Wszystkie moje tematy wiążą się teraz z wojną. Wcześniej moje prace dotyczyły szczezników [z ukr.: tych, którzy znikają; postaci słowiańskiej mitologii], odszczepieńców, ludzi znajdujących się poza kontekstem kulturowym i społecznym. Teraz ci ludzie giną od uderzeń pocisków, nagle zaczynają istnieć, wojna paradoksalnie „ożywiła” ich w sensie zbiorowym. Wojna rzuciła światło, niczym reflektor, zebrała wszystko w całość i uczyniła widocznym: temat traumy, jednostki społecznej, peryferii, tego, co osobiste, zbiorowe.
Marharyta Polovinko[ref]Statement Marharyty Polovinko na Secondary Archive https://secondaryarchive.org/artists/marharyta-polovinko/[/ref]
W sieci krąży ostatnio filmik wygenerowany w AI, w którym różne postaci, damskie i męskie, wszystkie młode, jadą pociągiem przez straszliwy pejzaż wojny i zniszczenia, wybuchów bomb, pożarów, śmierci i ogólnej pożogi. Nic to jednak: kompletnie go nie zauważają, wpatrzeni w ekrany swoich telefonów, uśmiechając się do samych siebie. Człowiek, który uśmiecha się do samego siebie, wpatrując w ekran – doskonała, niekończąca się samozwrotna reakcja permanentna, bez początku i bez końca – to dobra metafora naszych czasów.
Nie jest łatwo opuścić tę samozwrotkę narcystycznego samouwielbienia, gdzie wszystko stopniowo traci poczucie realności. Jednak mając dostęp jedynie do internetowych obrazów, nie jesteśmy w stanie czegokolwiek poczuć – a przynajmniej ja. Dlatego walcząc z własną obojętnością, pod koniec 2025 roku postanowiłam podjąć pewne kroki. jeżeli oglądając obrazy wojny w Ukrainie coraz bardziej nie czuję nic, muszę tam pojechać. W końcu wrzucić fizyczną siebie w obraz obserwowany przez ostatnich kilka lat na ekranie telefonu.
Odcienie, kształty i faktury błękitu. „Kręgi Silvashiego” w Ukraińskim Domu w Kijowie
Antoni Michnik
Tak
Kiedy dostaję propozycję wyjazdu do Kijowa na otwarcie wystawy Różne miejsca 2 w Narodowym Muzeum Sztuki Ukrainy, staję się magicznie ślepa i głucha na krytykę tego pomysłu. Po pierwsze dlatego, iż telefon od Waldka Tatarczuka zastał mnie siedzącą w mieszkaniu w Portishead w Anglii, gdzie wszystko to, co polskie, a tym bardziej ukraińskie, brzmi jak doniesienia z innej planety, które u Brytyjczyków wywołują w najlepszym wypadku już tylko uprzejme kiwanie głowami, maskujące całkowitą obojętność. Po drugie sama czuję, iż coraz mniej rozumiem z tej wojny (o ile rozumiałam kiedykolwiek); z tego, co dzieje się w miejscu, które do 2022 roku odwiedzałam regularnie, zawsze spędzając intensywny, pamiętny czas. Z tych i miriadów innych powodów, kiedy pada propozycja, natychmiast mówię po prostu: tak. Mam mniej więcej tydzień-półtora, żeby mentalnie przygotować się na wyjazd. Zaproszenie dotyczy wystawy w Narodowym Muzeum Sztuki Ukrainy w Kijowie, które wielokrotnie było celem ataków, szczególnie na początku wojny, znajdującego się tuż obok budynków rządowych. W kolejnych dniach ten entuzjazm zostanie wielokrotnie podkopany. To ten tydzień, kiedy Trump przynosi Zełeńskiemu „propozycję pokoju”, która brzmi tak, jakby została napisana na Kremlu.
Kolejny tydzień zmienia się więc w slalom łagodnego, a z czasem stanowczego odpierania dobrych rad, abyśmy do Kijowa nie jechali. Z każdym dniem sytuacja staje się coraz trudniejsza: ataki bombowe nabierają intensywności już nie tylko na wschodzie, na celownik zaczyna być brany przede wszystkim właśnie Kijów.
Sytuacja z abstrakcyjnej staje się coraz bardziej realna, ale chyba wciąż dominuje poczucie, iż jeżeli moi znajomi żyją tak na co dzień, to taki wyjazd nie jest niczym specjalnym. Kiedy jednak czytam doniesienia, zaczynam czuć ucisk w żołądku; kłócimy się z partnerem o to, czy ma to w ogóle sens. On uparł się jechać ze mną, mimo iż nie może zostawić swojej firmy – znalezienie zastępstwa jest skomplikowaną operacją, będzie musiał poprosić o pomoc rodzinę. To mili ludzie z klasy średniej, ale wiem, co muszą o mnie teraz myśleć. I tak uważają mnie za postrzeloną Polkę, która nie stoi wystarczająco mocno na ziemi. Teraz będą uważać, iż nie dość, iż oderwana od rzeczywistości i niepraktyczna, to jeszcze narażająca ich syna na niebezpieczeństwo. Najgorzej. Partner wymusza na mnie zgodę, iż jeżeli sytuacja będzie eskalować, nie pojedziemy.
Prace przejmują, ale zarazem nie mamy szans współodczuwać z artystami, bo dzieli nas zbyt duża odległość doświadczenia. Chcę pojechać do Kijowa właśnie dlatego, żeby choć na chwilę zniwelować tę odległość.
