Primetime – recenzja filmu. Czyszczenie antycznego zła

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Primetime to dla mnie dziwny ewenement. Na To Catch a Predator i późniejsze programy Chrisa Hansena natknąłem się jeszcze jako nastolatek. Oczywiście Hansen wyglądał na godnego zaufania, spokojnego łowcę pedofili, który wykonuje niemal boską misję. W końcu łapał ludzi, którzy próbowali skrzywdzić dzieci, a następnie konfrontował ich przed kamerami. Trudno było nie kibicować komuś, kto pozornie tak bezkompromisowo walczył ze złem.

Niestety, nie wszystko jest tak czarno-białe, jak byśmy chcieli. Wokół samego programu pojawiło się mnóstwo zarzutów, kontrowersji i negatywnych opinii dotyczących sposobu organizowania prowokacji oraz współpracy z policją. Na przestrzeni lat również sam Chris Hansen kilkukrotnie podpadł widzom i dziennikarzom. Historia To Catch a Predator jest więc znacznie bardziej skomplikowana niż opowieść o dobrym prowadzącym i złych ludziach, których demaskuje przed całą Ameryką. Primetime jest jednak dla mnie wytworem wyjątkowo fascynującym. Film jest inspirowany artykułem Tonight on Dateline This Man Will Die, opisującym wydarzenia z 2006 roku, kiedy jedna z operacji związanych z programem To Catch a Predator zakończyła się w gwałtowny i tragiczny sposób.

Zobacz również: Digger – recenzja filmu. Najbardziej nowatorska produkcja XXI wieku

Nie można jednak powiedzieć, iż Primetime jest klasycznym dokumentem. To film fabularny, który przedstawia historię programu i jego kulisy w mocno surrealistyczny sposób. Przez większość seansu można odnieść wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w dziwnym śnie. Gdzieś pomiędzy telewizyjną rzeczywistością a koszmarem, który czai się tuż za ekranem. Absurd miesza się tu z autentycznym niepokojem, a to, co jeszcze przed chwilą wydawało się groteskowe i zabawne, nagle zaczyna przerażać.

Zobacz również: Róża – recenzja filmu. Czy to kwiat, a może kamień?

Najlepiej widać to w sposobie przedstawienia Chrisa Hansena. Robert Pattinson jest w tej roli spektakularny. Jednak jego bohater to zupełnie inny człowiek niż ten, którego znamy z telewizyjnych nagrań. W prawdziwych programach Hansen zwykle prezentował się jako spokojny, profesjonalny i pewny siebie dziennikarz. Tutaj widzimy kogoś obsesyjnego, wybuchowego i niepokojącego. Człowieka, który tak mocno uwierzył we własną misję oczyszczenia świata ze zła, iż sam zaczyna przypominać coś znacznie bardziej przerażającego niż telewizyjny bohater.

Pattinson doskonale balansuje między groteską a grozą. Jego Hansen bywa niemal karykaturalny, a jednocześnie przypomina postać mityczną, przekonaną, iż stoi na straży odwiecznego porządku. Kiedy odczytuje wiadomości wysyłane przez swoich rozmówców, brzmi to niemal jak recytowanie świętych tekstów. Nie jest już tylko prowadzącym program, ale kimś, kto uwierzył, iż ma prawo osądzać innych i wymierzać im sprawiedliwość. Właśnie dlatego jego obsesja na punkcie „wyczyszczenia świata ze zła” staje się tak przerażająca.

fot. materiały promocyjne

To przedstawienie jest szczególnie interesujące, ponieważ pozwala nam spojrzeć na znaną formułę z zupełnie innej perspektywy. Zamiast podziwiać Hansena za jego skuteczność, zaczynamy odczuwać strach przed człowiekiem stojącym po drugiej stronie stołu. Kamera, która miała demaskować przestępców, staje się narzędziem kontroli, a telewizyjna konfrontacja przypomina spektakl, w którym jedna strona ma pełną władzę nad drugą. Primetime pokazuje, jak łatwo może się zatrzeć granica między walką ze złem a karmieniem własnego ego. Im większą władzę daje bohaterowi jego misja, tym bardziej zaczyna ona przypominać obsesję.

