„Gdzie się podziała ta radosna Monika?”
No cóż. Prawdopodobnie poszła na bezpłatny urlop, bo aktualna Monika nie ma czasu w optymizm, kiedy poziom bitchy uderza w sufit, a telefon domaga się kaftana bezpieczeństwa.
Od trzech tygodni żyję w trybie pełnego wycofania. Zaczęło się klasycznie – od popołudnia, podczas którego pewna znajoma uraczyła mnie dawką czystego, destylowanego fermentu. Wylała na mnie swoje żale, a ja z chirurgiczną precyzją poczułam, jak z mojego ciała uchodzi ostatnia kropla energii życiowej. Bez dramatycznych kłótni, bez otwartej wrogości. Po prostu czysty, gęsty nadmiar czarnej żółci, przy którym perspektywa spędzenia weekendu w aktywnej wulkanicznej kaldurze wydaje się relaksująca.
Potem odezwała się M. Odpisałam jej tak, iż następnego dnia musiałam się reflektować i przepraszać, bo choćby jak na moje standardy brzmiało to tak, jakbym właśnie wyciągała z torebki piłę mechaniczną. I nagle gotowość bojowa osiągnęła punkt, w którym zaczynam warczeć na ludzi, którzy nie zrobili absolutnie nic złego, poza tym, iż istnieją w promieniu pięciu metrów.
Wyciszyłam media społecznościowe. Odcięłam czaty. Schowałabym się w jaskini, w której jedyną rozrywką jest słuchanie własnego echa, ale echo pewnie też by mnie wkurzyło.
Ktoś zapytał niedawno: gdzie się podziała ta radosna Monika?
Otóż radosna Monika ma wolne. A ja jestem tylko człowiekiem, któremu przeładowano procesor do granic wydajności. Zmęczyło mnie choćby słuchanie podcastów – bo w pewnym momencie miałam wrażenie, iż każdy mądry głos w słuchawkach dokładnie punktuje mi, co w moim życiu jest nie tak. Jeszcze chwila, a uwierzyłabym, iż spłonęło dosłownie wszystko. A przecież wiem, iż tak nie jest.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, iż w pracy – jak zwykle w kontrze do backstage'u – idzie mi perfekcyjnie. Przypomina mi to czasy, kiedy sypało się moje życie po diagnozie SM. Nie była to najbardziej komfortowa faza na karierę: nie dokładałam do pieca, bo nie byłam w stanie przejść tych kilku metrów z pokoju do łazienki, więc dyktowałam teksty Google'owi. I wciąż szło mi świetnie.
Teraz po prostu się wypstrykałam. Nie mam w zapasie ani grama energii, którą mogłaby inwestować w cokolwiek poza absolutną bazą: pracą i domem.
I wiecie co? Jestem w tym świetna. W znikaniu z pola widzenia, w akceptacji stanu totalnego rozładowania ze wszystkimi jego konsekwencjami. Przecież i tak, jak zawsze, ze wszystkim sobie sama poradzę.
📌 Czasami po prostu trzeba odłączyć wtyczkę.
jeżeli też masz dość udawania, iż wszystko jest pod kontrolą, zajrzyj do mojej książki.
Porozmawiajmy o tym, jak przetrwać, kiedy mózg mówi dobrego dnia, znikam.







