Adrian Wykrota: Czym jest dla ciebie muzeum? Czy to kolekcja sztuki, instytucja kultury, miejsce nauki, czy może nieco filozoficznie – repozytorium życia i śmierci?
Anna Kędziora: Zanim zaczęłam pracować nad projektem „Gabinet”, muzea były dla mnie dość neutralną przestrzenią. Często korzystałam z ich zasobów, odwiedzając głównie muzea sztuki, w tym sztuki użytkowej. Muzea historii naturalnej również, ale początkowo nie nakładałam na nie filtra badawczego.
Kluczowe dla zmiany mojego spojrzenia były dwa wydarzenia. W 2016 roku w Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie trafiłam na odnowioną salę tak zwanej „kolekcji mokrej”. To niesamowite miejsce – wydzielona przestrzeń, swoisty szklany pokój z półkami od góry do dołu, wypełnionymi słojami z preparatami mokrymi: ciałami miękkimi, rybami, płazami. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie.
Później, po lekturze książki „Szóste wymieranie. Historia nienaturalna” Elizabeth Kolbert, dowiedziałam się o losie alki olbrzymiej. Wiemy dokładnie, kiedy i przez kogo został zabity jeden z ostatnich osobników tego gatunku. Będąc na Islandii, w Instytucie Historii Naturalnej w Reykjavíku, miałam możliwość zobaczenia tego konkretnego eksponatu.

fot. Anna Kędziora
Jednak punktem zwrotnym było nieformalne zaproszenie do części magazynowej. Kustosz otwierał przede mną szuflady, w których nagromadzenie ptasich ciał było tak porażające, iż pojawiła się myśl: po co zbiera się te ciała w takiej ilości?
W muzeach sztuki przyzwyczajeni jesteśmy do pojedynczych egzemplarzy. W muzeum przyrodniczym nagle okazuje się, iż tych egzemplarzy muszą być setki. Widząc tę kumulację śmierci zwierząt, poczułam, iż to nie jest już neutralna przestrzeń.
W momencie, w którym zobaczyłam, jak wyglądają magazyny – czyli część badawcza – a jak wygląda część ekspozycyjna, gdzie wszystko jest steatralizowane, ułożone pod oko widza i dla przyjemności oglądania, dostrzegłam mnóstwo pęknięć i paradoksów w obrazie tej instytucji. Wtedy rzeczywiście ujawniła się ta dychotomia repozytorium życia i śmierci.
AW: Mamy zatem do czynienia z estetyzowaniem śmierci? Przypomina mi to stare portrety trumienne, na których osoby zmarłe „stylizowano” i fotografowano w taki sposób, by wyglądały jak żywe.
AK: Tak, to nawiązuje do momentu, w którym fotografia była medium tak niedostępnym i niecodziennym, iż odchodzący członek rodziny był pośmiertnie „zapraszany” do zdjęcia. Często dotyczyło to zmarłych dzieci – ustawiano je, pozowano, wręcz otwierano im oczy, żeby powstało to ostatnie, a często i pierwsze, wspólne rodzinne zdjęcie.
AW: Od lat prowadzisz badania wizualne z wykorzystaniem fotografii. Czy uważasz, iż to adekwatne medium do tego typu poszukiwań?
AK: W ostatnich latach, kiedy pracuję z fotografią badawczo, na pierwszy plan wysuwa się materialność zgłębianych obszarów. Fotografia jest w tym momencie idealnym medium – pozwala zatrzymać oko na dłużej, umożliwia bardziej detaliczną obserwację. Środki, które stosuję, są zwykle bardzo proste; mają na celu wyłowienie szczegółów i śladów badanych zjawisk.
Jednak fotografii w pewnym momencie się dla mnie wyczerpuje. W moich trzech ostatnich realizacjach zawsze pojawiają się elementy dodatkowe – zwykle przestrzenne, sięgam po inne środki wyrazu. Fotografia jest moim medium wyjściowym, pracuję z „fotograficznością”, ale nie chcę się w niej całkowicie zamykać.
