Powrót do Silent Hill – recenzja filmu. Zagubieni we mgle…

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Powrót do Silent Hill to film, na który czekało wielu: nie tylko fani kultowej gry japońskiego studia Team Silent, ale też kinomani spragnieni dreszczyku emocji. Produkcja miała być sequelem Silent Hill z 2006 roku, który sam w sobie nie był najwierniejszą adaptacją, ale potrafił uchwycić ducha serii i zdobyć sympatię widzów. Tegoroczna premiera jest jednak inna… i to pod każdym względem.

Powrót do Silent Hill skupia się na historii Jamesa – artysty pogrążonego w smutku i melancholii po stracie ukochanej dziewczyny – Mary. Pewnego dnia, mężczyzna otrzymuje tajemniczy list napisany pismem zmarłej. Nie myśląc wiele, decyduje się wyruszyć w podróż do tytułowego Silent Hill, wierząc, iż Mary wciąż żyje.

Produkcja próbuje odtworzyć emocjonalny rdzeń znany z gry Silent Hill 2. Film buduje narrację na motywach depresji, traumy, poczucia winy oraz niestabilnej percepcji rzeczywistości. Pojawiają się halucynacje, nielinearność i sugestia, iż miasto może być czymś zupełnie innym, niż początkowo zakładamy. To potencjalnie bardzo interesujący kierunek, pozwalający na świeże spojrzenie na mitologię Silent Hill. Niestety, zamiast intrygującej wieloznaczności dostajemy fabularny chaos, w którym kolejne wątki nie wynikają z siebie nawzajem, ale raczej przypadkowo się zderzają. Film sprawia wrażenie, jakby chciał jednocześnie być dramatem psychologicznym, horrorem, adaptacją kultowej gry i hołdem dla fanów – a przez to, próbując osiągnąć zbyt wiele naraz, nie potrafi w pełni zrealizować żadnej z tych ambicji.

Największą zaletą produkcji pozostaje strona wizualna. Niektóre kadry potrafią naprawdę zachwycić. Scenografia, praca kamery i kompozycja ujęć budują momentami sugestywną, ciężką atmosferę. Wiele z nich przypomina obrazy żywcem wyjęte z gry – scena w łazience, zrujnowane miasto czy opustoszałe szpitale wyglądają świetnie. Problem w tym, iż całość konsekwentnie podkopuje fatalne CGI. Potwory poruszają się nienaturalnie, animacje wyglądają tanio, a efekty specjalne przywodzą na myśl produkcje sprzed dekady. Zamiast źródła niepokoju pojawia się groteska, która skutecznie wybija z klimatu strachu i napięcia.

Równie rozczarowujące okazuje się aktorstwo, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe. Jeremy Irvine jako James jest zbyt przezroczysty, a momentami zachowuje się wręcz sztucznie. Oglądając jego poczynania, trudno stwierdzić, czy rzeczywiście walczy on z własnymi demonami, czy raczej przyjmuje rolę dziecka zagubionego we mgle. Jego działania często pozbawione są logiki, a wybory, których dokonuje, przypominają prosty foreshadowing fabuły, za którą James podąża niczym za rozwijaną włóczką. Zamiast bohatera, z którym można się utożsamić, dostajemy figurkę przesuwaną od sceny do sceny.

Relacja z Mary również nie wybrzmiewa dostatecznie mocno, przez co najważniejsze tematy straty, winy i żałoby niemal nie istnieją – aż do wielkiego finału. Choć tam ich wspólna historia zostaje przedstawiona po łebkach, co wyjątkowo rozczarowuje. Podobnie zresztą jak bohaterowie drugoplanowi, którzy mają jeden cel: wypowiedzieć kilka kwestii i zniknąć. Praktycznie żadna z postaci nie zostaje rozwinięta, nie wspominając już choćby o ich przeszłości, o której nie wiemy nic. Co prawda, zakończenie stara się wyjaśnić ten zabieg, choć robi to wyjątkowo nieudolnie. Szkoda, bo ludzie, których spotyka po drodze James, wyraźnie mają więcej do zaoferowania – chociażby mogąc wpłynąć w jakiś sposób na zachowanie bohatera. Niestety, zamiast tego dostajemy kartonowe wycinki, które biernie udają mieszkańców miasteczka.

fot. kadr z filmu

Na osobne omówienie zasługuje stosunek filmu do materiału źródłowego. Zmienione postacie, uproszczone symbole i przekształcone motywy mogą zirytować fanów Silent Hill 2. Produkcja często sprawia wrażenie, jakby bardziej interesowała się cytowaniem ikonografii gry – potworami, charakterystycznymi lokacjami czy rozpoznawalnymi rekwizytami – niż zrozumieniem ich znaczenia. Bestie pełnią tu głównie rolę straszaków i wizualnych easter eggów zamiast psychologicznych projekcji wewnętrznych demonów bohatera. W efekcie Silent Hill traci swoją metaforyczną głębię, za którą tak ceniłem pierwszą część. Tutaj Powrót do Silent Hill pozostaje jedynie ładną, ale pustą dekoracją.

Największym problemem Powrotu do Silent Hill jest to, iż film ma naprawdę dobre pomysły, ale nie potrafi ich udźwignąć. Produkcja próbuje być ambitna, wielowymiarowa i poruszająca, ale tonie we własnym chaosie narracyjnym, słabym CGI i nijakim aktorstwie. Momentami potrafi zachwycić obrazem, ale równie często irytuje nieprzemyślanymi decyzjami fabularnymi oraz wyjątkowo rozczarowującym finałem.

fot. kadr z filmu

Gdyby potraktować ten film jako adaptację Silent Hill 2, mielibyśmy do czynienia z dziełem powierzchownym i zagubionym. jeżeli zaś jako samodzielny horror – będzie to nijaka produkcja z kilkoma ciekawymi obrazami. Tyle. Więcej tu zmarnowanych możliwości, irytujących wątków i efektów specjalnych, od których bolą oczy niż faktycznie dobrej historii, która wciąga, przeraża i wzrusza. Silent Hill zasługuje na coś więcej niż ładne kadry i niedopracowany koszmar. Być może przyszłość przyniesie adaptację, która naprawdę zrozumie, iż największy strach nie czai się w potworach, ale w ludzkiej psychice. Tym razem jednak pozostaje niedosyt i poczucie, iż z tej mgły mogło wyłonić się coś znacznie lepszego.


fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału