"Projekt Hail Mary" dał zachodniej branży filmowej to, czego tak rozpaczliwie potrzebowała – nowy pomysł niebędący ani prequelem, ani sequelem większej franczyzy. Z Ryanem Goslingiem i Sandrą Hüller na pokładzie ekranizacja powieści Andy'ego Weira nie miała szansy się nie udać. Twórcy filmu zrobili jedną rzecz, która pokazała widzom, czym jest prawdziwa magia kina. W tym aspekcie produkcji bliżej do trylogii "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona niż do współczesnych hitów Hollywoodu.