Nic nie rozpala masowej wyobraźni tak jak kobiety, które zabijają, więc i „Potwór” musiał w końcu zmienić płeć. 4. sezon, czyli „Historia Lizzie Borden” podbija top 10 Netfliksa, a my sprawdzamy, jak źle jest tym razem.
„Lizzie swą matkę, jak głoszą wieści, dziabnęła toporkiem razy czterdzieści. Potem zaś tatę, kiedy spał, dziabnęła razy czterdzieści dwa” – głosi rymowanka, którą świetnie znają wszystkie amerykańskie dzieciaki (tak adekwatnie to w oryginalnej wersji jest „czterdzieści jeden”, ale przecież nie chodzi tu o prawdę, tylko żeby było fajnie, nie?).
O bohaterce tego makabrycznego wierszyka powstało mnóstwo mniej i bardziej ambitnych/tandetnych dzieł popkultury, a jednak Ryan Murphy i jego bliski współpracownik Ian Brennan – autor scenariusza do wszystkich odcinków, tak jak w przypadku sezonu o Edzie Geinie – nie mogli jej odpuścić. Co z tego wyszło?
Potwór sezon 4 – kim naprawdę była Lizzie Borden?
Wyszło z tego to co zwykle, czyli popkulturowy miks – a może rzyg, odnosząc się do pewnej charakterystycznej sceny z zupą w roli głównej – tak kuriozalny, iż aż interesujący. Unurzany w sztucznej krwi festiwal campu, gore’u i przesadzonej poza granice rozumu obrzydliwości połączony ze słodką, w stu procentach zmyśloną bajeczką o romansie dwóch kobiet w XIX-wiecznych okolicznościach przyrody, specyficzną wersją feminizmu i dziwną wycieczką do lat 80. XX wieku. Spróbujmy to rozpakować, zaczynając od faktów i tego, kim jest bohaterka 4. sezonu serialu „Potwór„.
„Potwór: Historia Lizzie Borden” (Fot. Netflix)Lizzie Borden, którą w antologii Netfliksa gra Ella Beatty („Konflikt”), to pochodząca z dość zamożnej rodziny Amerykanka z małego miasteczka Fall River w Massachusetts, która w 1892 roku – miała wtedy 32 lata, gdybyście byli ciekawi – chwyciła za siekierę i zabiła ojca oraz macochę. A adekwatnie: podobno chwyciła i zabiła, bo w trakcie procesu o morderstwo oczyszczono ją z zarzutów, a stuprocentowej pewności co do tego, w jaki sposób doszło do makabry w porządnym domu w Nowej Anglii, nie ma do dziś.
Borden nie tylko nie poszła do więzienia, ale i dożyła w rodzinnym miasteczku dojrzałego wieku (zmarła na zapalenie płuc, mając 66 lat) i już za życia została kimś w rodzaju może jeszcze nie popkulturowej ikony, ale z pewnością osoby, która rozpalała wyobraźnię milionów Amerykanów. Jako iż nie wiemy wszystkiego na sto procent, a internet pęka w szwach od teorii, Brennan, Murphy i spółka mogli zrobić bardzo wiele z historią Lizzie Borden. I zrobili – tak jak to mają w zwyczaju. „Potwór: Historia Lizzie Borden” to po części stylowy dramat kostiumowy, po części koszmarne true crime, lesbijska fantazja, dramat sądowy, a choćby cięta satyra. Takiej dawki humoru jeszcze w „Potworze” nie było i bez większej przesady można powiedzieć, iż to najlżejszy sezon.
Potwór: Historia Lizzie Borden – jak wypada sezon 4?
Według krytyków, którzy już zdążyli ocenić „Potwora: Historię Lizzie Borden” (screenerów tradycyjnie nikt z nas nie dostał, ani w Polsce, ani nigdzie), jest to też drugi najlepszy sezon, po tym o Jeffreyu Dahmerze. Drugi najlepszy oczywiście nie oznacza dobry – przeciwnie, mowa o oszałamiających 50% pozytywnych ocen na Rotten Tomatoes i odbiciu się od totalnego dna, jakim była „Historia Eda Geina”. Z grubsza jestem w stanie się z tym zgodzić – „Potwór” rzeczywiście bywał już znaczne gorszy niż teraz, co nie znaczy, iż sezon 4 nie jest potworkiem, równie przekłamanym i szkodliwym co poprzednie serie, choć faktycznie znacznie łatwiejszym do wciągnięcia. Możemy to potraktować jako zaletę, bo większych, obawiam się, tu nie uświadczymy.
„Potwór: Historia Lizzie Borden” (Fot. Netflix)Serial Netfliksa bardzo mocno idzie w narrację, iż Lizzie wychowała się w domu jak z horroru, z karykaturalnym ojcem (Charlie Hunnam, trudny do rozpoznania po kreacji Eda Geina) prowadzącym wyjątkowo makabryczny zakład pogrzebowy i złą macochą jak z kreskówki (Rebecca Hall, „The Beauty”) zamieniającymi jej życie w piekło. Kiedy więc w domu pojawia się Bridget (Vicky Krieps, „Nić widmo”), wolnomyślicielska służąca, mająca za sobą epizod w Paryżu, Lizzie nie traci czasu i bierze sprawy w swoje ręce, a my mamy jej najwyraźniej kibicować, żeby skutecznie zamordowała rodziców i jej za to nie wsadzili za kratki. I ta część jest mniej więcej zgodna z rzeczywistością.
