„Pozłacany wiek” wraca z 4. sezonem, a ten pozostało lepszy od poprzedniego. Serial HBO od twórcy „Downton Abbey” ma w sobie jeszcze więcej humoru, ale też mroku, a do tego zachwyca bogactwem w dekadenckim stylu.
Na HBO powraca „Pozłacany wiek„, a ja widziałam już przedpremierowo całość (czyli osiem odcinków) i donoszę, iż jest choćby lepiej niż do tej pory. Zwłaszcza jeżeli w kostiumowym superhicie brakowało wam głębszych refleksji i mroczniejszych wątków. Rewolucji może się nie spodziewajcie, ale skrętu w odważniejszym kierunku – owszem.
Pozłacany wiek sezon 4 – co się zmieniło w serialu HBO?
Jak pewnie pamiętacie, sezon 3 postawił pod znakiem zapytania małżeństwo Berthy (Carrie Coon) i George’a (Morgan Spector) Russellów, po tym jak ona trochę przesadziła w swoich knowaniach, czyniąc główne narzędzie podboju socjety z Gladys (Taissa Farmiga) i jej małżeństwa, zaś on został postrzelony we własnym domu. To wystarczyło, żeby nasz twardy przemysłowiec doszedł do pewnych zupełnie nowych wniosków życiowych, w tym takiego, iż bezwzględność w biznesie nie powinna iść w parze z okrucieństwem wobec własnej rodziny. Co mocno zszokowało jego małżonkę.
„Pozłacany wiek” (Fot. HBO)4. sezon zastaje więc Russellów na rozstajach, i to po kilkumiesięcznym przeskoku czasowym (Gladys już rodzi dziecko), ale nie doprowadza Berthy do załamania czy też przemiany. Nie, ona niczym generał robi po prostu dalej swoje, zarządzając domem i szukając kolejnych zwycięstw nad innymi paniami z socjety. Dopóki którakolwiek z nich jeszcze oddycha, Bertha nie odpuści. Polem bitwy w tym sezonie staje się kolacja z prezydentem Stanów Zjednoczonych, którą ma wydawać ciotka Agnes (Christine Baranski). Jej przeciwniczka z nowobogackiego domu naprzeciwko gwałtownie jednak zauważa, iż ma szansę jej podebrać ten zaszczyt – i taniec zaczyna się na nowo.
Przy okazji 4. sezonu Vulture napisało, iż „Pozłacany wiek” opanował do perfekcji sztukę trywialnego dramatu – co prawdopodobnie jest najtrafniejszą rzeczą, jaką można powiedzieć o serialu HBO, a już zwłaszcza w tym roku. Rozdmuchana poza granice ludzkiego pojmowania drama z prezydencką kolacją to najlepszy przykład. Ten przepyszny, przezabawny, ale i lekko przerażający wątek skrzy się od błyskotliwych dialogów, ostrych wymian zdań i „walk kociaków”, a do tego ma niesamowitą oprawę, zwłaszcza kiedy rzeczony posiłek wreszcie dochodzi do skutku. Serial HBO ma już za sobą wystawne sceny ze stołami uginającymi się od jedzenia, ale takiego teatru z kelnerami dzierżącymi wypakowane po brzegi tace i ludzkimi emocjami buzującymi pomiędzy przystawką a (spóźniającym się) daniem głównym jeszcze nie było.
Pozłacany wiek sezon 4 – hit HBO ma nowy duet gwiazd
O ile jednak poprzednie sezony w dużej mierze upływały pod znakiem lekkiego melodramatu z mocnym dodatkiem humoru i typowej dla Juliana Fellowesa (twórcy „Downton Abbey„) nostalgii za tym, co już nie wróci, ten – niczego oczywiście nie rewolucjonizując – skręca w paru momentach w mroczniejszym kierunku. Począwszy od koszmarnego porodu Gladys w 1. odcinku, przez upadek George’a, aż po historię Peggy (Denée Benton), której happy end nabiera słodko-gorzkiego wymiaru, „Pozłacany wiek” zapuszcza się w rejony, których wcześniej się obawiał. Nie tracąc nic z tego, za co pokochaliśmy styl Fellowesa – a umówmy się, nie pokochaliśmy go za złożoność charakterów czy realistyczne portretowanie epoki – serial HBO to i owo pogłębia, rozpoczynając dyskusje, na które jeszcze rok temu nie miał odwagi.
„Pozłacany wiek” (Fot. HBO)To nie jest oczywiście tak, iż nagle oglądamy inny serial, ale zmianę tonu da się wyczuć. W 4. sezonie choćby typowo rozrywkowe wątki mają w sobie głębsze dno społeczne, a wystawna drama przestaje być atrakcją samą w sobie. Przynajmniej w jakimś stopniu. Tak jest zwłaszcza z George’em Russellem staczającym w tym sezonie walkę z własnymi demonami – walkę, która choćby współcześnie w przypadku mężczyzny u władzy byłaby tematem tabu. Takich wątków znajdzie się w serialu więcej, w tym jeden, o którym za wcześnie mówić w tym momencie. Koniec końców nie spodziewajcie się jednak rzeczywiście odważnych rozwiązań – Fellowesa można kochać albo nie, ale nie można oczekiwać, iż nagle zmieni się o 180 stopni i zacznie pisać zupełnie inaczej.
