Prawdziwe dziewczyństwo

filmweb.pl 3 dni temu
Zdjęcie: plakat


Podobno "Superman" Jamesa Gunna miał początkowo wyglądać inaczej. Minimalnie inaczej – ale jednak. Film był oryginalnie opowiedziany w trybie "tydzień z życia Supermana": poniedziałek, wtorek, środa… wiadomo. Niestety, widowni na pokazach testowych nie spodobał się tak "niekonwencjonalny" pomysł. Z ostatecznej wersji montażowej wyleciały więc plansze z dniami tygodnia, chociaż ich ślad widać w filmie: to te momenty, gdy między scenami opowieść dostaje jakby czkawki. Koniec końców "Superman" i tak się broni – ale blizny są widoczne. Rok później na ekrany wlatuje "Supergirl" i niestety: wydaje mi się ofiarą podobnego korporacyjnego "prasowania". Tylko iż dużo bardziej poturbowaną.

Milly Alcock, Matthias Schoenaerts
  • Warner Bros. Entertainment Inc.
  • Parisa Taghizadeh

Szkoda. Szkoda, tym bardziej, iż komiksowy pierwowzór, "Supergirl: Kobieta Jutra", napisany przez Toma Kinga i narysowany przez Bilquis Evely, wyróżnia się na tle superbohaterskiej normy. Stanowi bowiem wariację na temat… "Prawdziwego męstwa" – czy to Henry’ego Hathawaya, czy braci Coenów. Bohaterką jest młoda Ruthye, która wyrusza w kosmiczną podróż, szukając zemsty na mordercy swojej rodziny. Po drodze dostaje szereg trudnych lekcji życia pod okiem pozbawionej złudzeń niechętnej mentorki, tytułowej Supergirl. Czyta się to trochę jak baśń o dojrzewającej dziewczynce, odpowiednio bajecznie narysowaną.

Tymczasem filmowa "Supergirl" przypomina bardziej "Mandaloriana i Grogu", ewentualnie – słabszy film Jamesa Gunna (znamienne: reżyseruje Craig Gillespie, a nie Gunn). Oto bohater(ka) i jej przydupas(ka) pędzą przez kosmos tropem uciekającego bandziora, po drodze odwiedzają ze trzy kantyny rodem z "Gwiezdnych wojen", w których roi się od galaktycznych kanalii rodem ze "Strażników Galaktyki", a kiedy pora na scenę akcji, na ścieżce dźwiękowej rozbrzmiewa jakiś szlagier. I chociaż scenariusz Any Nogueiry z grubsza trzyma się pierwowzoru, chociaż z grubsza zachowuje relację między bohaterkami, to jednak "z grubsza" robi różnicę. Wszystko, co było naprawdę interesujące w komiksie, zostało w komiksie.

Eve Ridley
  • Warner Bros. Entertainment Inc.
  • Parisa Taghizadeh

Pierwsza rzecz, która poszła na odstrzał, to cokolwiek "secesyjna" oprawa graficzna pierwowzoru. Komiks mieni się subtelnymi kolorami i misterną ornamentyką ilustracji Evely: artystka pięknie odmalowuje bogatą paletę emocji dojrzewającej na naszych oczach Ruthye. Film jest zaś głównie… brązowy. Dość powiedzieć, iż każda z trzech kosmicznych kantyn, które odwiedzają bohaterki, wygląda dokładnie tak samo. Jakby w obawie przed widzowskim plutonem z pokazów testowych Gillespie inscenizuje wszystko zachowawczo, bezpiecznie. Tak, jak "się to robi". Tak, jak już to widzieliśmy piętnaśćdziesiąt razy. Niestety: wzięli fajną dziewczynę i przykroili ją do chłopackich standardów.