Odległość
Wystawa Różne miejsca 2 – kontynuacja ekspozycji prezentowanej w tym samym miejscu latem 2025 roku – to efekt zaangażowania Waldemara Tatarczuka w rozwijanie współpracy z artystami i środowiskami w Ukrainie. W wywiadzie na jej temat Waldek mówi o inspiracji utworem Different Trains Steve’a Reicha – nowojorskiego Żyda i wybitnego twórcy muzycznego minimalizmu. Kiedy Reich był dzieckiem, w latach 40., jego rodzice się rozwiedli. Kursował wtedy regularnie między Los Angeles i Nowym Jorkiem, ale dopiero kilak dekad później zdał sobie sprawę, iż gdyby mieszkał w Europie, mógłby jeździć całkiem innymi pociągami. Muzyka Reicha nie zdradza na pierwszy rzut oka żadnej traumy. Jest raczej charakterystycznym dla nowojorskich minimalistów rozważaniem nad samym czasem, pozwalającym w medytacyjnym rytmie wniknąć być może w jego głębsze podwoje. Tatarczukowi ta metafora służy do wskazania oczywistych różnic pomiędzy warunkami tworzenia artystów ukraińskich i polskich w czasach agresji Rosji na Ukrainę.
Kilka dni wcześniej przeczytałam recenzję lubelskiej wystawy Voices of Ukraine Stacha Szabłowskiego, w której wspomina on przede wszystkim o poczuciu odcięcia od opowiadanych na niej historii artystów. Prace przejmują, ale zarazem nie mamy szans współodczuwać z artystami, bo dzieli nas zbyt duża odległość doświadczenia. Chcę pojechać do Kijowa właśnie dlatego, żeby choć na chwilę zniwelować tę odległość. A jest to także odległość fizyczna, dla mnie podzielona na wiele odcinków. Najpierw przedostaję się z Anglii do Polski: autobus nr 1, godzina, autobus nr 2 – prawie trzy. Metro i pociąg – kolejne półtorej. Oczekiwanie na samolot, dwie i pół godziny do Warszawy. Zaczynam chyba wtedy trochę lepiej rozumieć swoich niewrażliwych brytyjskich sąsiadów. Dopiero kiedy znajduję się fizycznie w Polsce, następuje coś w rodzaju wewnętrznej materialnej przemiany. Czuję, iż wojna jest znacznie bliżej, iż mnie dotyczy. Odległość ma znaczenie. Oddzieleni kanałem Brytyjczycy jej nie czują. W Polsce trudniej już to zignorować. Po dwóch dniach kontynuujemy tranzyt, a ja sama z ciekawością obserwuję, jak zmienia się mój sposób widzenia. W poniedziałek czuję się jeszcze w miarę odważna, środę nad ranem, w dniu wyjazdu, budzę się z bólem brzucha z nerwów. Zaczyna się. Po południu bierzemy pociąg do Przemyśla z Warszawy Centralnej i z każdą godziną jazdy moje wyobrażenie, co adekwatnie będę w Kijowie robić, ulega kolejnym transformacjom.
Docieramy do Przemyśla przed północą, zbieramy nasze polskie towarzystwo, czyli właśnie Stacha i Jacka Malinowskiego, jedynego artystę z polskiej części wystawy, który zdecydował się ostatecznie do Kijowa pojechać. Idziemy do kontroli paszportowej, czekamy półtorej godziny na zimnie. Zwalisty, ogromny pociąg złowrogo pobłyskuje. Czeka nas noc w pozycji siedzącej, wagonów sypialnych nie przewidziano. Przedział jest prawie pusty; wiedząc, iż raczej nie zaśniemy, gadamy, poznajemy się. Mój mąż bryluje i zabawia towarzystwo, ja z ulgą usuwam się w cień. Próbuję czytać Aliens & Anorexia Chris Kraus, opowieść o jej nieudanym filmie o Simone Weil, ale średnio mi wychodzi. Ze Stachem mamy okazję dopiero się poznać, omawiamy różnicę postaw pokolenia X (jego) i millenialsów (mnie). W skrócie, moje pokolenie jest dużo bardziej wyczulone na kwestie etyczne (i niekiedy dogmatyczne), jego na estetykę. Nie omawiamy celu naszej podróży, ale ten wciąż nad nami wisi. Czy to odwaga z naszej strony, czy frajerstwo? Kontrola celna wywołuje raczej uśmiech, niż lęk, wszyscy są niezwykle sympatyczni, pieski obwąchujące nasze bagaże to słodkie spanielki, a nie groźne wilczury. Może takie są właśnie najlepsze. Od Lwowa począwszy, przysiada się do nas trochę osób, aż w końcu pociąg się wypełnia. O godzinie 9 komunikat po ukraińsku, wszyscy wstają. Minuta ciszy z szacunku dla poległych. Teraz dostrzegam, jak wielu mężczyzn w przedziale jest ubranych może nie w mundur, ale w kamuflaż. To żołnierze na przepustce.
Ostatni raz szłam Chreszczatykiem tuż przed pandemią, w 2019 roku, było lato, gorąco i pięknie, i nie myślało się o śmierci. Dziś myślę o tym, iż dla Ukraińców obecność śmierci jest tak oczywista, iż się o niej choćby nie wspomina.
Śmierć, smutek, piękno
Wysiadamy na głównym dworcu, odbiera nas Paweł Korbus, artysta z Lublina, który stale współpracuje z Tatarczukiem, zauważalnie zmęczony, jednak zmuszający się do uśmiechu. Poucza mnie, żeby niczego nie fotografować na ulicy, bo w jakiś sposób ma to naprowadzać Rosjan na ukraińską infrastrukturę. Potem dowiaduję się, iż mam tylko nie fotografować żołnierzy, a przynajmniej nie wrzucać nic z tego na media społecznościowe. To już bardziej zrozumiałe, ale czuję się lekko sparaliżowana i pierwszego dnia prawie nie robię zdjęć. Udajemy się wspaniałym metrem kijowskim do stacji Chreszczatyk. Ta najludniejsza zwykle ulica Kijowa jest ok. 10:30 rano niemal całkowicie pusta. Robi się nieswojo. Jest mokro i zimno, idziemy w stronę socrealistycznego Hotelu Ukraina. Spacer w stronę Majdanu to przypomnienie o ofiarach – ich pamiątkowe zdjęcia i znicze przypominają o walkach ulicznych, gdybyśmy choć na sekundę zapomnieli, iż trwa wojna. Ostatni raz szłam Chreszczatykiem tuż przed pandemią, w 2019 roku, było lato, gorąco i pięknie, i nie myślało się o śmierci. Dziś myślę o tym, iż dla Ukraińców obecność śmierci jest tak oczywista, iż się o niej choćby nie wspomina. Myślę o ludzkich ciałach bez życia, które leżały wzdłuż ulicy Instytuckiej podczas rewolucji. Staram się odpędzić te myśli, co jest trudne, bo nie spałam całą noc; czuję zmęczenie w każdym mięśniu.
