Codzienność w reporterskiej pracy Jakuba Szustakowskiego jest różnorodna / Źródło: Jakub Szustakowski (archiwum prywatne)„Fenestra” w tłumaczeniu znaczy okno i to właśnie przez nie Jakub Szustakowski po raz pierwszy spojrzał na świat mediów. Dzisiaj jako reporter newsowy w TVP3 Poznań, codziennie mierzy się ze zróżnicowanymi tematami. A ceną jaką każdego dnia ponosi jest presja czasu. Jak w rutynowej produkcji newsów dać upust własnej kreatywności? I czy obawia się, iż sztuczna inteligencja namiesza na dziennikarskim rynku pracy? O tym opowiedział w rozmowie z naszą dziennikarką Julią Zygmunt.
Mamy 2017 rok. Twój pierwszy rok studiów. Dołączasz do redakcji „Fenestry”. Jak wspominasz swoją działalność w tym medium studenckim?
– Gdzieś na początku roku akademickiego i też mojej przygody z wydziałem, na przedmiocie gatunki dziennikarskie każde medium mogło reklamować swoją redakcję. Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie, dlaczego zdecydowałem się akurat na „Fenestrę”, ale wiem, iż wybrałem dobrze. Dla mnie przede wszystkim ten okres to ogromna twórcza wolność. Zawsze była burza mózgów, o ile chodzi o zakres i tematykę artykułów i naprawdę nie byliśmy w nich ograniczani. Jeden z moich pierwszych tekstów opowiadał o wolontariacie w Oazie Chorych i Niepełnosprawnych. Z pozoru coś absolutnie niezwiązanego z tematyką studencką, ale w praktyce – dotyczyło ludzi i ich problemów z bliska, a „Fenestra” nie stroniła od takich tematów. Wszystkie lata spędzone tutaj wspominam bardzo ciepło.
Jak w „Fenestrze” rozwinął się Twój dziennikarski warsztat?
– Uważam, iż ta gazeta, podobnie jak pozostałe media studenckie tworzą taką bezpieczną przestrzeń na praktykę dziennikarską. A ona moim zdaniem jest bardzo istotna. Trzeba było pisać teksty i mieć świadomość, iż muszą one być gotowe do konkretnego dnia. To pozwalało sobie powoli wypracowywać, jakże nieodzowną w tym zawodzie, umiejętność pracy pod presją czasu. I też, co ważne, teksty były sprawdzane czy to przez szefa działu, czy przez opiekuna gazety, więc zawsze można było liczyć na pochwałę czy krytykę od kogoś postawionego od Ciebie wyżej. Podobnie, jak wygląda to w normalnych redakcjach. Tworzenie dla mediów studenckich to okres takiego pierwszego zetknięcia się z codziennością pracy w mediach.
W „Fenestrze” przede wszystkim prężnie tworzyłeś dla działu kultury. Z czasem zacząłeś też nim zarządzać. Twoimi podopiecznymi stali się tak naprawdę rówieśnicy. Czy to było dla Ciebie duże wyzwanie?
– Czułem, iż to poszerza horyzonty. Może na co dzień nie zetknąłbym się z tematyką artykułów, które jako szef działu byłem zobligowany sprawdzać. Miałem przyjemność czytać między innymi fantastyczne teksty Darii Sienkiewicz, która przez cały czas aktywnie działa w dziennikarstwie kulturalnym. Dużo wiedzy wyniosłem także z materiałów Remigiusza Różańskiego, który był bardzo zanurzony w świat komiksu czy różnego rodzaju animacji. Jako koordynator działu szczególnie lubiłem grudniowe wydanie, kiedy musieliśmy przygotować alfabet danego działu z najważniejszymi wydarzeniami czy produkcjami mijającego roku. Nauczyłem się także patrzeć na to wszystko z tej drugiej, do tej pory nieznanej mi strony. Dowiedziałem się, jak odpowiednio sprawdzać teksty pod kątem merytoryki, czy jak wyłapywać błędy logiczne, czy stylistyczne. To na pewno dużo mi dało nie tylko do mojego CV, ale też pod kątem rozwojowym.
Praktykę na WNPiD zdobyłeś między innymi dzięki działalności w naszej gazecie. Na wydziale nie brakuje także wielu zajęć stricte teoretycznych. Czy z perspektywy czasu, wiedza z nich wyciągnięta jest dla Ciebie przydatna?