AW: Czyli sama fotografia na wystawie nie wystarcza? Musimy wyjść do widza z obiektem, dźwiękiem?
AK: Nie musimy. Jest mnóstwo wspaniałych wystaw, które są czystą fotografią, klasycznie oprawioną, i nie ma w tym nic złego. Po prostu dla mnie ten język nie jest do końca wystarczający. W moim przypadku fotografia na ekspozycji jest podana dość klasycznie, ale towarzyszą jej inne elementy.
Unikam jednak filmu i obrazu ruchomego. Czasem pojawia się dźwięk – jak przy wystawie „Plantae Malum”, gdzie istotny był głos i słowa – ale zależy mi przede wszystkim na materialności niecyfrowej, niezapośredniczonej przez ekran.
AW: Jak trafiłaś na zbiory Muzeum Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego?
AK: To była droga prywatna. Po odkryciach na Islandii i w Berlinie długo nosiłam w sobie ten temat. Dowiedziałam się o wystawie kuratorowanej przez dr. Jacka Małczyńskiego i dr hab. Renatę Tańczuk, w której osoby studenckie kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego dokonywały interwencji w przestrzeni tego muzeum.
Wiedziałam dzięki temu, iż dyrekcja placówki, z prof. Janem Kotuszem na czele, jest otwarta na takie działania. Zaproponowałam wstępne spotkanie i rekonesans, nie wiedząc jeszcze, co tam znajdę i jak daleko zostanę dopuszczona. Mój pomysł ewoluował wielokrotnie w trakcie pracy.
AW: Co znajduje się w kolekcji tej instytucji?

fot. Adrian Wykrota
AK: Muzeum słynie z ogromnej, w dużej mierze przedwojennej kolekcji ornitologicznej, z którą właśnie pracowałam. Jest też potężne herbarium (znajdujące się w oddzielnym budynku), zbiory entomologiczne, kolekcja bezkręgowców, gady, płazy, ssaki. Bardzo prężnie rozwija się kolekcja ichtiologiczna.
Co ważne – profil instytucji i to, który dział jest najbardziej „żywy”, zależy od naukowców, którzy w danym momencie tam pracują. To ludzie ożywiają te konkretne kolekcje.
AW: Ty skupiłaś się na dziale ornitologicznym, prawda? W tle tych zbiorów jest też interesujący wątek historyczny – to kolekcja poniemiecka.
AK: Tak, to było dla mnie bardzo istotne. Od razu, podczas pierwszej wizyty zostałam wyposażona w książkę o historii muzeum autorstwa Jadwigi Wiktor. Zaczyna się od opowieści o niemieckich naukowcach, którzy zakładali tę instytucję w 1814 roku. Budynek jest młodszy, ale powstanie samej instytucji to początek XIX wieku i wybitnie niemiecka działalność naukowa.
Był to dla mnie duży kontrast wobec tego, jak o „poniemieckości” mówi się w Poznaniu. Kiedy wiedziałam już, iż wystawę zrealizuję w Centrum Kultury Zamek, doszły kwestie architektury. Muzeum we Wrocławiu i Zamek w Poznaniu to budynki projektowane w zasadzie za czasów tego samego władcy, ale z zupełnie inną myślą. Te punkty wspólne i różnice historyczne były dla mnie ważne.
AW: Obcowałaś głównie ze spreparowanymi ciałami zwierząt. Czy to było trudne doświadczenie?
AK: Idea kumulacji ciał i zadawanej śmierci jest przytłaczająca i była punktem zapalnym do działania. Jednak w momencie pracy, kiedy skupiałam się na konkretnych ciałach, nie na „egzemplarzach” czy „gatunkach”, ale na indywidualnych bytach, dostrzegałam ich piękno.
