PRIME CREATION - Souls of the fallen (2026)

powermetal-warrior.blogspot.com 2 godzin temu

Szwedzki Prime Creation nie należy może do zespołów, które pojawiają się na pierwszych stronach metalowych magazynów, ale od początku swojej działalności konsekwentnie buduje własną markę w świecie melodyjnego heavy i power metalu. Formacja powstała w 2015 roku na gruzach Morifade, a „Souls Of The Fallen” jest już jej czwartym pełnowymiarowym albumem. I trzeba przyznać, iż Szwedzi z każdym kolejnym wydawnictwem coraz pewniej wiedzą, w którą stronę chcą podążać. Nowy album jest solidny, ale nie jest to najlepsze co słyszałem w roku 2026. Płyta ukazała się 26 czerwca nakładem roar records.

Co przyciąga do kapeli Prime Creation to bez wątpienia echa dawnej formacji Morifade, która była znana fanom power metalu w latach 90.Największym atutem „Souls Of The Fallen” jest jego brzmienie. Produkcja Nielsa Nielsena jest mocna, przejrzysta i odpowiednio ciężka, ale jednocześnie nie zabija melodii. Gitary mają sporo miejsca, perkusja brzmi potężnie, a wokal nie ginie w ścianie instrumentów. Całość jest nowoczesna, ale nie przesadnie sterylna. Wokalnie Esa Englund radzi sobie i pasuje do tego co band gra. Potrafi nadać kompozycjom charakteru i drapieżności. To jest mocny punkt zespołu. Trochę gorzej prezentuje się duet gitarzystów, bowiem Tainamo/ Arnell trochę zawodzi i mam problem dowieźć interesujące riffy czy solówki. Tym razem panowie grają solidnie, ale brakuje czegoś godnego pochwały i zapamiętania. Doświadczeni muzyce, ale materiał taki odtwórczy i bez elementu zaskoczenia. Band poszedł na łatwiznę i nagrał materiał bez ikry i przebojowości. Jest kilka przebłysków, ale to za mało żeby porwać słuchacza.

Początek płyty nie jest wcale taki zły, bowiem otwierający "galactic rebirth" , który mocno wzoruje się na twórczości battle beast czy beast in Black. Jest trochę w tym kiczu, ale dominuje agresja i przebojowość. To naprawdę bardzo udany start. Melodyjny charakter band utrzymuje również w "Ghosts" i to również solidny utwór. Prawdziwy cios przychodzi jednak wraz z „Blood Harvest”. To jeden z najbardziej bezpośrednich i agresywnych numerów na płycie – szybki, ciężki i napędzany konkretną pracą gitar oraz perkusji. Krótki, niespełna trzyipółminutowy utwór nie pozwala się nudzić i bez problemu może stać się jednym z koncertowych killerów.Tytułowy „Souls Of The Fallen” pokazuje z kolei bardziej epickie oblicze zespołu. Niby był pomysł, ale wykonanie jest średnie i mało przekonujące. Nutka progresji pojawia się w "alliance", ale brakuje w tym pomysłu i interesującego rozplanowania. Niestety wieje tutaj nudą. Dużo lepiej wypada „Lost Legacy”. Szybszy rytm, mocne riffy i bardzo chwytliwy refren sprawiają, iż jest to jeden z najbardziej przebojowych punktów albumu. Słychać tutaj wyraźnie klasyczne inspiracje heavy metalem, a gitarowe solo Robina Arnella dodaje całości odpowiedniego charakteru.

Legends Never Die” to kolejny mocny moment. Jest w nim coś z klasycznego szwedzkiego melodyjnego metalu – podniosłość, epickie melodie i refren, który aż prosi się o wspólne śpiewanie. Z kolei zamykający „Ashes Of Trust” pokazuje bardziej mroczną stronę zespołu. Zmiany tempa, ciężkie riffy i rozbudowane partie wokalne sprawiają, iż album kończy się z odpowiednim rozmachem.

„Souls Of The Fallen” to po prostu bardzo solidny, dobrze napisany i świetnie brzmiący album. Nie każdy utwór zachwyca w takim samym stopniu. Szkoda, bo to mógł być znacznie ciekawszy materiał. Zabrakło pomysłów na aranżację i wykończenie. To płyta do posłuchania i zapomnienia.


Ocena 6/10

Idź do oryginalnego materiału