Gdy wyruszasz w daleką drogę weź ze sobą jakościowe buty, spakuj kurtkę przeciwdeszczową i, na wszelki wypadek, prowiant w konserwach. Nie zaszkodzi, jak będziesz miał zapas ubrań, latarkę, i apteczkę oraz wiedzę, jak udzielić pierwszej pomocy. Mogą też przydać się narzędzia do nawigacji: staroszkolna fizyczna mapa i kompas. O aplikacji Google Maps w telefonie choćby już nie trzeba przypominać.
Wszystko to jest przydatne i zasadne, ale w żadnej mierze absolutnie konieczne. Bo w pierwszej kolejności musisz uzbroić się w breloczek ze świętym Krzysztofem, patronem podróżnych. Twoim obowiązkiem jest również znajomość znaków drogowych. Umknąć ci może ograniczenie prędkości czy informacja o drodze jednokierunkowej, ale przepadniesz z kretesem jak nie zauważysz kluczowych symboli: kółek ze strzałkami bądź, zlituj się nad kierowcami, trzech równoległych kresek ostrzegających przed niebezpieczeństwem. Zły Pasażer ma już tyle ofiar na liczniku, iż tylko niedowiarki traktują go jako przesąd czy mroczną legendę. Niech los ma ich w opiece.
Maddie (Lou Llobell) i Tyler (Jacob Scipio) decydują się na gwałtowną zmianę w swoim życiu. Ona, prawdopodobnie projektantka wnętrz, on, możliwe iż programista, rezygnują z wygód Nowego Jorku i rozleniwiającego, korporacyjnego etatu. Potrzebują przerwy i resetu w głowie, złapania dystansu, odpoczynku od codziennych obowiązków i nieustannych deadline’ów. To decyzja odpowiedzialna i przemyślana. Przygotowany do długiej podróży, ciasny, ale przytulny w środku kamper będzie ich nowym domem. To przecież nie ilość metrów kwadratowych określa, co może nim być. Para nie ma żadnego określonego celu, czasu czy wyznaczonej trasy. Właśnie ich brak jest istotą całej wyprawy. Niestety: plany delikatnie pokrzyżuje im desperacka walka o życie z nadprzyrodzonym demonem. Poradniki dla podróżnych niestety nie wspominają jak radzić sobie z tego rodzaju dokuczliwością.
Ktoś powie, iż "Pasażer" zaczyna się jak horror z taśmociągu. I będzie miał rację, bo prolog stosuje wyeksploatowane do cna fabularne rozwiązanie. Dwóch przypadkowych ziomeczków jedzie gdzieś w środku nocy. Rozmowy o niczym, drogę rozświetlają jedynie samochodowe lampy, wokół mroczny las. Przerwa na załatwienie potrzeb i nagle… brutalna egzekucja. Standard i schemat, ale reżyser André Øvredal ma na to inscenizacyjny pomysł. Perspektywa z wewnątrz auta i robiąca pełny okrąg kamera skutecznie budują poczucie zagrożenia i suspens. Podobnie jest w innych scenach. Kiedy Maddie wraca do auta przez opustoszały parking, kamper oddala się z każdym jej krokiem, ruch kamery sugeruje czyjąś tajemniczą obecność, a z oddali słyszymy narastające dźwięki czyichś kroków. Nic nowego, ale cała ekipa za kamerą wyciąga z tego maksimum możliwości, a wizualna i audialna oprawa nadaje "Pasażerowi" estetyczną tożsamość.
Całe szczęście film Øvredala nie próbuje opowiadać o przepracowywaniu bądź nabywaniu traum. To prostolinijny straszak bez sztucznie pompowanych ambicji i dwuznacznych przesłań. Takie narracyjne podejście doskonale wyraża finalny pojedynek z Pasażerem. Literalność zamiast metafory, dosłowność zamiast piętrowych przenośni. Zaskakujący fabularny konkret przy tak swobodnej scenariuszowej formule.
Przy tym Øvredal bardzo naturalnie kreuje dramaturgię w relacji Maddie i Tylera. Ich rozmowy o stylu życiu, priorytetach czy perspektywach na przyszłość organicznie wpisują się w nastrój filmu i nadają "Pasażerowi" wiarygodną psychologiczną warstwę. W trudnych warunkach para bohaterów poznaje się lepiej i przekonuje o słuszności bycia razem. A iż ich rozmowy czasem przerywają konfrontacje ze złym duchem? Może i dobrze. Nic tak nie cementuje związków jak wspólny przeciwnik.
