Pierwsza ekranizacja Silent Hill to jeden z najlepszych przykładów udanego przetłumaczenia języka gry wideo na język kina, ale sequel z 2012 roku okazał się rozczarowaniem i od tego czasu nikt nie podjął wyzwania powrotu do tego upiornego miasteczka. Aż do teraz.
Wydawać by się mogło, iż fani pierwowzoru mogą odetchnąć z ulgą, bo za kamerę wrócił reżyser „jedynki”, Christophe Gans. Najwyraźniej jednak ostatnie trudne półtorej dekady dało mu się zbyt mocno we znaki. Jego Piękna i bestia z 2014 roku została chłodno przyjęta, a w dodatku każdy projekt, w jaki się później angażował z jakiegoś powodu został skasowany. Miał nakręcić ekranizacje gier Onimusha i Fatal Frame, ekranizację komiksu Corto Maltese, a choćby oryginalny sequel Silent Hill – wszystkie ostatecznie lądowały w koszu, zostawiając w filmografii Francuza wieloletnią wyrwę.
Kadr z filmu „Powrót do Silent Hill” / Kino ŚwiatW międzyczasie jego pierwsza podróż do Cichego Wzgórza zyskała nowych, młodszych fanów i status filmu kultowego, mimo średnich i negatywnych recenzji tuż po premierze (jak to z kultowymi filmami często bywa). Wielu zachwalało wierność materiałowi źródłowemu, a także doskonałe wyczucie nastroju, więc po Powrocie do Silent Hill oczekiwano co najmniej utrzymania podobnego poziomu. Sam zresztą ślepo poddałem się przekonaniu, iż tak musi być i w trakcie seansu najpierw wmawiałem sobie, iż jest nieźle, później, iż nie aż tak źle, ale mniej więcej w połowie trudno było się dalej oszukiwać. Ani Piramidogłowy, ani Abstrakcyjny Tatuś czy inne zmory z tego świata nie są tak straszne, jak walka o wytrwanie do napisów końcowych.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, strach nie jest emocją, jaką horror musi wywoływać. Kluczowa jest raczej symbolika śmierci, która może być podana na różne sposoby. Chociażby komediowy, jak w Martwym złu czy Powrocie żywych trupów. Gatunek jest różnorodny, ale o ile chodzi o samo Silent Hill, to groza stanowi jego immanentny, fundamentalny element. Nie mam bardziej przerażającego doświadczenia w graniu od przechodzenia pierwszej części w wieku trzynastu-czternastu lat. Atmosfera, wyjątkowa konstrukcja świata przedstawionego, zaskakujące ujęcia i szokujące rozwiązania (chociażby niemożliwa do uniknięcia śmierć w pierwszych minutach gry) – dzięki temu ta seria podbiła bijące w nerwowym tempie serca na całym świecie i z pewnością w oczekiwaniu na podobne emocje większość osób sięgnęła po film.
Kadr z filmu „Powrót do Silent Hill” / Kino ŚwiatNiestety, horroru adekwatnie tutaj nie ma, o ile odjąć dwie-trzy tanie zagrywki przy użyciu jump scare’ów, co jest winą zarówno scenariusza, jak i wyboru oprawy wizualnej. Ten pierwszy kuleje pod wieloma względami, od dialogów tak fatalnych, iż te z ostatniego sezonu Stranger Things zaczynają przypominać przy nich poezję, po zbrodnie dokonywane na elementarnych zasadach logiki. Trudno na przykład odczuć realną grozę, kiedy James (Jeremy Irvine) i Maria (Hannah Emily Anderson) bawią się w kotka i myszkę wokół samochodu z tak zwaną „leżącą postacią”, choć dookoła nie ma żadnego innego zagrożenia, jest natomiast otwarta przestrzeń, umożliwiająca łatwą ucieczkę. Tym trudniej zawiesić w tej sytuacji niewiarę, iż kilka scen wcześniej ten sam bohater przedzierał się przez cały tłum podobnych kreatur.
Być może dałoby się to zakamuflować z odpowiednio odwzorowanym klimacie, ale jakimś sposobem efekty specjalne nie wyglądają lepiej od tych z Silent Hill sprzed dwudziestu lat. Próżno tutaj szukać specyficznej dla tego świata makabry, mroku i brudu. Odgłosy kroków stąpających po podłodze z kraty wydają znajomy dźwięk, ale ona sama wygląda jak pomalowana farbą w ramach niskobudżetowej inscenizacji teatralnej. Ulice są zbyt sterylne i rozmyte, a przeciwnicy… Kto obejrzy ten film bez przejścia całej drugiej części gry, koniecznie musi porównać starcia z ostatnim bossem w obydwu wersjach. To filmowe trudno opisać innym słowem niż profanacja. Odrobinę mniej dotkliwa tylko dlatego, iż po półtorej godziny wpatrywania się w coś, co wygląda jak maleńka obsada grająca na tle green screena rozłożonego w salonie reżysera, zobojętnienie sięga tak wysokiego poziomu, iż choćby gdyby Gans zdecydował się na zekranizowanie dodanego do gry jako ciekawostka i żart zakończenia z kosmitami, nie byłoby już gorzej.
Kadr z filmu „Powrót do Silent Hill” / Kino ŚwiatŻeby tym paskudnym scenom towarzyszyła przynajmniej interesująca fabuła, może dałoby się przymknąć na nie oko, jak przy wielu znakomitych produkcjach klasy B. Scenarzyści William J. Schneider i Sandra Vo-Anh – znani odpowiednio z ostatniego wcielenia Kruka oraz Pięknej i bestii Gansa, ich jedynych pozycji w filmografii – kompletnie jednak odlecieli w halucynogennych wizjach. Głównemu bohaterowi co rusz nakazują tracić przytomność i budzić się w kompletnie innym miejscu, kiedy zagrożenie dla jego życia staje się zbyt duże, a te omdlenia ex machina zostawiają ogromne dziury w historii. Usilnie zapycha się je symboliką desperacko próbującą imitować kino artystyczne, ale rezultat za każdym razem trąci kiczem. W grze również było sporo nadnaturalnych rozwiązań, ale jej główny wątek w wersji z 2024 roku rozłożono na blisko dwadzieścia godzin. Każdy element miał czas, by dojrzeć i nabrać istotnego znaczenia. Dzięki emocjonalnej głębi i ciężarowi treści, powstało wyjątkowe doświadczenie stanowiące wzór dla psychologicznego horroru. U Gansa to tylko nieskładne, nic nieznaczące obrazki.
Jedyne powody, jakie przychodzą mi do głowy, by nie ocenić Powrotu do Silent Hill jeszcze niżej to istnienie takich filmów jak Dom śmierci Uwe Bolla, Las samobójców Jasona Zady albo Ludzka stonoga Toma Sixa. Niestety, Christophe Gans zdołał się wzbić tylko odrobinę ponad ich niziutki poziom.
Korekta: Michalina Nowak

