Wśród mniej i bardziej rozrywkowych wątków mamy więc ciąg dalszy romansowego rollercoastera Larry’ego (Harry Richardson) i Marian (Louisa Jacobson), nową znajomość ciotki Ady (Cynthia Nixon) czy kolejny rozdział historii Jacka (Ben Ahlers) i jego American dream. Jednym z najlepszych wątków okazuje się jednak ten należący do dwójki bohaterów do tej pory egzystujących na drugim planie – czyli Oscara (Blake Ritson) i Enid (Kelley Curran), którzy w finale 3. serii postanowili razem podbić świat.
„Pozłacany wiek” (Fot. HBO)Po paru miesiącach „narzeczeństwa” swoją groźbę spełniają, rozpoczynając pełen czystego funu sezon niekonwencjonalnym weselem i kontynuując zabawę podczas ekstrawaganckich salonów, które zaczynają razem wydawać. Ritson i Curran, niesamowicie zgrani jako „partnerzy w zbrodni”, wpuszczają do „Pozłacanego wieku” tyle świeżego powietrza, iż momentami będziecie mieć wrażenie, jakbyście oglądali zupełnie inny serial. Ich bohaterowie gwałtownie przemieniają się w power couple sezonu, przenosząc tę historię w nowe, niezbadane miejsca. Ich wątek prezentuje się na ekranie wybornie, począwszy od szału kostiumów i scenografii, a skończywszy na nieodpartej chemii, świetnych tekstach, jak i wrażeniu, iż oto oglądamy głód życia w czystej postaci. Dwójkę osób, które po latach bycia niedocenianymi, pogardzanymi i traumatyzowanymi na różne sposoby, sięgają po wszystko i jeszcze więcej. I słusznie.
A kiedy już przyzwyczaicie się do dekadenckich szaleństw w ich towarzystwie, do ich nieprawdopodobnej ambicji i pomysłów jak z „Plotkary”, na ekran wjedzie coś zupełnie innego, coś niepokojącego. Coś, co cały czas czaiło się w tej relacji, tylko i my, i oni uparliśmy się to ignorować. Przed wami fantastyczna jazda, a o Ritsonie i Curran bez większej przesady można powiedzieć, iż to najjaśniejsze gwiazdy tego sezonu. Będziecie z nimi na dobre i na złe, zdumieni, jak gwałtownie przyćmili największe nazwiska.
Pozłacany wiek – sezon 4 jest najlepszy ze wszystkich
Co najważniejsze, „Pozłacany wiek”, mając cztery sezony na karku, ani trochę nie sprawia wrażenia weterana. Podczas gdy znaczna część seriali do tego czasu wypala się i staje się cieniem samych siebie, kostiumowa drama HBO ma się świetnie. Osadzona w gwałtownie zmieniających się czasach (teraz już mamy 1885-1886 rok) fabuła, choć wciąż daleka od nowatorskiej, ma w sobie dość świeżości, byśmy raz jeszcze mogli wkręcić się w te, owszem, zwykle trywialne, ale też przepysznie rozplanowane gierki pomiędzy ludźmi, którzy budują nowy świat. Świat, w którym jakiś czas później odnajdzie się i Fitzgerald, i Capote, i nasza stara dobra znajoma z Upper East Side – Plotkara.
„Pozłacany wiek” (Fot. HBO)Rozmach i przepych, dbałość o szczegóły i skrzące dowcipem dialogi, zamieniane w złoto przez obsadę godną niejednej Emmy, to najlepsze, co „Pozłacany wiek” miał i ma do zaoferowania. Sama historia opowiadana przez Fellowesa ani nie odmieni świata, ani nie zrewolucjonizuje gatunku dramatu kostiumowego – ale w zupełności wystarczy, żeby dobrze się bawić, a od czasu do czasu poczuć też coś więcej. Niezależnie od tego, czy uwielbiacie ambitnych Russellów, czy kibicujecie najsłodszej serialowej parze, która wciąż nie może się zejść, czy pokochacie duet Enid i Oscara, emocji nie zabraknie.
Bez większej przesady można powiedzieć, iż „Pozłacany wiek” jeszcze nigdy nie był tak dobry – pod każdym względem. Realizacyjnie to zawsze była najwyższa półka o iście oscarowym rozmachu, a w tym sezonie rośnie też poziom dramy. Czy to wciąż najbardziej banalny i „najmniej HBO-wski” z ambitnych seriali kostiumowych? Oczywiście. Ale może właśnie dlatego tak trudno mu się oprzeć. Oglądajcie.















