Pamiętam wiele opowieści o kobietach, które dopuściły się zdrady, i choć staram się nikogo nie oceniać, jedna rzecz zawsze mnie zastanawiała. Nie z powodu poczucia wyższości nad innymi, ale dlatego, iż zdrada nigdy nie była dla mnie żadnym pokuszeniem.
Mam dziś trzydzieści cztery lata, jestem mężatką i prowadzę zupełnie zwyczajne życie. Chodzę pięć razy w tygodniu na siłownię, dbam o to, co jem, lubię o siebie dbać. Mam długie proste włosy, lubię ładnie wyglądać i wiem, iż jestem atrakcyjną kobietą ludzie to zauważają i niejednokrotnie mi o tym mówili. Widzę to też po spojrzeniach, którymi jestem obdarzana.
Na mojej siłowni w Warszawie nie jest niczym niezwykłym, iż ktoś mnie zagadnie. Niektórzy panowie pytają o ćwiczenia, inni z pogranicza żartu rzucą jakiś komplement, bywają i bezpośredni. To samo zdarzało się, gdy wychodziłam na kawę czy lampkę wina z koleżankami. Nie udaję, iż tego nie widzę wręcz przeciwnie, doskonale to dostrzegam. Ale nigdy nie przekroczyłam tej granicy. Nie z lęku. Po prostu nie mam na to ochoty.
Mój mąż, Piotr Nowak, jest lekarzem kardiologiem. Pracuje naprawdę dużo. Bywało, iż wychodził z domu jeszcze zanim rozjaśniło się za oknem i wracał, kiedy my już byliśmy po kolacji, a czasem jeszcze później. Przez większość dnia bywało, iż sama spędzałam czas w naszym mieszkaniu. Mamy córkę, Zofię. Opiekowałam się nią, dbałam o dom i kultywowałam swoje codzienne rytuały. Obiektywnie rzecz biorąc, miałam przestrzeń, by robić, co chcę nikt by się nie domyślił. A jednak, nigdy nie przyszło mi do głowy, by wykorzystać to do zdrady.
Gdy zostawałam sama, wypełniałam swój świat. Ćwiczyłam, czytałam, sprzątałam, oglądałam seriale, gotowałam coś nowego albo wychodziłam na długi spacer po Łazienkach. Nie szukałam braków, nie czułam potrzeby potwierdzania własnej wartości na zewnątrz. Nie twierdzę, iż moje małżeństwo jest idealne bo nie jest. Sprzeczamy się, różnimy się, czasem czujemy frustrację i zmęczenie. Ale jedna rzecz jest dla mnie niezmienna: moja uczciwość.
Nie żyję też w ciągłej niepewności wobec męża. Wierzę Piotrowi. Znam go, wiem, jak myśli, jakie ma przyzwyczajenia i charakter. Nie kontroluję jego telefonu, nie snuję wyimaginowanych historii. To wewnętrzne poczucie spokoju bardzo pomaga. Gdy nie szukasz ucieczki, nie potrzebujesz zawsze otwartych drzwi do innego świata.
Dziś, gdy wspominam tamte lata i trafiam w pamięci czy na kartach dawnych listów na opowieści o zdradach nie patrzę na nie z potępieniem, bardziej z zadumą. Nie wszystko przecież sprowadza się do pokusy, wyglądu, wolnego czasu czy zainteresowania ze strony innych. W moim życiu po prostu to nigdy nie przyszło mi do głowy. Nie dlatego, iż nie mogłabym, ale dlatego, iż nie chcę być taką osobą. I z tym jest mi naprawdę dobrze.
A wy? Jak zapatrujecie się na tę sprawę?