Wszystko to jest przydatne i zasadne, ale w żadnej mierze absolutnie konieczne. Bo w pierwszej kolejności musisz uzbroić się w breloczek ze świętym Krzysztofem, patronem podróżnych. Twoim obowiązkiem jest również znajomość znaków drogowych. Umknąć ci może ograniczenie prędkości czy informacja o drodze jednokierunkowej, ale przepadniesz z kretesem jak nie zauważysz kluczowych symboli: kółek ze strzałkami bądź, zlituj się nad kierowcami, trzech równoległych kresek ostrzegających przed niebezpieczeństwem. Zły Pasażer ma już tyle ofiar na liczniku, iż tylko niedowiarki traktują go jako przesąd czy mroczną legendę. Niech los ma ich w opiece.
Maddie (Lou Llobell) i Tyler (Jacob Scipio) decydują się na gwałtowną zmianę w swoim życiu. Ona, prawdopodobnie projektantka wnętrz, on, możliwe iż programista, rezygnują z wygód Nowego Jorku i rozleniwiającego, korporacyjnego etatu. Potrzebują przerwy i resetu w głowie, złapania dystansu, odpoczynku od codziennych obowiązków i nieustannych deadline’ów. To decyzja odpowiedzialna i przemyślana. Przygotowany do długiej podróży, ciasny, ale przytulny w środku kamper będzie ich nowym domem. To przecież nie ilość metrów kwadratowych określa, co może nim być. Para nie ma żadnego określonego celu, czasu czy wyznaczonej trasy. Właśnie ich brak jest istotą całej wyprawy. Niestety: plany delikatnie pokrzyżuje im desperacka walka o życie z nadprzyrodzonym demonem. Poradniki dla podróżnych niestety nie wspominają jak radzić sobie z tego rodzaju dokuczliwością.
Ktoś powie, iż "Pasażer" zaczyna się jak horror z taśmociągu. I będzie miał rację, bo prolog stosuje wyeksploatowane do cna fabularne rozwiązanie. Dwóch przypadkowych ziomeczków jedzie gdzieś w środku nocy. Rozmowy o niczym, drogę rozświetlają jedynie samochodowe lampy, wokół mroczny las. Przerwa na załatwienie potrzeb i nagle… brutalna egzekucja. Standard i schemat, ale reżyser André Øvredal ma na to inscenizacyjny pomysł. Perspektywa z wewnątrz auta i robiąca pełny okrąg kamera skutecznie budują poczucie zagrożenia i suspens. Podobnie jest w innych scenach. Kiedy Maddie wraca do auta przez opustoszały parking, kamper oddala się z każdym jej krokiem, ruch kamery sugeruje czyjąś tajemniczą obecność, a z oddali słyszymy narastające dźwięki czyichś kroków. Nic nowego, ale cała ekipa za kamerą wyciąga z tego maksimum możliwości, a wizualna i audialna oprawa nadaje "Pasażerowi" estetyczną tożsamość.
Całe szczęście film Øvredala nie próbuje opowiadać o przepracowywaniu bądź nabywaniu traum. To prostolinijny straszak bez sztucznie pompowanych ambicji i dwuznacznych przesłań. Takie narracyjne podejście doskonale wyraża finalny pojedynek z Pasażerem. Literalność zamiast metafory, dosłowność zamiast piętrowych przenośni. Zaskakujący fabularny konkret przy tak swobodnej scenariuszowej formule.
Przy tym Øvredal bardzo naturalnie kreuje dramaturgię w relacji Maddie i Tylera. Ich rozmowy o stylu życiu, priorytetach czy perspektywach na przyszłość organicznie wpisują się w nastrój filmu i nadają "Pasażerowi" wiarygodną psychologiczną warstwę. W trudnych warunkach para bohaterów poznaje się lepiej i przekonuje o słuszności bycia razem. A iż ich rozmowy czasem przerywają konfrontacje ze złym duchem? Może i dobrze. Nic tak nie cementuje związków jak wspólny przeciwnik.












![Ołeksandr Usyk znowu w akcji. Wielka stawka starcia w Gizie [NA ŻYWO]](https://i.iplsc.com/-/000LBPWOV1GA2FYK-C461.jpg)