Oczywiście, to skrót myślowy – śmierć sama w sobie nie jest piękna, ale to, co pozostało, te ciała są piękne. Przytłaczający jest moment, w którym widzimy ich masę. Kiedy oglądamy je pojedynczo, kontakt jest inny. Trudno mi było zakończyć to działanie; to pewnego rodzaju pułapka.
AW: Jak wyglądał sam proces fotografowania? Wyciągałaś obiekty z magazynów?

fot. Anna Kędziora
AK: Stosowałam dwie metody. To, co widzimy w pierwszej części wystawy, to ptaki, które odwiedzałam w szafach magazynowych. Nie dokonywałam tam żadnych ingerencji, nie wprowadzałam sztucznego światła, nie aranżowałam – to naturalna rejestracja.
Natomiast te intensywne, nasycone kolorystycznie, „laboratoryjne” kadry przedstawiają ptaki z kolekcji badawczej. One są spreparowane tak, by służyły naukowcom, ich „muzealny żywot” jest zaprojektowany pod wnikliwe oko badacza. Te egzemplarze, za zgodą kustosza pana Jana Lontkowskiego, wyjmowałam z kartonów i przenosiłam do muzealnego studia.
AW: Tytuł wystawy to „Gabinet”. Co się pod nim kryje?
AK: Gabinet ma wiele znaczeń. W pierwszym odbiorze to miejsce sprawowania władzy – tak jak na przykład Gabinet Owalny, gabinety władców, miejsce podejmowania decyzji, także tych kolonialnych. Ale to też miejsce pracy, badań, testów, produkcji wiedzy i preparowania. Nie da się także uniknąć skojarzeń z gabinetami osobliwości (Kunstkammer), które często stanowiły podwaliny państwowych muzeów historii naturalnej.
AW: Wystawa w CK Zamek wykorzystuje historyczne przestrzenie i dzieli się na mniejsze opowieści. Aranżacja ekspozycji współgra z architekturą?
AK: Mieliśmy do dyspozycji wyjątkową przestrzeń: Galerię Fotografii pf oraz trzy historyczne komnaty Wilhelma II – Salę Orzechową, Brzozową i Marmurową. Zaczynamy opowieść w salach historycznych, a kończymy w Galerii pf, która paradoksalnie wydaje się najbardziej „gabinetowa” – jest tam najwięcej testowania, sprawdzania i kontrolowania.
Zestawienie skromnego, utylitarnego budynku muzeum wrocławskiego z Zamkiem w Poznaniu, projektowanym z rozmachem jako symbol władzy (nie dla ludzi, a wobec poddanych), stworzyło bardzo spójną opowieść. Te sale nie przytłoczyły prac, ale zaczęły z nimi współtworzyć narrację.
AW: Dlaczego osoby artystyczne tak chętnie sięgają dziś po temat muzeów i kolekcjonowania? Robisz to ty, robiła to Agnieszka Rayss, Diana Lelonek czy Michał Sita.

fot. Anna Kędziora
AK: Myślę, iż łączy nas praca z czymś na pograniczu bycia w kolekcji i bycia poza nią. To chęć dokonania reinterpretacji, wyjęcia fragmentów kolekcji z ich pierwotnego kontekstu i nadania im nowego znaczenia. Ten dialog z istniejącą opowieścią muzeum jest bardzo kuszący.
AW: Wróćmy na koniec do twoich początków [śmiech]. Co przyciągnęło cię do fotografii?
AK: Pierwsze wspomnienie to tata i jego ciemnia w kuchni babci – czerwone światło, kuwety. Fizyczna obecność fotografii była w moim domu czymś naturalnym. Choć z rozsądku najpierw skończyłam studia lingwistyczne, fotografia była wyborem serca.
