Poruszający film w duchu kultowych rom-comów. Potrafi wycisnąć łzy

film.interia.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


2025 jest dobrym rokiem dla komedii romantycznych. Po eleganckich "Materialistach" i przebojowych "Skomplikowanych" Hollywood dorzuciło do puli film, który garściami czerpie z kultowych rom-comów lat 90. i 00. Choć "Eternity. Wybieram ciebie" ma sporo niedoskonałości i chwilami z rozpędu wpada w sidła najprostszych gatunkowych schematów, to na poziomie emocjonalnym działa zaskakująco dobrze. Nie wykluczam, iż u niejednej osoby (podobnie jak u mnie) wywoła pojedynczą, a może choćby dwie łezki wzruszenia.


Fabuła "Eternity. Wybieram ciebie" na papierze jest kompletnie abstrakcyjna, do tego stopnia, iż początkowo byłam przekonana, iż to film nie dla mnie. W historiach miłosnych najbardziej cenię autentyczne emocje i sytuacje, z którymi mogę się choć odrobinę utożsamić. Tymczasem tutaj akcja toczy się w zaświatach. Bohaterowie po śmierci dostają siedem dni na podjęcie decyzji, z kim i w jakiej przestrzeni chcą spędzić wieczność.
Po obejrzeniu zwiastuna mój sceptycyzm nieco stopniał i postanowiłam dać produkcji szansę. Głównie dzięki trójce aktorów, którzy wcielają się w bohaterów i których talent powinien udźwignąć choćby bardziej ryzykowny koncept. Na seans wybrałam się więc z nastawieniem, iż na dwie godziny porzucę zdroworozsądkowe poszukiwanie logiki, realizmu i odniesień do rzeczywistości, a zamiast tego po prostu popłynę z narracją. I, ku mojemu własnemu zaskoczeniu, okazało się to strzałem w dziesiątkę.Reklama


"Eternity. Wybieram ciebie": trójkąt miłosny w zaświatach


Na początku filmu poznajemy Joan (Elizabeth Olsen) i Larry’ego (Miles Teller). Małżeństwo z niemal 70-letnim stażem jedzie na imprezę ujawnienia płci ich przyszłego wnuka. gwałtownie dowiadujemy się jednak, iż Joan walczy z rakiem, choć skrzętnie ukrywa to przed dziećmi. Scena rodzinna niespodziewanie zmienia ton, gdy podczas wspomnienia o jej zmarłym pierwszym mężu, Luke’u (Callum Turner), Larry krztusi się słonym preclem i… umiera.
Larry trafia do "poczekalni". Tam dowiaduje się, iż ma siedem dni, by wybrać, gdzie spędzi wieczność, z której nie ma odwrotu. Problem polega na tym, iż ukochanej Joan wciąż tu nie ma, a kiedy już się pojawi, nie będzie wiedziała, dokąd Larry ostatecznie trafił. Po upływie tygodnia Larry, pełen obaw i wątpliwości, w końcu dokonuje wyboru. I dokładnie w momencie, gdy rusza w stronę swojej nowej, wiecznej przestrzeni, mija Joan. Wszystko miało się dobrze ułożyć, ale... okazuje się, iż w poczekalni jako barman pracuje Luke. Ten sam Luke, pierwszy mąż Joan, który od 67 lat cierpliwie czeka na jej przybycie. Joan musi zdecydować, z którym mężem chce spędzić wieczność. Z tym, z którym przeżyła życie? Czy z tym, który utracony zbyt wcześnie, pozostał w pamięci jako idealny?


"Eternity. Wybieram ciebie": komedia romantyczna, która wyciska łzy


"Eternity. Wybieram ciebie" nie unika typowych dla komedii romantycznych schematów. Początkowo Joan w poczekalni ukazana jest jako postać rozhisteryzowana, rozkrzyczana i niezdecydowana. Przez moment obawiałam się, iż jej charakter zostanie oparty wyłącznie na tych cechach, ale na szczęście w dalszej części filmu otrzymuje więcej przestrzeni, by pokazać także swoją dojrzałość i spokój. W filmie pojawia się również klasyczny dylemat: trójkąt miłosny. Joan musi wybrać między dwoma mężczyznami. Z pierwszym mężem, Luke’em, nie miała okazji przeżyć wspólnego życia, ale on zapamiętał ją taką, jaka była 67 lat temu. Z kolei Larry bywa momentami irytujący, a film na każdym kroku podkreśla, iż nie jest tak przystojny jak wojskowy Luke. Finału można się domyślić mniej więcej po dwudziestu minutach seansu - historia zmierza dość przewidywalnym torem, choć mimo to potrafi trzymać uwagę i wywołać emocje.
To właśnie warstwa emocjonalna jest najsilniejszym punktem "Eternity. Wybieram ciebie". Na chwilę wkraczamy w odrealniony świat, w którym dylemat głównych bohaterów wydaje się naprawdę istotny, choć w naszej rzeczywistości raczej nigdy nie będzie miał miejsca (chyba iż w twoim życiu nagle pojawi się mężczyzna uznany za zmarłego, który jednak cały czas żył). Film stawia pytania o to, czym adekwatnie jest miłość. Zestawia wyobrażenia tego, co mogło się wydarzyć, z realnymi konsekwencjami życia, które naprawdę przeżyliśmy. To niezwykle poruszający obraz, w którym prawdziwe uczucie musi zmierzyć się z siłą wspomnień i idealizowanych scenariuszy. Pojawia się także refleksja, czy po stracie pierwszej prawdziwej miłości jesteśmy w stanie pokochać kogoś równie mocno.


Wbrew pozorom jest tu sporo autentyczności. Jednak ten film nie miałby najmniejszych szans na powodzenie, gdyby nie wspaniałe kreacje aktorskie. Między Elizabeth Olsen, Milesem Tellerem i Callumem Turnerem naprawdę iskrzy - chemia między nimi jest wyczuwalna, naturalna i w dużej mierze niesie cały emocjonalny ciężar opowieści. Ale to Da’Vine Joy Randolph, wcielająca się w Annę, przewodniczkę pomagającą bohaterom w wyborze wieczności, gra tutaj pierwsze skrzypce. Jej obecność nadaje filmowi lekkości, humoru i ciepła. Randolph, znana ze znakomitych komediowych ról, w "Eternity" jeszcze bardziej błyszczy. Ma doskonałe wyczucie rytmu scen, a każdą z nich potrafi podbić charyzmą i subtelną ironią.
"Eternity. Wybieram ciebie" to udana, choć niepozbawiona wad komedia romantyczna. Znajdziemy tu zarówno błyskotliwy humor, jak i trudniejsze emocje: melancholię, refleksję nad stratą, pytania o to, jak wygląda prawdziwe uczucie, kiedy zderza się z upływem czasu i wyobrażeniami. Film opiera się na autentyczności relacji między bohaterami i wyraźnie przemyślanym dylemacie, który, mimo fantastycznej otoczki, pozostaje zaskakująco ludzki.
8/10
"Eternity. Wybieram ciebie", reż. David Freyne, USA. Data premiery w kinach: 28 listopada 2025 r.
Idź do oryginalnego materiału