Ale może zmęczenie to jedna z niewielu rzeczy, które mogą pomóc choć odrobinę zrównoważyć egzystencjalną dysproporcję pomiędzy mną a lokalsami. Z tępym bólem głowy meldujemy się w Hotelu Ukraina – nieco niższą i pozbawioną iglicy wersją stalinowskich splendorów Pałacu Kultury, za to z większą ilością złota. W środku choinka, robię jakiejś zachwyconej pani w tlenionej fryzurze zdjęcie na jej tle. Znudzeni ochroniarze. Tutaj zatrzymują się często międzynarodowi dziennikarze, bo jest dobry bunkier, jak informuje mnie Waldek Tatarczuk. Waldek wita nas, ale jest zbyt zestresowany wernisażem, żeby z nami gadać. Wygłodniali, idziemy przez zamglony i zawilgocony Majdan. Próbuję ogarnąć uczucie niesamowitości: co ja tutaj robię? Nasze śniadanie jest wystarczająco tłuste i ogromne, żeby postawić nas do pionu, ale czuję wiercący smutek. Chcę przestać o tym myśleć, więc zabieram chłopaków do miejsca, które wiem, iż zrobi na nich wrażenie: tysiącletniej cerkwi Mądrości Bożej (przebudowanej w stylu barokowym) z równie starymi, wielokolorowymi freskami. Miejsce to spokojnie mogłoby zagrać w jakimś filmie Tarkowskiego jako symbol wiecznego piękna. Kiedy tam wchodzimy, w środku kręci się mały tłumek; widzę żołnierzy z małymi dziećmi poprzebieranymi za aniołki i zwierzątka, po kilkunastu minutach formują coś w rodzaju zespołu i zaczynają śpiewać solenną kolędę o Świętym Mikołaju. To już za wiele. Scena ma taką moc, iż odwracam wzrok; co będzie dalej? Filmuję ich śpiewy, a mąż od razu nieprzyjemnie fuka na mnie, kiedy odruchowo chcę zamieścić filmik na Instastories (jakbym co najmniej dzwoniła do ruskiego wywiadu i podawała im współrzędne). Świetnie, czyli chciałam sprzedać dzieci za kilka lajków. Wycofuję się z tego i kłamię, iż wcale nie zamierzałam tego zrobić. W środku jednak pali mnie wstyd.
Kijów jest szary, pogrążony we mgle, smutny. Na placu przed Soborem Michajłowskim oglądamy spalone samochody i fragmenty rosyjskich bomb, a także zdjęcia spalonych ludzkich ciał z masakry w Buczy zestawione z powstańczą Warszawą. Wspaniale, proszę, zabijcie mnie już teraz. Cały dzień chodzimy po mieście, na tyle, na ile pozwalają nam siły, wjeżdżamy choćby kolejką linową do centrum niczym zakochana para na randce, za chwilę ktoś zresztą próbuje nam sprzedać zdechłą czerwoną różę. Puentą tej absurdalnej sytuacji jest spotkanie z jakąś kompletnie zachwyconą kobietą, która nie może się nadziwić, iż cudzoziemcy przyjechali tu z własnej nieprzymuszonej woli. Jest bardzo radosna i ożywiona i– pracowała kiedyś w Polsce. Przyglądam się jej szczęśliwości jakbym widziała przedstawicielkę obcej cywilizacji. Tego dnia przechodzimy od Kontraktowej Płoszczy w centrum brzegiem Dniepru aż do Chreszczatyku, przestrzeń jest w większości uprzątnięta, radzieckie symbole pozasłaniane, ale wciąż można znaleźć nieoczekiwane fragmenty gruzu czy zasieków. Przed nami rozpościera się ogromny Dniepr, a widok przyprawia o zawrót głowy.
Fikcyjny premier polskiego artysty reprezentuje władzę, która pozostaje głucha na jednostkowe dramaty i cierpienie, jakiego doświadczają artyści, którzy z poczucia moralnego obowiązku i dla obrony swojego kraju decydują się iść na front.
Nawiedzenia
Wskakujemy na chwilę do pokoju, przebieramy się i idziemy spóźnieni na wernisaż. Jestem tak zmęczona, iż prawie halucynuję. Długo szukamy alternatywnego wejścia do zwalistego budynku Narodowego Muzeum Sztuki Ukrainy. Wchodzimy po schodach, rozpoznaję stare sale, w których kiedyś wisiały arcydzieła ukraińskiego konstruktywizmu, które po bombardowaniach Kijowa musiały zostać wywiezione, a dziś pokazywane są światu na objazdowej wystawie W oku cyklonu, ostatnio w Muzeum Sztuki w Łodzi. Fotografuję ślady po ich podpisach, zerwanych ze ściany. Teraz w ich miejscu wiszą trzy obrazy Wilhelma Sasnala, z których najlepszy jest ten przedstawiający fragment ukraińskiego pejzażu z tajemniczymi, półabstrakcyjnymi okręgami, zaburzającymi typowy krajobraz z pylonami elektrycznymi przy szosie. Wyglądają jak wielkie opony, ale też jak pętle, które nie pozwalają oddychać. Obok obraz 3 marca pokazujący salę plenarną ONZ dzień po przyjęciu rezolucji potępiającej rosyjską inwazję. Sasnal pokazuje salę dzień później – opustoszałą, z pustymi telebimami i abstrakcyjną próżnią widowni, wypełnioną czarnymi zawijasami. Z ogólnych obietnic pomocy międzynarodowej tak kilka wynikło. Tryptyk dopełnia czarno-biały olej przedstawiający papieża Franciszka, który, jak pamiętamy, długo nie dostrzegał w Rosji agresora.