Nie powiedziałabym jednak, iż adoruję to medium. Jest moim wizualnym kręgosłupem, ale nie czuję się z nim niewolniczo związana. Wolę określenie, iż pracuję z fotografią, a nie iż ją wykorzystuję. jeżeli jest ona głównym medium prowadzącym opowieść, uzupełnianym przez inne formy, staje się idealną towarzyszką moich badań.
AW: Czy w dobie cyfrowego natłoku obrazów przez cały czas potrzebujemy doświadczenia dzięki medium fotografii?
AK: Pracując na uczelni, obserwuję wśród osób studenckich ogromny powrót do analogowości, potrzebę materialności i spowolnienia procesu twórczego. Ja sama od lat nie korzystam z fotografii analogowej, u źródła moje obrazy są cyfrowe. Jednak najważniejsze jest to, iż nie zatrzymuję się na cyfrowej rejestracji. Te obrazy materializują się na wystawie – mają swoją skalę, fakturę, wchodzą w relację ze światłem i przestrzenią.
Sytuuję się gdzieś pomiędzy korzeniami ciemniowymi a cyfrowym zalewem obrazów. W moim procesie nie ma pośpiechu, jest zatrzymanie. Moment spotkania z widzem jest fizyczny, materialny. Trzeba tego doświadczyć w danym miejscu, a nie tylko przesuwając palcem po ekranie telefonu.
AW: Czyli nieważne, jaką techniką, a istotne, o czym opowiadamy?
AK: Ważne jest, o czym, a równocześnie ważne jest, jak komunikujemy to ostatecznie odbiorcy. To, czy zdjęcie zrobiono telefonem, puszką czy drogim aparatem, nie ma znaczenia. Liczy się forma, w jakiej przekazujemy nasze opowieści.
Anna Kędziora – artystka wizualna, adiunkta na Wydziale Fotografii na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. Osią jej poszukiwań twórczych jest krajobraz rozumiany jako proces i sieć relacji między ludźmi (choć nie tylko) a miejscem, w różnych kontekstach – historycznym, społecznym, ekologicznym. W swojej praktyce artystycznej bada ślady po człowieku odciśnięte w relacjach z istotami nie-ludzkimi, w nieożywionej materii miejsc i żywej tkance przyrody. W najnowszych realizacjach przygląda się materialnym historiom okazów funkcjonujących w obiegu muzealnym, analizując instytucjonalne uwikłania zachodnich systemów produkcji wiedzy w konteksty biologiczne, polityczne i kolonialne. Łączy pracę i badania w terenie, działania studyjne oraz poszukiwania archiwalne. Głównym medium, od którego wychodzi, jest fotografia i myślenie fotograficzne, w swoich realizacjach wykorzystuje także, między innymi, ceramikę i szkło. Uczestniczka rezydencji artystycznych w Hiszpanii, Tajlandii, Francji, prezentowała swoje prace na wystawach indywidualnych, zbiorowych oraz na konferencjach w Polsce, Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Grecji, Walii, Szwecji, Indonezji, Korei, Słowacji, Portugalii, Słowenii, na Białorusi, Litwie, Malcie. Stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury (2021) oraz KPO dla Kultury (2025). Współkuratorka i kuratorka wystaw fotograficznych (m.in. podczas 9. Biennale Fotografii w Poznaniu, 2015; festiwalu TIFF we Wrocławiu, 2016; Europejskiego Miesiąca Fotografii w Berlinie, 2016; Festiwalu Interphoto 2017 w Białymstoku; Miesiąca Fotografii w Rydze, 2019; Chiang Mai Photo Festival w Tajlandii, 2020; Wielkopolskiego Festiwalu im. Ireneusza Zjeżdżałki, 2022). Współorganizatorka międzynarodowego konkursu Poznań Photo Diploma Award (2011–2019).

fot. Sonia Bober
Wystawa „Gabinet” jest prezentowana w Galerii Fotografii pf, Pokoju Orzechowym, Brzozowym i Marmurowym w CK Zamek w Poznaniu. Ekspozycja czynna do 8.03.2026.
