Dziś do oferty platformy streamingowej Apple TV trafiło „Porwanie”. Rzućcie okiem, czy warto oglądać serial z Idrisem Elbą w roli głównej.
Jeśli debiutujące dziś na Apple TV „Porwanie” do złudzenia przypomina wam „W powietrzu” sprzed dwóch lat, to jesteście na bardzo dobrym tropie. Otóż oba tytuły z Idrisem Elbą w roli głównej to tak naprawdę jeden serial, którego dość niefortunna polska nazwa, została gwałtownie przeredagowana tak, by odpowiadać fabule 2. sezonu. Widzieliśmy już wszystkie odcinki „Porwania” (w oryg. „Hijack”) i mamy dla was opinię.
Porwanie – o czym opowiada 2. sezon W powietrzu?
Podczas gdy debiutancka odsłona odbywała się – jak wskazuje zresztą dosłowny polski tytuł – w powietrzu, nowe odcinki zabierają Sama Nelsona (Elba) pod ziemię. Ściślej mówiąc do berlińskiego metra, którego pechowi pasażerowie znajdą się w samym centrum rozgrywki o śmierć i życie. Obecność protagonisty będzie tym razem nieprzypadkowa. Dlaczego? Na przestrzeni czasu o bohatera zmieniło się całkiem sporo, o czym informują nas pierwsze minuty nowej serii.
„Porwanie” (Fot. Apple TV)Twórcy serialu – George Kay i Jim Field Smith – od początku budują nerwową atmosferę, licząc krople potu na zmęczonej twarzy Elby i skupiając wzrok na poszczególnych pasażerach berlińskiego U-Bahn. Od pierwszych kadrów kamera szuka potencjalnego sprawcy tytułowego porwania, przyglądając się podróżnym z podejrzanymi plecakami, rozbieganym wzrokiem czy tym o niepewnym kroku.
W międzyczasie rwany montaż informuje nas o tym, iż punktów widzenia tym razem będzie nieco więcej, niż poprzednio. Gdzieś tam policja przeszukuje melinę, w której przygrywa polski Kaliber 44 (sic!). Jeszcze w innym miejscu techniczni pracownicy podziemi kombinują coś z torami, a o Nelsonie mówi się w siedzibie brytyjskiej ambasady. Największe zaskoczenie przynosi jednak scena, w której to Nelson oznajmia, że… właśnie porwał pociąg.
Porwanie to niepotrzebna kontynuacja W powietrzu
Wszystko, co dzieje się później, jest oczywiście terytorium spoilerowym, więc ograniczę się wyłącznie do kilku zdań uzupełniających kontekst. W pierwszych odcinkach nie dostajemy go zresztą zbyt wiele, a twórcy świadomie pogrywają z widzami ich niewiedzą. Otóż w grę wchodzi zarówno skomplikowana sytuacja rodzinna Nelsona (widzimy, iż jego żona grana przez Christine Adams ukrywa się gdzieś na odludziu), jak i wydarzenia z poprzedniego porwania (powróci kilka znajomych twarzy).
„Porwanie” (Fot. Apple TV)Problem jest jednak taki, iż debiutancka odsłona serialu Apple TV działała do momentu, w którym fabularna sytuacja rodem z najntisowego filmu akcji nie przekroczyła wskaźnika absurdu. 2. sezon startuje z pozycji, w której tamten się zakończył, wobec czego „Porwanie” ma utrudnione zadanie, by przekonać do siebie realizmem charakterystycznym dla pierwszej połowy „W powietrzu”. Czy to udaje się serialowi? Niestety nie.
„Porwanie” jawi się bowiem niczym jeden z tych filmowych legacy sequeli projektów, które widownia pokochała dekady temu. Tyle tylko, iż w tym przypadku chodzi o serial wydany dwa lata wcześniej i jego kontynuację, która usiłuje odhaczyć wszystkie elementy, które zadziałały na korzyść pierwowzoru. Taktyką twórców są niewielkie modyfikacje zmiany miejsca akcji, filmowej przestrzeni czy wreszcie motywacji bohaterów.
To zdecydowanie za mało, by uczynić z „Porwania” sezon równie angażujący i pobudzający ciekawość, jak „W powietrzu”. Mało tego, wszelkie zmiany, które Kay i Field Smith wprowadzili w kontynuacji, nie umywają się do poziomu proponowanego przez debiutancką odsłonę thrillera. Nie dość, iż metro nie okazuje się równie wdzięcznym obszarem do trzymania widzów za gardło, co pokład pędzącego samolotu, to sprawczość Nelsona jako porywacza nie równa się sprytowi i inteligencji, którą wykazywał się na pokładzie Kingdom Airlines.
Porwanie – czy warto oglądać 2. sezon W powietrzu?
Sam Berlin wybrany jako nowe tło gorących wydarzeń – ze swoimi rozmaitymi perspektywami służb policyjnych, organizacji ruchu metra czy wreszcie porwanymi pasażerami – wydaje się boleśnie niewykorzystanym potencjałem. O tym, iż to stolica Niemiec jest miejscem akcji, przypominają nam w gruncie rzeczy przebitki na panoramę miasta z lotu ptaka. Wewnątrz rozsianych po mieście lokacji większość bohaterów mówi po angielsku, a multikulturowy aspekt metropolii zostaje ledwie draśnięty kilkoma smaczkami.
„Porwanie” (Fot. Apple TV)Skuteczność działania thrillera mocno ogranicza też rozłożenie fabuły na wspomniane perspektywy. Zdecydowaną większość ekranowego czasu „W powietrzu” spędziliśmy na pokładzie samolotu, lawirując między pasażerami dogadującymi się między sobą w potajemne spiski czy porywaczami skonfliktowanymi coraz bardziej z minuty na minutę. W tym przypadku berlińskie metro opuszczamy nazbyt często, by poczuć emocje równe tym podniebnym.
Podobnie jest zresztą z tempem „Porwania”, które drastycznie zwalnia nie tylko wtedy, gdy opuszczamy powiązane ze sobą wagoniki U-Bahn. Wydaje się, iż choćby gdy coś zaczyna dziać się wewnątrz głównego miejsca akcji serialu, impet wydarzeń traci na znaczeniu szybciej, niż zaczyna się rozkręcać. 2. sezon ma o jeden odcinek więcej (łącznie jest ich osiem), a wydaje się jakby trwał dwa razy dłużej.
Najlepiej dla nas wszystkich byłoby gdyby w miejsce 8-godzinnego sezonu „Porwanie” zamieniło się w film liczący jakieś półtorej godziny. W idealnym świecie 2. sezon nie powstałby w ogóle, bo okazuje się, iż jedynka wyczerpała potencjał historii. „Porwanie” to taki przykry skok na kasę, który nie wypada już streamerowi o tak rosnącej renomie jak Apple TV. Niektóre tytuły lepiej sprawdzają się jako miniseriale. Ten jest jednym z nich.