Wymazana awangarda. „W oku cyklonu. Modernizm w Ukrainie” w Muzeum Sztuki w Łodzi
Piotr Policht
Czy to portret ludzkiej obojętności? Sam Sasnal nie wybrał się do Kijowa. Wybrał się za to (jako jedyny z artystów) Jacek Malinowski, artysta urodzony w 1964 roku, kolega z roku Kozyry, Żmijewskiego i Althamera. Nie zrobił jednak równie spektakularnej kariery. W Kijowie pokazuje Exposé, film, w którym przemówienie wygłasza fikcyjny premier polskiego państwa, łączący satyrę na polską politykę z ciekawą, odważną refleksją o kompletnym nieprzygotowaniu na nadciągające katastrofy: klimatyczną i wojenną. To dyskusja, która powinna toczyć się w polskim parlamencie. W wideo Malinowskiego premier oświadcza, iż czas ludzkości się skończył. Artysta, realizując ten projekt od 2019 roku, zwłaszcza na początku nie mógł jeszcze wiedzieć o pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, ludobójstwie w Gazie i wielu innych konfliktach. Jego praca wydobywa teatralność i oportunizm polityki parlamentarnej; świetnie się to ogląda, niczym performanse Andrei Fraser. Dojrzała praca o wysokich kinematograficznych adekwatnościach.
Wystawa ma jedno czytelne kryterium: po stronie ukraińskiej znalazły się albo osoby artystyczne bezpośrednio walczące na froncie w Siłach Zbrojnych Ukrainy, albo zaangażowane w zaplecze wojenne. Są to, poza Zhanną Kadyrovą i Violettą Oliinyk, sami mężczyźni, jednak wystawa nie podejmuje niestety tej kwestii. Kadyrova pokazuje tutaj swoje Palianice, czyli ikoniczne już rzeczne kamienie w kształcie bochenków wypiekanego w piecu chleba. Na ścianie wisi tabela ukazująca, jak wiele udało się na sprzedaży bochnów zarobić na rzecz armii – setki tysięcy euro. Praca ta została już opisana wielokrotnie, m.in. w recenzji wystawy Kadyrovej w białostockim Arsenale Piotra Kosiewskiego, nie będę się więc powtarzać. Wspomnę tylko, iż nazwa chleba to zarazem szibbolet, o którym pisał Jacques Derrida w kontekście żydowskiej poezji Paula Celana: podobno Rosjanie wymawiają go inaczej i po tym można poznać wroga.
Na środku sali rozłożona została praca, której znaczenie początkowo mi umyka – patchworkowa płachta pozszywana z tych samych fragmentów tkaniny w kolorze khaki. Skrawki to materiał, którym żołnierze czyszczą lufy karabinów, a artystą jest Dmytro Kuprian. Skrawki należały do kompanii szturmowej, w której służył na początku inwazji. Leżą zszyte na stole jak uroczysty obrus. Obok wideo z Pavlo Kovachem z Open Group, który powtarza: „jestem artystą, jestem artystą”, ubrany częściowo w mundur. Mówi do utraty tchu, praca jest prosta, ale szalenie efektowna i „rozmawia” z wideo Malinowskiego. Fikcyjny premier polskiego artysty reprezentuje władzę, która pozostaje głucha na jednostkowe dramaty i cierpienie, jakiego doświadczają artyści, którzy z poczucia moralnego obowiązku i dla obrony swojego kraju decydują się iść na front.
Wiele razy podczas tej wycieczki ugryzłam się w język, a wraz z rosyjskim odpadła często jedyna forma komunikacji. Może tak właśnie ma być, może nie każdy musi rozumieć każdego.
Przepaść
Trwa już przemówienie ambasadora, a potem Waldka Tatarczuka i Oksany Barshynovej, z których zapamiętuję głównie słowa Waldka o niedającej się zasypać przepaści doświadczenia między Polakami a Ukraińcami, która nie dawała mu spokoju. Jestem na siebie wkurzona, bo przemówienie jest obiektywnie poruszające, jestem w środku bombardowanego miasta, a nie czuję nic. Choćby strachu – nie, ja nie czuję nic. Jestem zmęczona i chcę iść do domu położyć się spać. Ale nie mogę zawieść tych, którzy mnie tu zaprosili. Mój mąż natomiast nie zna żadnego z języków, więc nic nie rozumie, a więc do ucha tłumaczę mu, co jest mówione. Ten akt translacji trochę rozruszał mój zniszczony zmęczeniem mózg, więc dobrze, zobaczmy prace.
