W dzieciństwie mój młodszy brat był wręcz oczkiem w głowie naszej mamy i babci. One go uwielbiały był jak mały król, którego potrzeby były zawsze na pierwszym miejscu, a ja byłam jak szara myszka w kącie. On dostawał wszystko najlepsze: najfajniejsze zabawki, czekoladki, serniczki, truskawki, a choćby najlepszą kolekcję figlorajek w okolicy. Ja natomiast zwykle lądowałam z gąbką w ręku i mopem pod pachą, ścieląc mu łóżko, szykując śniadanie, zmywając po jego wieczornych posiedzeniach z LEGO. Czułam się jak jego osobista pomoc domowa, wiecznie biegając z jednego polecenia na drugie.
Ten układ naprawdę mnie irytował, zwłaszcza patrząc na historię mamy sama przecież cierpiała przez swojego byłego męża, co skończyło się rozwodem, a tu proszę, sama wychowuje małego księcia. Gdy próbowałam się zbuntować, moje protesty kończyły się w sekundę i dalej miałam status rodzinnej robocicy. Najlepiej pamiętam ostatni rok szkoły, intensywne przygotowania do matury, kiedy uczyłam się z taką determinacją, a mama z babcią wydzwaniały co pięć minut do mojego pokoju: Zosia, zostaw książki, nakarm brata! On jest najważniejszy! powtarzały, stawiając jego głód wyżej niż moją przyszłość. Przez upór i determinację egzaminy zdałam, ale pracy miałam tyle, iż sama nie wiedziałam, jak to wszystko przeżyłam.
Kiedy zbliżały się egzaminy na studia, babcia zaczęła kwestionować sens mojej edukacji. Doradzała: Po co ci te studia? Lepiej wyjdź za mąż, urodź dzieciaki i pilnuj porządku w domu. Na szczęście nie dałam się skończyłam uniwersytet. Wtedy już całkowicie mnie to przerosło i stwierdziłam: koniec, czas na własne życie! Przestałam być etatową opiekunką mojego brata. Mama i babcia wpadły w szał, kiedy się wyprowadziłam, szczególnie babcia, która zmuszona była porzucić swoją ukochaną pracę księgowej w społemie, żeby doglądać wnuka.
Wyprowadzka była ciężką decyzją, ale jedyną sensowną dla mojego zdrowia psychicznego i rozwoju. Wiedziałam, iż zasługuję na coś więcej niż rolę domowej służącej i iż tylko tworząc własną ścieżkę, ktoś doceni moją wartość nie jako sprzątaczki Zosi, a pełnoprawnej, wyjątkowej osoby.