Zobacz również: Latarnie – recenzja serialu. Kłócą się jak stare dobre małżeństwo

Nie bez znaczenia jest też szerszy kontekst. Reality TV w filmie staje się czymś więcej niż rozrywką. To narzędzie inwigilacji i samodzielnego wymierzania sprawiedliwości wpisujące się w atmosferę Ameryki po 9/11, kiedy strach przed zagrożeniem i potrzeba jego kontrolowania mocno wpłynęły na społeczeństwo. Primetime pokazuje świat, w którym presja przeradza się w niepewność, ta w ego, a ostatecznie w niebezpieczną potrzebę kontroli.

Na plus zaliczyć można również występ Skylera Gisondo, który wiarygodnie wciela się w młodego aktora z pasją do musicali. Bohater zostaje wciągnięty w operację jako trzynastoletni „wabik”, mający udawać bezbronnego chłopca, choć sam nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, w czym bierze udział. Jego wątek dobrze uzupełnia historię i przypomina, iż w tym świecie nie tylko podejrzani stają się częścią telewizyjnego spektaklu. Ludzie zaangażowani w produkcję również zostają uwikłani w mechanizm, który gwałtownie zaczyna żyć własnym życiem.

fot. Kadr ze zwiastunu

Czy przedstawienie wydarzeń w Primetime jest zgodne z rzeczywistością? Oczywiście, iż nie w każdym szczególe. Film pełen jest fikcyjnych elementów oraz zmian dotyczących czasu, miejsc i bohaterów. Nie traktowałbym go więc jako wiarygodnego źródła wiedzy o kulisach programu. Nie wydaje mi się jednak, by jego głównym celem było wierne odtworzenie faktów. Sam Chris Hansen odniósł się w wywiadach do filmu, komentując, iż praktycznie całość została zmyślona. Nie jest to dziwne, bo produkcja przedstawia go w mało pochlebnym świetle, jednocześnie nie akcentując w marketingu, iż duża część filmu jest po prostu dopisana. Nie dowiemy się, jak ze wszystkim było naprawdę, ale w samym filmie twórcom widocznie nie o prawdę tutaj chodzi. Jest on raczej próbą uchwycenia atmosfery, mechanizmów i niepokojących konsekwencji całego zjawiska, a także eksploracją mentalności człowieka jakim mógł być Chris Hansen poza kamerami.

Ogromną rolę odgrywa w tym styl audiowizualny. Film został nakręcony głównie w formacie 1,50:1, który przeplata się z klasycznym telewizyjnym 4:3 w scenach przedstawiających nagrywane operacje. Ten zabieg nie jest wyłącznie stylistyczną ciekawostką. Pomaga zatrzeć granicę między filmową narracją a materiałem telewizyjnym. Widz ma wrażenie, iż ogląda coś, co nie powinno znaleźć się na ekranie. Scenografia i kolorystyka również robią świetną robotę. Surrealistyczne cienie, niepokojące barwy i dziwaczne kadry składają się na spójną, senną całość, w której trudno poczuć się komfortowo.

Zobacz również: Lalka – recenzja filmu. Tragiczny idealizm

Primetime ma jednak problem z fabułą. Sama eksploracja pokręconego umysłu bohatera Pattinsona jest angażująca, a odtworzone segmenty łapania pedofilów potrafią przykuć uwagę. Film świetnie radzi sobie z budowaniem atmosfery i pokazywaniem, jak absurdalny potrafi być świat telewizyjnego polowania na przestępców. Nie zawsze jednak przekłada się to na równie interesującą opowieść. Surrealistyczna forma i psychologiczna obsesja głównego bohatera chwilami okazują się ciekawsze niż wydarzenia, które mają je ze sobą połączyć. W efekcie seans potrafi jednocześnie fascynować i pozostawiać niedosyt.

Mimo tego Primetime jest dla mnie czymś specjalnym. To nie tylko opowieść o kulisach To Catch a Predator, ale też historia o potrzebie kontroli, medialnym spektaklu i ludziach, którzy potrafią tak mocno uwierzyć we własną misję, iż przestają dostrzegać jej ciemną stronę. Najbardziej niepokojące jest zaś to, iż za całą tą groteskową otoczką kryje się coś bardzo prawdziwego. Bo choć Primetime często przypomina koszmar, trudno oprzeć się wrażeniu, iż jego źródłem jest rzeczywistość, która pod pewnymi względami mogła być niepokojąco bliska absurdu przedstawionego w filmie.


fot. główna: materiały promocyjne

Idź do oryginalnego materiału