Rozglądam się po sali, która jest pełna – to pierwszy sygnał dla mnie, iż życie w Kijowie nie zamarło, iż wbrew strachowi, logice i okupantowi, wciąż się toczy. Patrzę na zebranych – ludzie, co zrozumiałe, wyglądają na nieźle zmarnowanych. Między wypindrzoną, odstawioną publicznością z Warszawy a tym wernisażem istnieje przepaść. Zauważam kolesia w kucyku i z kolczykami, wchodzi i wita się uściskiem dłoni z trzema stojącymi obok siebie kolegami, wszyscy wybuchają śmiechem. Już wiem, z czym mi się ta atmosfera kojarzy – to jak późne lata 90. lub wczesne lata zerowe na imprezach Zamku Ujazdowskiego, ta sama nieformalność, luz. Przechodzę do drugiej sali. Oglądam rozpikselowaną animację, która wygląda jak nakręcona dronem, z muzyką elektroniczną w tle. Te technologiczne obrazy wojny, używające estetyki 3D, z labiryntowym przemieszczaniem się z budynku do budynku, wymieszane są ze zdjęciami z życia w cywilu, chwilami z partnerką i przyjaciółmi, tak, jakby te – nagle bezcenne – zwyczajne rzeczy, które robiłeś przed wojną, wyświetlały ci się przed oczami na sekundę zanim spadnie bomba. To jakby kilka prac splecionych w jedną. Obok stoi w mundurze wysoki na dwa metry i piękny niczym socrealistyczny posąg Max Robotov, współautor tego wideo, wraz z grupą artystyczną SVITER, do której należą też Lena Polianskova i Ivan Svitlychnyi. Ten ostatni też walczy na froncie. Partnerka Robotova stoi obok, jest w ciąży, ma kolorowe włosy i opowiada mi o znaczeniu tej pracy; stara się, jednak niestety jestem zbyt zmęczona, żebym mimo maksymalnego wysiłku, coś zrozumiała. Znam trochę rosyjski, przepraszam więc bardzo na wstępie i proszę Robotova, żeby sam mi opowiedział, nie zna jednak angielskiego, a po rosyjsku mówić nie chce. Wycofuję się natychmiast, rozumiem. Wiele razy podczas tej wycieczki ugryzłam się w język, a wraz z rosyjskim odpadła często jedyna forma komunikacji. Może tak właśnie ma być, może nie każdy musi rozumieć każdego. I bez wyjaśnienia jego praca jest dla mnie wystarczająco mocna: z transowym dźwiękiem , z którego SVITER jest znany. Na instagramie Robotova można znaleźć posta z jego prezentacji, w której opowiada o tym, jak podczas wojny wciąż można zachować euforia z twórczości. Wracam do tego posta wielokrotnie.
Pavlo Kovach to niejedyny twórca z artystycznej pierwszej ligi, który walczy na wojnie. W 2024 roku na front udał się również Davyd Chychkan, którego obok Pavlo i wielu innych artystów ukraińskich miałam okazję poznać kiedyś dzięki innej wystawie Tatarczuka – Uwaga, granica! w Białymstoku i Lublinie w 2018 roku. To była niezapomniana wyprawa busem przez Polskę, bawiliśmy się wtedy z pozostałymi do rana w jego pokoju hotelowym, paląc marihuanę, którą ten absolutnie kochany i dobry człowiek z rozbrajającą szczerością uwielbiał. Chychkan wykorzystywał i transformował estetykę radzieckiej Ukrainy – wizerunki braterstwa i wspólnoty – aby tworzyć wizualne przedstawienia nowej, lewicowej Ukrainy opatrzonej anarchistyczną kolorystyką i symboliką. Jego sztuka miała równie monumentalne ambicje, co sztuka radziecka, i projektowała nową wizję człowieka – naprawioną, rzeczywiście równościową. Nie znałam go wystarczająco dobrze, żeby teraz móc o nim wiele powiedzieć. Ale wiem na pewno, iż jako anarchista przeżywał ogromne katusze decydując, czy iść na front. O swoich wątpliwościach opowiada w pracy wideo zamieszczonej na wystawie: mówi o tym, iż jako lewicowiec identyfikuje się ze zwykłym człowiekiem ukraińskim, z robotnikiem, więc widząc, jak do wojska brane są w pierwszej kolejności osoby słabe w społeczeństwie, biedne, nie mogące sobie pozwolić na ucieczkę, postanowił się zaciągnąć. Chychkan zginął od ran w sierpniu 2025 roku. I choć zginął w zgodzie ze swoimi etycznymi i politycznymi przekonaniami, oglądanie go na ekranie wzbudziło mój gniew i poczucie niemocy. Na coś takiego nie ma po prostu słów. W chwili obecnej co najmniej kilku moich kolegów albo trenuje, albo już jest na froncie. Jak Attila Hazhlinsky, artysta, którego poznałam w na plenerze z Tatarczukiem w Czerniowcach 10 lat temu i z którym wciąż mamy kontakt – mam jego pracę w domu na ścianie i piszę do niego regularnie jakieś drobne słowo, życzenia na Nowy Rok. Nie chcę nigdy dostać wiadomości, iż coś mu się stało.
Sztuka zainfekowana wojną. Rozmowa z Waldemarem Tatarczukiem
Anna Pajęcka
Idę dalej. Obok praca Violetty Oliinyk, zapis performansu z Labiryntu w Lublinie, gdzie zainspirowana baśnią Andersena o dzikich łabędziach artystka szyła koszule z pokrzyw. To dla dwóch braci i ojca, którzy walczą na froncie – u Andersena księżniczka szyje dla nich koszule, by zdjąć z nich czar, nie może się jednak odezwać do nich ani słowem. Artystka jest w tej chwili przede wszystkim aktywistką: pomaga organizować pomoc na front. Podobnie jak Zhanna Kadyrova jest „na zapleczu”. Zastanawiam się, gdzie są kobiety-żołnierki, bo ich przecież nie brakuje? Śledzę je na Instagramie. W 2025 roku tragicznie zmarła Marharyta Polovinko, artystka obecna dziś m.in. na wystawie w MSN Kwestia kobieca z obrazami malowanymi własną krwią. Poza nią są to m.in.
, artystka i kuratorka z Diepra oraz
, osoba queerowa, znana w Polsce z udziału w kabarecie Fucking Truffaut autorstwa Queelektywu Bliadski Circus. Na pewno jest ich więcej. Na wystawie kobiety pełnią wyłącznie rolę wspierającą. Tak, mężczyźni dominują front, bez dwóch zdań, nie są oni jednak jedynymi osobami, które walczą.