– Na pewno nie mogę rozdzielić okresu studiów od czasu działalności w redakcjach akademickich. I tak jak osobiście uważam, iż więcej daje bezpośrednia praktyka, tak nie mogę odmówić wartości niektórych przedmiotów. Te poświęcone polskim i światowym systemom medialnym pozwoliły mi lepiej zrozumieć i uporządkować w głowie mechanizmy związane z działalnością i strukturą mediów. Dużym atutem są też wykłady poszerzające wiedzę historyczną. Mam wrażenie, iż te wydarzenia z ostatnich dekad bardzo się w szkole średniej pomija. Doceniam też, iż wydział zapewniał zajęcia w ramach trzech różnych pracowni (prasowej, radiowej i telewizyjnej), dzięki czemu mieliśmy możliwość poznania kulis każdego z tych mediów trochę bardziej. Dlatego nie deprecjonuję wartości tych studiów, bo potrzebujemy dziennikarzy dobrze przygotowanych do swojej pracy. Chociaż niewątpliwie, gdyby nie „Fenestra” i w moim przypadku jeszcze „Kurier Akademicki”, to całe te pięć lat byłoby wybrakowane.
Dzisiaj Twoja zawodowa codzienność to przede wszystkim dziennikarstwo newsowe. Pracujesz w poznańskim oddziale regionalnym TVP3. Od kultury, którą najbardziej się interesowałeś w „Fenestrze”, jest trochę daleko. Jak się w tym odnajdujesz?
– Myślę, iż to jest taki etap tego zawodu, który choćby nie warto, a trzeba przejść. Jako reporter często muszę po prostu wyjść na miasto, zawalczyć z czasem, ale też i czasami z ludźmi, którzy nie zawsze chcą lub mogą się wypowiedzieć. A ich głos jest nieodzowny do tego, żeby materiał powstał. Na pewno zajmuje to dużo przestrzeni w głowie i jest wymagające oraz czasochłonne. Ogromnym atutem jest jednak to, ile akurat ten odłam dziennikarstwa daje unikalnych doświadczeń. Tutaj w redakcji nie mam swojej konkretnej niszy. Dostosowuję się do tego, co akurat dzieje się w regionie. W tej pracy jednego dnia jestem w zoo i przez pół godziny stoję w bezruchu, żeby wypatrzeć susła, który się wybudza ze snu. A dzień później mogę podglądać nowatorską operację w jednym ze szpitali. Myślę, iż o tak zróżnicowany przekrój zdarzeń byłoby mi bardzo trudno w innej profesji.
– Czy wiążesz już swoją dalszą karierę zawodową z pracą jako reporter newsowy?
– Trochę tęsknię do tego, co robiłem w „Fenestrze”. Brakuje mi publicystycznych czy felietonowych tekstów, na przykład na tematy filmowe. Moim nieodżałowanym marzeniem jest to, iż nigdy nie spróbowałem swoich sił na filmoznawstwie. A na takie analizy kulturalne teraz w pracy nie mam ani miejsca, ani czasu. Co też pozostało paradoksalne, to często przyłapuję się na tym, iż jak ktoś z bliskiego mi otoczenia zadaje mi pytanie, czy lubię to, co robię, to mam zagwozdkę, co odpowiedzieć. Na pewno jest to praca bardzo męcząca, która często wymaga zostawania po godzinach. A z drugiej strony daje mi każdego dnia poznać zupełnie nowe perspektywy z różnych miejsc i od różnych ludzi. Tutaj nie znam słowa nuda.
Mimo szerokiego spektrum tematów, format tworzenia newsów jest stały i schematyczny. Nie ogranicza to Twojej kreatywności?
– Trochę tak i trochę nie. Zauważam, iż są pewne wyświechtane i sprawdzone już metody, z których się korzysta, budując materiały. Dla przykładu cały czas pożądane jest zaczynanie problematycznych newsów od tzw. human story. I nie raz reporter czy to pod presją czasu, rutyny, czy tego, jak bardzo skostniałe są czasami media, wpada w takie schemato-pułapki. A to faktycznie może zabijać pomysłowość. Tym większym jednak wyzwaniem jest, żeby te znane archetypy przełamywać, o ile jest na to przestrzeń. I tym większa jest satysfakcja i podziw dla ludzi, którzy na coś nowatorskiego wpadną. Tym bardziej wiedząc, iż robienie newsów momentami przypomina pracę na taśmie i nie ma czasu w to, żeby bardziej do nich przysiąść.
Dziennikarstwo to też ciągła próba dostosowania się do wielu zmian. Sporo z nich w tej branży może wprowadzić sztuczna inteligencja. Z Twojej perspektywy to bardziej sprzymierzeniec czy wróg?
– Trudno mi jeszcze określić, w jaką stronę to może się rozwinąć. Mam nadzieję i to, co mnie napawa optymizmem to to, iż człowiek będzie szukał autentyczności, człowieka po drugiej stronie ekranu; niezależnie od tego, jak technologia się rozwinie, a człowiek bywa wadliwy. Myślę też, iż zawsze będzie mile widziany taki ludzki element. Inna sprawa, iż AI, mimo ogromnych ilości danych, które przerabia, nie jest wyrocznią. Nieraz po prostu zmyśla. Każdy, kto będzie się opierał wyłącznie na niej, żeby tworzyć materiały, może gwałtownie przekonać się, iż to droga w jedną stronę.
Rozmawiała Julia ZYGMUNT