Szkoda. Szkoda tym bardziej, iż Milly Alcock absolutnie dorasta do epitetu "super" – film warto obejrzeć dla niej samej. Oczywiście figura superosoby, superchłopaka czy superdziewczyny, stanowi pretekst do opowieści o wzorcach chłopięctwa czy dziewczyństwa. David Corenswet dostał w "Supermanie" misję zagrania pozytywnego wzoru nietoksycznej męskości, Alcock ma w "Supergirl" odwrotne zadanie. Nowy Superman jest ostentacyjnie miły, nowa Supergirl – wręcz przeciwnie. On maskuje swoją niezręczność, ona maskuje wrażliwość. Ich słowa mówią jedno, ich ciała mówią drugie – dzieje się. Właśnie ta opozycja czyni z nich wdzięczny duet. Dwie wspólne sceny, które mają tu Corenswet i Alcock, są faktycznie elektryczne. Obstawiam zresztą, iż co najmniej jedną z nich (tę, gdy spotykają się po raz pierwszy) wyreżyserował James Gunn podczas dokrętek. Bo na krótki moment czuć tu kosmiczną zmianę jakościową: nagle film robi się subtelny, zabawny, wrażliwy, kolorowy. A potem wracamy do brązów: do samoopalacza i sztancy.

Oczywiście choćby bez Supermana w kadrze konflikt "wielkooka naiwność kontra demonstracyjny cynizm" pozostaje sednem filmu. Po prostu przez resztę historii rolę czystego serduszka w tej parze gra młoda Ruthye (Eve Ridley). I jeżeli "Supergirl" jest "o czymś", to właśnie o tym, jak młodsza dziewczyna obserwuje starszą. Oraz o tym, jak starsza próbuje tego spojrzenia uniknąć albo – w ostateczności, no dobraaa – do niego dorosnąć.

Eve Ridley
  • Warner Bros. Entertainment Inc.
  • Parisa Taghizadeh

Supergirl, prywatnie Kara Zor-El, na co dzień performuje bowiem tumiwisizm: poznajemy ją, gdy spędza urodziny, tańcząc w knajpie do piosenki Wet Leg i upijając się do nieprzytomności (trudne zadanie, gdy superszybko trzeźwiejesz). Ale abnegactwo Kary jest nie tyle pozą, co symptomem: żałoba po rodzinnej planecie Krypton zaowocowała u niej ciężkim przypadkiem depresji i doomizmu – co czyni z niej wzorcową "girl" na współczesne, burzliwe czasy. We względnym pionie trzyma ją jedynie wierny pies Krypto. Zaiste: nie ma to jak szczeniak, kiedy desperacko potrzebujesz w życiu podpory rutyny. Nie ma też jak szczeniak, kiedy trzeba sprawdzić, czy pod maską cynizmu nie kryje się aby wrażliwa duszyczka. Pamiętajcie, dzieci: superczłowieka – i superdziewczynę – poznacie po tym, jak traktuje psy.

Ma zatem sens, iż kołem napędowym fabuły jest otrucie Krypto przez złego Krema (Matthias Schoenaerts). Kara ma trzy dni, by dopaść typa będącego w posiadaniu antidotum, i tak się składa, iż to ten sam typ, którego ściga Ruthye. Pies jako motywacja, tykający zegar, niedobrana para bohaterek – brzmi jak żelazny przepis na scenariusz. I kurde, na papierze działa. W praktyce – już mniej. Mniejsza choćby o to, iż Gillespie i ekipa przykrawają niesztampowy komiks do hollywoodzkiej sztampy. Bo nie chodzi o to, iż komiks był lepszy, tylko o to, iż był dobry.

Trudno zresztą znaleźć jedną naczelną wadę filmu: "Supergirl" stanowi przypadek tak zwanej "śmierci tysiąca cięć". A raczej: tysiąca uwag – tych z pokazów testowych i innych korporacyjno-excelowych poziomów weryfikacji. O wszechobecnym brązie już było. Do tego dochodzą powtórzenia: a to grany w kółko jeden żart o jakimś kosmicznym plugastwie, a to wałkowane raz po raz te same scenariuszowe zagrania. Kara traci moce, cięcie, w następnej scenie Kara odzyskuje moce. Ruthye i Kara się rozchodzą, cięcie, w następnej scenie Ruthye i Kara się schodzą. Żadna z emocji nie może tu sobie wybrzmieć, bo film wciąż pędzi – chociaż jakby stał w miejscu. Sprawę komplikują dodatkowo retrospekcje, wmontowane jakby nie tam, gdzie trzeba. Wszystko muszą więc załatwić dialogi. Ale przesłanie o byciu dobrym wypowiedziane na głos jest mniej skuteczne niż przesłanie zdramatyzowane, czyli opowiedziane poprzez akcję: cele, problemy i wybory bohaterek.