Obecna w pracy Katarzyny Kozyry Sen chęć hibernacji i zniknięcia, wynikająca z poczucia beznadziei, tkwi prawdopodobnie w wielu Ukraińcach, którzy jednak nie mogą sobie pozwolić na luksus eskapizmu. Jestem jednak z Kozyrą: każdy powinien mieć prawo do wycofania się, to przysługujące nam prawo ludzkie, które w koszmarnym świecie, jaki sobie stworzyliśmy, niestety nie obowiązuje.
Hiberancja
Od tej chwili ta myśl nie daje mi spokoju. Na odległość po prostu kiwamy głowami i akceptujemy, iż to głównie mężczyźni idą na front. Śmierć Davyda Chychkana, a wcześniej Artura Snitkusa, artysty queerowego, to niepowetowane tragedie, których nic nie przykryje, tym bardziej nie zrobi tego retoryka „ginięcia za własny kraj”, która powinna dziś być czymś irrelewantnym, śmiesznym, anachronicznym. A jednak, nie jest do końca. Moje oglądanie wystawy w Kijowie nałożyło się z lekturą fantastycznego tekstu Jewgienii Biełorusec The Demand For Silence w magazynie „Equator”, w którym sprzeciwia się ona retoryce umierania za ojczyznę jako czegoś, co mogłoby być w jakichkolwiek okolicznościach postrzegane pozytywnie. Opłakując śmierć Chychkana, bliskiego przyjaciela, Biełorusec opisuje katastrofę, jaką jest maczystowska retoryka wojny, która skazała jej przyjaciół na śmierć. Ale o tym mówić publicznie nie wolno, nie wolno krytykować sposobu, w jaki prowadzona jest wojna. Biełorusec opowiada o rzeczach strasznych: porwaniach, torturach, o nielegalnych więzieniach dla niechcących walczyć i kontraktach na służbę wojskową pod groźbą przemocy lub tortur. „Wszystko to rozdziera tkankę społeczną, niszcząc fundamenty ludzkiej godności”.
Może dlatego Semen Khramtsov sięgnął po jutuberską estetykę szalonych wieoklipów i pranków. Opowiada o szkoleniu, na które trafił po mobilizacji do spółki z innymi mężczyznami, głównie w średnim wieku. Każdy z nich ma oczywiście swoje prawdziwe życie, które nagle musi zostać zawieszone. W klipie mężczyźni – śpiący w namiotach, uczący się strzelania – prawie dobrze się bawią. Potem jednak niektórzy z nich naprawdę trafią na front. Szanuję Khramtsova, iż pozostał wierny swojej estetyce sprzed wojny – wcześniej używał jej do wyśmiewania aspektów ukraińskiej rzeczywistości. Skoro możemy zginąć, dobrze się najpierw zabawmy.
Na wystawie pracą kobiety, która najlepiej chyba oddaje sedno tej sytuacji, jest zdjęcie towarzyszące performansowi Sen leżącej na katafalku Katarzyny Kozyry. Zbliżające się sześćdziesiąte urodziny Kozyra potraktowała jako pretekst do bilansu i zrozumiała, jak bardzo jest zmęczona. Zamiast świętować, woli się zahibernować. Ta chęć hibernacji i zniknięcia, wynikająca z poczucia beznadziei, tkwi prawdopodobnie w wielu Ukraińcach, którzy jednak nie mogą sobie pozwolić na luksus eskapizmu. Jestem jednak z Kozyrą: każdy powinien mieć prawo do wycofania się, to przysługujące nam prawo ludzkie, które w koszmarnym świecie, jaki sobie stworzyliśmy, niestety nie obowiązuje.
Oddzielenie
W ekspozycji Tatarczuka i Barshynovej irytuje mnie też coś innego. Problemem nie jest tu do końca różnica etyczna: prace Ukraińców powstają w warunkach takiego napięcia wewnętrznego, iż te polskie nie mogą dorównać im ciężarem. Nie, problemem jest to, iż kuratorzy zestawiają ze sobą prace artystów młodych, bez budżetu i bez przestrzeni, z wielkimi gwiazdami polskiej sztuki, tworzącymi dopracowane i wysmakowane dzieła. I niestety, nie zawsze porównanie to wypada na korzyść tych pierwszych. Prace Ukraińców i Ukrainek są porażająco skromne, ale też robione na szybko, co dyktowane jest koniecznością. Wiem, iż nie czas tu na myślenie o jakości artystycznej, ale czy jako krytyczka mam nagle zapomnieć, przestać widzieć, zawiesić krytyczny osąd? Prace Polaków też najczęściej są po prostu poprawne: jak obrazy Karola Radziszewskiego, prezentujące rosyjskich baletmistrzów, Wacława Niżyńskiego i Serge’a Lifara, którzy urodzili się w Kijowie i są częścią długiej historii zawłaszczania kultury ukraińskiej przez rosyjski kolonializm. Ich portrety ewoluują następnie w abstrakcyjne przedstawienia Nieba nad Kijowem, które choć mają odnosić się do dat narodzin tancerzy, ewokują oczywiście buzujące od rosyjskich nalotów niebo współczesne. Do kolonializmu nawiązuje też Przemek Branas w maskach zrobionych z liści eukaliptusa. Praca odnosi się do eksploatacji Australii przez Imperium Brytyjskie i jej wydźwięk jest dla mnie zbyt ogólny jak na tę wystawę. Podobnie jak zapis audio hałasów towarzyszących przejściu granicznemu między Polska a Ukrainą, pozostawiony na tablecie przez Mirosława Bałkę. Ta praca jest tak basic i mało kreatywna, iż mógłby ją zrobić każdy, również ja, kiedy sama przekraczałam wielokrotnie tę granicę, głównie w środku nocy i mogłabym wiele o tym powiedzieć. Wnosi minimum i nie wiem, co tutaj robi, poza dodaniem sławnego nazwiska. Choć może być też dobrym przykładem całkowitego oddzielenia problemów polskich i ukraińskich. Dla Polaków to tylko uciążliwy, niezidentyfikowany hałas, dla Ukraińców kilka znaczący element długiej podroży i trudności, pewnie go choćby nie zauważają. Może więc cofam to, co powiedziałam wcześniej. Prace ukraińskie są lepsze.
