Polski kryminał z postaciami kobiecymi na pierwszym planie. Mrok wylewa się z ekranu

swiatseriali.interia.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: INTERIA.PL


Małgorzata Gorol w rozmowie z Interią opowiedziała o roli w drugim sezonie serialu "Klangor". Wciela się w nim w Helenę Zdun, która po 15 latach emigracji wraca do Polski, by odbudować więź z córką. Aktorka znana z takich produkcji jak "Śubuk" czy "Jedna dusza" zdradziła kulisy pracy na planie, a także opowiedziała o procesie kreowania postaci. "Krytyk wewnętrzny to jest coś, z czym pracuję od wielu lat" - przyznała.


Pierwszy sezon "Klangora" w 2021 roku zachwycił widzów i krytyków. Produkcję chwalono za zaskakujący aż do samego końca scenariusz, znakomite aktorstwo i unikalny klimat, nawiązujący do najlepszych skandynawskich seriali. Uznanie przypieczętowała nominacja za najlepszy serial fabularny do Orłów. Za nową odsłonę "Klangora" odpowiadają twórcy pierwszego sezonu - reżyser Łukasz Kośmicki, scenarzysta Kacper Wysocki, a także nowy na pokładzie współscenarzysta Kirk Kjeldsen, autor powieści "The Depths", która znalazła się w zbiorze New Jersey Star-Ledger’s 10 Best Books of 2018 list.Reklama

Fabuła drugiego sezonu skupia się na losach Heli Zdun (Małgorzata Gorol), która po 15 latach emigracji wraca do Polski, by odbudować więź z córką, ale Wiki (Mary Pawłowska) znika tuż po ich pierwszym spotkaniu. Wciągnięta w mroczny świat więziennych układów, przemocy i rodzinnych tajemnic, Hela rozpoczyna własne śledztwo. To dla niej nie tylko walka o prawdę, ale także ostatnia szansa, by stać się kimś więcej niż nieobecną matką.



Małgorzata Gorol dla Interii o "Klangorze". Kobiety na pierwszym planie


Małgorzata Gorol pochodzi z Katowic. Jest absolwentką Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie. Karierę zaczynała na deskach teatru, m.in. w Teatrze Polskim we Wrocławiu i Starym Teatrze w Krakowie, zdobywając nagrody za wybitne role. Znana jest przede wszystkim z głównych ról filmach, takich jak "Śubuk" oraz "Jedna dusza". W "Klangorze" wciela się w postać Heleny Zdun.
Justyna Miś, Interia: Od momentu, gdy weszłaś na plan "Klangora", minęło już ponad dwa lata. Jak z perspektywy czasu wspominasz ten okres?
Małgorzata Gorol: - Z jednej strony my, aktorzy, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, iż proces postprodukcyjny trwa czasem bardzo długo. Z drugiej strony wyczekiwaliśmy tego "Klangora", więc dopytywaliśmy, kiedy będzie premiera, i troszeczkę byliśmy zawiedzeni, iż była ona przenoszona. Serial był już zmontowany dużo wcześniej. Ale wiadomo, to są decyzje stacji i różne inne powody. Ja sama zobaczyłam serial niedawno. Chcieli mnie wcześniej zaprosić, żeby obejrzeć trzy pierwsze odcinki, ale nie udało się to. Po tych dwóch latach zobaczenie zmontowanego serialu było wspaniałe, bo dystans pozwolił mi spojrzeć na niego zupełnie świeżym okiem i czerpać przyjemność z odkrywania tego świata. Można powiedzieć, iż dobrze się bawiłam.
Z tego, co wiem, nie zawsze jest tak, iż aktorzy lubią oglądać siebie na ekranie. A jak jest w twoim przypadku? Czy jesteś krytyczna wobec siebie, gdy oglądasz siebie na ekranie, czy potrafisz się od tego odciąć?
- Krytyk wewnętrzny to coś, z czym pracuję od wielu lat. w tej chwili jestem na bardzo dobrym etapie – już sobie z nim radzę. Po prostu go zabijam. Oczywiście początki były ciężkie i w trakcie grania czasem się wkrada. To nie jest tylko kwestia oglądania efektu końcowego, ale całego procesu twórczego – ten głos mówi ci, iż robisz coś źle, iż nie umiesz, odbiera odwagę. Musiałam sobie to wszystko poukładać i przez cały czas nad tym pracuję. Samo oglądanie siebie nie jest dla mnie aż tak odstręczające jak dla wielu aktorów. Trudniejsze jest samo granie – kiedy czuję, iż coś nie idzie, albo jestem niezadowolona z tego, co zagrałam... Musiałam się tego jakoś pozbyć, "rozchodzić". Kiedy materiał jest już gotowy, oglądając go, więcej się rozumie. Z biegiem lat, przynajmniej jeżeli chodzi o film, naprawdę odpuszczam kontrolę. W "Klangorze" było podobnie – wiem, iż ode mnie zależy tylko tyle, ile mogę zrobić, muszę skupić się na tym, by odegrać swoją rolę dobrze, szczerze i z całego serca. A potem oglądasz serial i nie zawsze wiesz, czy dana scena jest dobra, czy kontekst działa tak, jak powinien. W "Klangorze" zagrałam różne rzeczy, których nie ma. Zaskoczyło mnie, iż wiele wylanych przeze mnie łez nie zostało wziętych do serialu. Ale to już nie są moje decyzje, ja po prostu się starałam.