Milly Alcock, Eve Ridley
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Gillespie niby sprawdził się jako względnie sprawny rzemieślnik od "her-stories" o rozmaitych buntowniczkach. Szkopuł w tym, iż "Ja, Tonya", "Pam i Tommy", a choćby "Cruella", utrzymane były w zgryźliwym, satyrycznym tonie. "Supergirl" wymagała tym czasem subtelniejszej roboty reżyserskiej, mniej grubej krechy, więcej delikatnych pociągnięć (powtórzę: rzućcie okiem na rysunki Evely). Kiedy na drugim planie rusza wątek handlu ludźmi i dziewczynek porywanych na sprzedaż przez Krema i innych oprychów rodem z "Mad Maksa", Gillespiemu zwyczajnie brakuje klasy (oraz, zwyczajnie, czasu), by udźwignąć tematyczny ciężar. Komentarz społeczny jest tu tylko kostiumem, więc reżyser, zamiast być problematyzować, ociera się o eksploatowanie. I jasne, Krem już w komiksie Kinga był czarnym charakterem granym na jednej nucie – może słusznie, czasem trzeba zło nazwać złem, bez jałowego relatywizowania. Ale pod ręką Gillespiego, w przaśnej interpretacji Schoenaertsa, Krem jest zły nie tylko w sensie moralnym.

Skoro o moralności mowa, muszę zaznaczyć, iż nie przepadam też za tym, jak pokazano tu kosmicznego łowcę nagród Lobo, który przypadkowo wplątuje się w krucjatę dwóch bohaterek. Jason Momoa wydawał się castingowym strzałem w dziesiątkę – a zarazem sprytnym wabikiem na chłopaków w "dziewczyńskim" filmie. Ale jakimś cudem bliżej było mu do Lobo, kiedy grał Aquamana, niż kiedy gra wreszcie Lobo. Tutaj bowiem przypomina bardziej… Wolverine’a. Sorry, nie to uniwersum, nie ta postać: Lobo powinien być nihilistycznym potworem, a nie cool twardzielem z miękkim podbrzuszem, który życzliwym okiem spogląda na nasze dwie bohaterki. Żeby chociaż faktycznie był cool! Niestety: Momoa wydaje się raczej zmęczony, jakby za długo czekał na tę rolę. Wrażenie zmęczenia udziela się też widzom. Czyżby chodziło o to, iż naszpikowane gagami cool sceny akcji widzieliśmy już w pięciu filmach Jamesa Gunna pod rząd i zwyczajnie mamy dosyć? Tylko, iż hej: w filmach Gunna działały jak złoto.

Jason Momoa
  • Warner Bros. Entertainment Inc.


I może to jest problem uniwersum DC pod kierownictwem Gunna: facet nie wyreżyseruje sam wszystkich filmów. Kiedy oddelegowuje robotę takiemu Gillespiemu, dostajemy zaledwie odbitkę: film frunie sobie względnie sympatycznie, ale w kosmos nie poleci. Gunn, jako szef studia i producent, pewnie robił, co mógł. Ale jest przede wszystkim reżyserem, dopiero potem korporacyjnym urzędnikiem – choćby jeżeli chwilowo urzęduje na stołku w korporacji. I chociaż "Superman" mu absolutnie wyszedł, chociaż trafił z wyborem Milly Alcock, chociaż zapowiadany na przyszły rok "Man of Tomorrow" pewnie też będzie super, trudno nie oglądać "Supergirl" jako świadectwa wyczerpania pewnej formuły: czy to superbohaterskiej czy szerzej, blockbusterowej.

Szkoda. Szkoda tym bardziej, iż to któryś z kolei film o superbohaterce, który pogrąża korporacyjna ostrożność. Sęk w tym, iż kiedy wydajesz na film dwieście razy więcej niż wydano na podbijającą właśnie box-office "Obsesję", kusi, by chwycić się sprawdzonej formuły: trzeba przecież jakoś ograniczyć ryzyko. Ale nie wiem, czy kręcąc nijakszy i koniec końców słabszy film, nie ryzykujesz aby bardziej. Czy te 170 milionów dolarów było warte tego, żeby Milly Alcock naczytała się o sobie w internecie, jaka to jest rzekomo "brzydka"? Przetrwać cykl promocyjny blockbustera – to dopiero wymaga prawdziwej girl power.
Idź do oryginalnego materiału