Po oglądaniu wpadam na świetną artystkę ukraińską, Annę Zwiagincewą. Jest w zaawansowanej ciąży, jeździ między Kijowem a Charkowem, gdzie mieszka ojciec jej dziecka; promienieje, jest szczęśliwa, mówi o wystawie, którą będzie miała w Warszawie. Co za miła odmiana, słuchać drugiej kobiety, która została w Ukrainie i jeszcze ma czelność być szczęśliwa. „Tobie wydaje się to nierealne, ale my tutaj tak właśnie żyjemy. Życie toczy się dalej”. Cała nasza czwórka, która jechała z Warszawy, pada na twarz, ale dostajemy cynk o finisażu w jakimś dość odległym pustostanie i mieszkające w nas imprezowe zwierzęta nie pozwalają nam wrócić jeszcze do hotelu. Będę tego żałowała. Z powodu blackoutów i tego, iż metro przestaje kursować o 22:00, imprezy kończą się tutaj bardzo wcześnie. Kiedy docieramy do pustostanu, wychodzą z niego ostatni goście. Udajemy się więc do pobliskiego baru, jedynego, który jest otwarty. Sami mężczyźni. Facet z kucykiem i w kolczyku, którego widziałam wcześniej w Narodowej, jest obok, zagaduję go, zaczyna stawiać mi Calvados. Niestety stawia go nam wszystkim, łącznie z moim nazbyt ochoczym małżonkiem. Zatapiam się w rozmowie z Oleksandrem, mieszaniną angielskiego i rosyjskiego, a moich kolegów przejmuje para młodych weteranów na przepustce. Jeden z nich ma tylko 28 lat, a już jest kapitanem czy dowódcą i ma pod sobą setkę ludzi, co ewidentnie robi wielkie wrażenie na moich kolegach. Ani się spostrzegłam, kiedy minęła godzina, a mój małżonek jest kompletnie pijany, bardziej niż ktokolwiek inny w naszym towarzystwie. Postanawia zabrać weteranów do naszego hotelu, dla nich to gratka, bo nigdy tam nie byli. W tym momencie jestem na nogach bez snu dłużej niż 24 godziny, idę do pokoju i zostawiam chłopaków samym sobie. Moje poczucie izolacji jako kobiety podczas tego wyjazdu sięga zenitu. Usiłuję spać. Po północy znajduję męża głową w wannie. Sprzątam po nim, kładę go, jestem całkowicie załamana. Odzywają się syreny – powinniśmy schodzić do bunkra. Nie jestem w stanie go tam zaciągnąć. Leżę w łóżku przerażona, godząc się z faktem, iż za chwilę może się zdarzyć coś strasznego.
Ukraińcy są bezustannie oceniani, czy „zasługują” na pomoc. W pracy Memory Capital mają szansę ocenić innych.
Tuff-tuff
Rano, niewyspana i zmarnowana, ubieram się i wychodzę, zostawiając małżonkowi kartkę. Snuję się po mieście w poczuciu klęski. Do tego stopnia nie zdaję sobie sprawy, gdzie idę, iż wparowuję do dzielnicy rządowej, gdzie żołnierze grzecznie odsyłają mnie z powrotem. Próbuję iść przez park, ale przez park się nie da, stoją zasieki, druty kolczaste, stoją żołnierze. Co ja sobie myślałam? Nadkładam drogi, idę całe kilometry, zanim uda mi się dotrzeć do Mystetskiego Arsenału, gdzie trwa wystawa o Wasylu Stusie, legendarnym poecie, dysydencie i opozycjoniście, który zmarł w Gułagu. Wystawa, mimo surowych warunków, jest wspaniała, odtwarza nie tylko zgrozę, ale i nadzieję, jakie miało pokolenie tzw. Sześćdziesiątników, czyli aspirującej inteligencji, pisarzy, poetów i artystów z awansu, którzy po Odwilży wierzyli, iż mogą stworzyć lepszą, równiejszą wersję komunizmu. Rosja radziecka im nie pozwoliła, a kilkoro z nich zgładziła, jak Alłę Horską, której obraz wisi w tej chwili na wystawie Kwestia kobieca w MSN, i właśnie Stusa, który spędził w gułagu 13 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985. Po wystawie idę do pobliskiego Hotelu Saliut z lat 70., w kształcie statku kosmicznego, i piję kawę w kawiarence internetowej, której wnętrze wyłożone jest srebrnym celofanem i wygląda jak studio Przybyszów z Matplanety. Zastanawiam się, gdzie w hierarchii narcyzmu mieści się czucie się okropnie w powodu własnego życia osobistego w mieście, w którym toczy się wojna. Tego dnia alarmy rozlegają się niemal co godzinę. Jestem tak przygnębiona, iż ledwie mam siłę schodzić do przejść podziemnych. Kiedy idę w stronę Arsenału, mogę przysiąc, iż słyszę ciche tuff-tuff, tuff-tuff – to chyba system antyrakietowy, a może zestrzeliwane są drony. Jestem wstrząśnięta tym, iż nie jestem wstrząśnięta. Wszystko funkcjonuje aż do momentu, kiedy przestaje funkcjonować, myślę sobie.