Drugi sezon podobał mi się bardziej niż pierwszy, ale nie da się ukryć, iż pierwszy przez krytyków i widzów został bardzo dobrze przyjęty. Na drugi sezon czekaliśmy kilka lat, mam wrażenie, iż oczekiwania rosły. Czy miałaś z tyłu głowy, iż to kontynuacja i trzeba dorównać pewnemu poziomowi?
- Zupełnie nie. To była moja pierwsza główna rola w polskim serialu kryminalnym. Kiedy zobaczyłam pierwszy sezon, w którym miałam wziąć udział, przede wszystkim się ucieszyłam, iż jest dobry. Podczas pracy przyświecała mi ulga i zaufanie do producentów, reżysera, ekipy i scenarzysty.
W drugim sezonie historie kobiet są na pierwszym planie. Twoja bohaterka młodo została matką. Jej córka wychowywała się bez matki, później także młodo miała własne dziecko. Mamy też historię nieszczęśliwej żony oraz dyrektorki ośrodka zmagającej się z problemem alkoholowym. Kobiety w tym serialu mają bardzo trudne życie.
- Faktycznie kobiety tu są na pierwszym planie, co rzadko się zdarza w kryminałach. Chciałabym wymienić te kobiety, bo to wspaniałe, iż było nas tam tyle. Mary Pawłowska miała swój debiut w "Klangorze". To były jej pierwsze kroki, potem jej kariera się zaczęła bardzo rozwijać, dostała kolejne propozycje, ale to "Klangor" był jej debiutem. Aleksandra Gosławska, która grała Kaśkę, wspaniała aktorka – to też był jej debiut. Anita Szepelska wcielała się w postać Zosi, również świetna młoda aktorka. Dominika Bednarczyk-Krzyżowska to wielka aktorka, którą znamy z Krakowa, mogłam ją podziwiać i mam nadzieję spotykać częściej. Magda Czerwińska była w pierwszym sezonie i pojawi się też pewnie w kolejnym. Weronika Książkiewicz – wspaniała aktorka, moja "konkurentka", druga żona mego byłego męża – również świetna. Dorota Pomykała – wielka aktorka.
Właśnie te historie bardzo mnie ujęły. Pierwszy i drugi sezon poruszają też problemy społeczne. Ukazują historie, które dzieją się w czterech ścianach, rozbite rodziny, układy więzienne, relacje między policjantami. Oglądałam to w dużym napięciu i byłam ciekawa, co dalej się wydarzy. Nie da się ukryć, iż serial jest bardzo mroczny. Jako aktorka angażujesz się emocjonalnie w swoje postaci czy po zejściu z planu odcinasz się od tych emocji?
- Angażuję się emocjonalnie, bo z emocjami pracuję – to moje narzędzie. Granice wyznacza scenariusz, kontekst i tempo serialu. "Klangor" nie jest szybkim serialem, ma powolne tempo, surowe i brutalne sceny. To mi się bardzo podoba. Dobrze jest grać dobrze napisane sceny i realizować dobrze przemyślany scenariusz. Wtedy to cię niesie, aktor mniej przeżywa, niż gdy się męczy ze źle napisaną sceną, głupim dialogiem czy kuriozalną motywacją. Często mówię, iż przyjemnie grało mi się w "Klangorze" i to była fajna praca, mimo iż to rzeczywiście był mrok. Słyszałam często od kobiet, iż jest być może za dużo tego mroku. Ja tak nie uważam.
W twojej filmografii są też role komediowe. Czy masz gatunek, w którym czujesz się najlepiej – komedia, kryminał, czy coś innego?
- Lubię gatunek. Lubię kino gatunkowe. Kiedy można wskoczyć w coś, co jest wyraźne. Przez jakiś czas reprezentowałam w kinie ciężkie tematy. Po "Klangorze" kilka projektów jeszcze nie miało premiery, ale to była seria dramatycznych, ciężkich zadań. Postanowiłam robić więcej wesołych rzeczy, bo w życiu jestem raczej pozytywną, chichrającą się osobą. Komicy w rzeczywistości często mierzą się z depresją. A ja gram często dramaty, a raczej jestem taką pozytywną osobą.
Wcześniej wspomniałaś, iż zdarzają się role, w których trzeba naprawdę napracować się nad tekstem. Czy często zdarza się, iż coś w scenariuszu ci nie pasuje, ale mimo to trzeba po prostu "zacisnąć zęby" i dać z siebie wszystko?
- Mam szczęście, bo zwykle robię bardziej ambitne rzeczy. Trudno znoszę brak logiki – nie umiem grać czegoś, czego nie rozumiem. Od razu źle gram, a ja wolę dobrze grać.