Począwszy jednak od romansu obu kobiet, a skończywszy na udziale Bridget w morderstwie, 4. sezon „Potwora” to zwykłe zmyślactwo, choć niekoniecznie nieatrakcyjne do oglądania. Wręcz przeciwnie, po wyłączeniu mózgu łyka się te bzdury jak pelikan i prosi o więcej. Ale na jakimś etapie myślenie wrócić musi, bo, jak to już z tą antologią bywa, kiedy patrzymy na pewne rozwiązania i brniemy w bajkę o niewinnym dziewczęciu, które nie miało normalnego życia, coś w nas zaczyna się buntować.
Niby Brennan i Murphy nie negują morderstw, niby nie robią z bohaterek – w tym także Aileen Wuornos (Sarah Paulson), potworzycy z lat 80. XX wieku, która w pewnym momencie wjeżdża na ekran trochę bez ładu i składu, no ale skoro jest największą fanką Lizzie na planecie Ziemia, to widać jest w tym głębszy sens – niewiniątek, ale jednak w spiętrzonych usprawiedliwieniach jest coś bardziej choćby niesmacznego niż w nieszczęsnej reakcji na zupę z 2. odcinka. I Lizzie, i Bridget są więc tutaj uciskane, dręczone i upokarzane na tysiąc możliwych i kilka tysięcy niemożliwych sposobów, a my widzimy, jak, gdzieś pomiędzy seksownymi fantazjami, rodzi się w nich jakże słuszny bunt i chęć odwetu. I tylko uroczego wykonania „Cell Block Tango” brak.
„Potwór: Historia Lizzie Borden” (Fot. Netflix)Poprzez głośny proces, też trochę jak z „Chicago”, owocną przyjaźń z aktorką Nance O’Neill (Jessica Barden, „The End of the F***ing World”) i późniejszą działalność prokobiecą, w mieścinie w Massachusetts rodzi się legenda, która żyje i fascynuje do dziś. A twórcy „Glee”, „American Horror Story” i innych popkulturowych cukiereczków, z lubością zamieniają ją w mocno doprawiony feminizmem manifest o tym, dlaczego kobiety zabijają. Jedyny problem? To nie „Chicago”, to prawdziwa historia prawdziwej psychopatki, która naprawdę zamordowała siekierą prawdziwych rodziców. O sprawie Aileen Wuornos i wmiksowaniu jej w serial o Lizzie Borden wolę choćby nie myśleć, bo szukanie dla niej usprawiedliwień wykracza dla mnie poza hasło „to niepokojące”.
Potwór: Historia Lizzie Borden – czy warto oglądać?
Czy warto w takim razie oglądać serial Netfliksa? Nie, nie i jeszcze raz nie. Tego poziomu zakłamywania historii prawdziwych morderców i tego poziomu bezczelnej hipokryzji („to wy tworzycie te legendy, bo się tymi ludźmi fascynujecie” – mówią do widzów, jednocześnie zamieniając historie zbrodniarzy w atrakcyjne popkulturowe bajeczki), jaki uprawiają Brennan z Murphym, nie da się usprawiedliwić absolutnie niczym. Nie można patrzeć na kolejne sezony przez pryzmat tego, czy Evan Peters, Charlie Hunnam i Ella Beatty grają dobrze (a, owszem, grają) albo czy kostiumy są lepsze niż w „Lalce” (są przynajmniej tak samo dobre). Albo czy satyra społeczna trafia we adekwatne punkty (w „Historii Lizzie Borden” jest sporo momentów, kiedy trafia, tylko co z tego?).
Nie da się tak po prostu przejść do porządku dziennego nad faktem, iż nie oglądamy ani drugiego „Chicago”, ani „Riverdale”, ani „Dextera”, oglądamy historię true crime, tak przeinaczoną, tak mocno podsuwającą „właściwe” diagnozy, iż aż budzącą sprzeciw w każdym, kto jest w stanie przyswoić prosty fakt: osoba, z której tutaj próbuje się zrobić skomplikowaną, a przy tym iście tragiczną heroinę, dokonała prawdziwych morderstw. Kropka. Wszechobecna mizoginia i ograniczenia, z jakimi zmagały się kobiety w XIX wieku, to trochę za proste usprawiedliwienie totalnie psychopatycznych zachowań.
„Potwór: Historia Lizzie Borden” (Fot. Netflix)Mężczyźni, którzy stworzyli ten sezon (obok Brennana mamy tu m.in. reżysera Maxa Winklera odpowiadającego za sześć odcinków z ośmiu), sprzedają nam przyjemne, ale mające średni związek z faktami bzdurki, wydając się rozumieć z feminizmu mniej więcej tyle co Joss Whedon, kiedy kazał Buffy Summers rozdawać ideologiczne kopniaki na prawo i lewo. „Potwór: Historia Lizzie Borden” to chyba najmniej powiązana z faktami, a przy tym najbardziej popcornowa wersja życia słynnej morderczyni. Jak bardzo atrakcyjna, pokazuje rzut oka na top 10 Netfliksa. Jak bardzo szkodliwa, smęcą już tylko nieliczni krytycy, bo większość poddała się, jeżeli chodzi o recenzowanie serialu.
Fenomen tego wyjątkowego choćby jak na Netfliksa koszmarka, jakim jest cała antologia „Potwór”, miał i ma się dobrze, właśnie dlatego, iż twórcy nie celują w jakość, a w kontrowersje. I nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Murphy i spółka bawili się tak jeszcze choćby i przez 10 sezonów. Niezależnie od tego, co my tutaj napiszemy, i tak będziecie oglądać. Ale nie zaszkodzi, jeżeli oglądając, od czasu do czasu sprawdzicie fakty przynajmniej na najbardziej podstawowym poziomie. Możecie się nieźle zdziwić.














