z uchwytem na emocję.
W Moja matka odpisuje odpowiedź wchodzi w wiersz jak wiadomość z dnia powszedniego:
Moja matka odpisuje
Wyciskam z gąbki wodę, która zgromadziła się
na dnie łodzi. Na słupie wiaty napis węglem –
„Tu byłem”. Trwanie odchodzi i staje się realne;
„Nie wiedziałam, iż jestem twoją muzą.
Idę teraz owijać rośliny przed zimą.
Myślałam sama o tym.
No i oczywiście się poryczałam”.
To w czterech ostatnich linijkach mieści się i czułość, i wstyd, i ta specyficzna domowa normalność, która nie znosi wielkich słów i gada kolokwializmem.
Pamięć wspólna w środku dnia
Prywatne pęka tu również w stronę wspólnej pamięci.
W Wakuum jeden dzień składa się z cmentarza, zdjęcia nagrobka wysyłanego natychmiast, zgubionego listu – a potem Auschwitz i wiadomości od córki:
(…) Potem puszczam uczniom film
o Auschwitz, gdy moja córka mi pisze, że
dostała właśnie pierwszego w życiu okresu.
I nie chodzi tu bynajmniej o tanie szokowanie, żeby przeciwstawić sobie skrajne obrazy. To zapis doświadczenia, które nie ma eleganckich przegródek.
Podobnie w Ulice Tod – z dopiskiem na końcu książki, iż mówią tu bohaterki książki Anny Bikont z Holocaustem w tle.
Jarosz oddaje im głos krótko, bez ozdobników, a w jednym z monologów zostaje zdanie, które brzmi jak ciemna definicja: „Wiara, czyli strata, której nie da się przeboleć”.
Dopiero wtedy widać, jak konsekwentnie ta książka pyta o życie: nie w sensie slapstickowego zawołania „jak żyć?”, tylko w formie rozważania „co jeszcze jest żywe, kiedy tyle znika?”.
Na koniec: dźwięk.
Jarosz jest poetą nasłuchu.
W Dusznym dniu czeka, aż ucichnie odgłos auta rodziców; w Reflektorze zamyka oczy, by ich słowa „wyraźniej wsiąkały”; w Dźwięku mówi o „ciemnej substancji” wszechświata i jednocześnie zaklina zwykły dzień z rodzicami powtarzanym hipnotyzująco „pięknie”.
W Rycie zaś pada wers, który sobie z tej lektury zabieram: „Śmierć rozpruwa to, co słowny krawiec zszywa przez lata”.
Można czytać Już żywym, jeszcze umarłym jak instrukcję uważności – tej surowej, bez tysiąca modnych praktyk. Jarosz pokazuje, iż wiersz nie pokonuje śmierci.
Może jednak zszywać – na chwilę, na tyle, na ile starczy nam wyobraźni i słów. I to pogodna myśl.