Czy masz wymarzoną rolę?
- Ludzie czasem pytają, czy dana rola była przełomowa dla mnie. Nie ma jednej roli. Jestem aktorką, bo lubię zmiany, jestem interesująca doświadczeń. Nie mam wymarzonej roli, ale marzę o rolach i projektach. Chcę wyzwań, chcę żeby coś mnie zaskoczyło i żebym miała możliwość nauczenia się czegoś nowego. Niedawno wróciłam z Alp. To była przedostatnia część zdjęć do filmu o Wandzie Rutkiewicz, który reżyseruje Adrian Panek, a produkuje Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pracujemy nad nim już od półtora roku, realizując zdjęcia w różnych miejscach. Gram jedną z himalaistek i było to coś nieprawdopodobnego – takie momenty przypominają mi, dlaczego kocham ten zawód. Oprócz tego będę miała jeden serial na Netfliksie, o którym na razie nie mogę mówić, oraz dokrętki do innego filmu, który jest już w połowie zrealizowany. Jeszcze film Łukasza Karwowskiego, projekt improwizowany.
Czy w procesie kreowania swoich bohaterek odczuwasz różnicę między filmem a serialem?
- Nie. Nie gram dużo w serialach, nigdy nie grałam w serialu codziennym. Celuję raczej w zamknięte formy – krótkie seriale cztero-, sześcio- lub ośmioodcinkowe, gdzie postać ma szansę przeżyć więcej, głębiej się ją eksploruje. W serialach staram się grać tak samo porządnie jak w filmach.
Jesteśmy w Krakowie, więc muszę spytać o twoje wspomnienia z tego miasta. Studiowałaś tutaj, później grałaś w Starym Teatrze. Jakie emocje ci towarzyszą, gdy przyjeżdżasz do Krakowa?
- Wspomnień czar. Duża część mojej rodziny mieszka w Krakowie, więc jestem tu często. Dzisiaj gram w Łaźni Nowej, robię zastępstwo, a wcześniej mieszkałam w Nowej Hucie, po studiach, gdy robiłam "Smutki tropików" z Pawłem Świątkiem. Przyjeżdżając tu, raz na rok zagrać w Starym Teatrze, sentymenty się uruchamiają.
A jeżeli chodzi o granie na scenie, co daje ci teatr, czego nie daje film czy serial? I odwrotnie – czy film i serial dają coś, czego nie doświadczysz na scenie?
- To, co kocham w teatrze, to kondycja performerska "tu i teraz", tajemnica wobec widza, adrenalina, przepływ energii z wieloma jednocześnie. Często rezygnuję z czwartej ściany, mówiąc bezpośrednio do widza, co bardzo lubię. Robię to od samego początku. W teatrze można bardziej poszaleć, zagrać postać, która jest poza naszymi warunkami. W filmie natomiast można skonstruować psychologicznie postać.
To, co jest niesamowite w teatrze, to fakt, iż nie da się zagrać dwóch takich samych spektakli. Z rozmów ze znajomymi wiem, iż niektórzy chodzą kilka razy na ten sam spektakl, bo wiedzą, iż może wydarzyć się coś niespodziewanego.
- Z jednej strony teatr jest ulotny – świetne momenty nie zdarzają się dwa razy. Z drugiej strony można wracać do tego świata przez wiele lat. W przypadku filmów czy seriali - nie wyobrażam sobie grać tej samej postaci przez piętnaście lat co miesiąc w weekend. Cieszę się więc, iż film czy serial został wygenerowany i zapisany, ale nie do wszystkiego chce się wracać cały czas.
Czasem widzowie lubią, gdy postać pojawia się w piątym czy szóstym sezonie w roli epizodycznej. Czy byłabyś na coś takiego otwarta w "Klangorze"?
- Oczywiście. W drugim sezonie pojawił się Arek Jakubik, przyjechał na plan, chyba osiem osób z produkcji ubrało żółte kurtki z euforii – to było naprawdę miłe.




Czytaj więcej: Długo czekała na swoją szansę na sukces. Teraz jest rozchwytywana
Idź do oryginalnego materiału