Idę ponownie rozświetlonymi dekoracjami świątecznymi wielkimi stalinowskimi bulwarami, gdzie trwa szał zakupów. Jest w tym coś niepojętego, zwłaszcza kiedy widzę wielu mężczyzn o kulach, bez nogi. Życie trwa. Udaję się do PinchukArtCentre, gdzie ma wystawę Open Group – chcę zobaczyć, jak to jest usłyszeć nalot po tym, jak sama go usłyszałam. Chodzi oczywiście o pracę Powtarzajcie za mną, która pokazywana była w Pawilonie Polskim w Wenecji w 2024 roku. Cóż, teraz i ja mogę powtórzyć za nimi: „tuff, tuff, tuff”. Kiedy zaczynasz czuć, iż nie chodzi już o kogoś innego? Wystawa Open Group, której kuratorką jest Marta Czyż, jest świetna: jej głównym elementem jest instalacja Memory Capital (Kapitał pamięci): rodzaj poczekalni, biura paszportowo-wizowego i archiwum. Na kartce mamy spisać swoje wspomnienie, które potem będzie „wycenione” przez niewidzialną komisję, a nasze poczucie, iż nasza pamięć coś znaczy, osądzone pozytywnie lub negatywnie. To oczywiście parodia, ale i śmiertelnie poważna refleksja zarówno na temat procesu wydawania wiz Ukraińcom, jak i sposobów udzielania im międzynarodowej pomocy. Ukraińcy są bezustannie oceniani, czy „zasługują” na pomoc. Teraz oni mają szansę ocenić innych.
Przez cały wyjazd bezustannie się od tego doświadczenia wojny-męskości odbijałam, poraniło mnie ono i posiniaczyło. Od wystawy, przez rozmowy i poczucie wykluczenia z męskiego pijącego towarzystwa. Sami mężczyźni nie chcieli mnie wykluczać, ale mimo chęci nie mogłam się w ich towarzystwie odnaleźć.
U Pinchuka widzę jeszcze kilka innych wystaw, wszystkie świetne. It’s only the end of the world opowiada o katastrofie klimatycznej i zagładzie świata wskutek wojny. Archipelag historii to historyzująca wystawa o dekolonizacji autorstwa znakomitej kuratorki Kateryny Botanovej, na której artyści pokazują zmianę mentalną, kulturową i historyczną, jaka zachodzi w Ukraińcach przynajmniej od początku wojny. Jest też przepiękna wystawa Bestia wyszła z lasu o związkach mistycyzmu i codzienności, zwykłości. Każda z tych wystaw mogłaby posłużyć za kanwę długiego, złożonego, erudycyjnego tekstu, każda z wystaw jest świetnie rozegrana przestrzennie. Jednak najwspanialszą z nich bez dwóch zdań była solowa prezentacja malarki Lesi Khomenko, która, mówiąc po młodzieżowemu, zmiotła mnie z planszy. Khomenko w swoich wielkoformatowych obrazach mierzy się zarówno z digitalizacją arsenału wojennego, jak i życiem codziennym. Jest to przede wszystkim wystawa o wojnie, wykorzystująca wszelkie formaty malarstwa w roli obiektów, z których Chomenko inscenizuje nowoczesny konflikt. Zasieki, pole walki, drony, koszary, martwe ciała… Od skali makro, inspirowanej socrealizmem, aż do rozpikselowanych mikroobrazów cyfrowych – jest to malarstwo totalne.
Kroniki emancypacji. O książce „Dlaczego w sztuce ukraińskiej są wielkie artystki”
„Ale ona mieszka w Nowym Jorku”, słyszę jednak od ukraińskiego artysty podczas kolacji z Waldkiem, Stachem i resztą, w eleganckiej, kosztownej knajpie na końcu Chreszczatyku. „Ona to widziała tylko na zdjęciach. Nie ma pojęcia, co to znaczy być tu na co dzień i musieć sobie z tym radzić. To dla niej abstrakcja”. Człowiek, z którym rozmawiam, nie szanuje tej postawy. Milknę, nie wiem, co mu odpowiedzieć. Znam wielu artystów ukraińskich, którzy wyjechali i bronią swoich decyzji. Za to inni pod wpływem wojny wracają. Jak Sana Shahmuradova Tanska, hebanowowłosa malarka, którą tu poznaję i która robi na mnie wielkie wrażenie swoją erudycją i inteligencją. Shahmuradova wróciła do Ukrainy po kilkunastoletnim pobycie w Kanadzie, gdzie dorastała i studiowała. Jej obrazy, niezwykle ekspresjonistyczne, to jedno z najciekawszych formalnie oskarżeń wojennej przemocy u młodych artystów, jakie widziałam. Rozmawiamy o Marharycie Polovinko, o której myślę bezustannie. Szykujemy się już do wyjazdu, o północy mamy pociąg do Lwowa. Cała ta sytuacja sprawiła, iż zapominam o wzmożeniu ataków, a jest sobota. Rosjanie lubią atakować w weekendy. W hotelowym lobby spotykam męża po całodziennej rozłące, wygląda jak sparaliżowany, bez słowa zbieramy swoje rzeczy. Nagle okazuje się, iż metro, którymi chcieliśmy jechać na dworzec, jest zamknięte, a żadna taksówka nie chce przyjechać. W końcu znajdujemy w hotelu kogoś, kto chce dużo więcej pieniędzy, syreny zaczynają jednak wyć na maksa, Waldek krzyczy, żebyśmy wsiadali, opanowuje mnie blady strach, zaczynam działać jak automat, pakuję się do samochodu. Dworzec jest zamknięty, na zewnątrz stoją tłumy ludzi, nie rozumiem, dlaczego nie pozwalają im się schronić. Następuje dezorientacja, ale udaje się nam znaleźć nasz pociąg, do którego docieramy z przejścia podziemnego. Absolutnie przemęczeni pakujemy się do przedziału, w którym tym razem są półki. Pociąg rusza, a ja po raz pierwszy od trzech dni zaczynam coś czuć. Jest to ulga, iż już po wszystkim.
Przepaść
Gdyby nie spotkanie ze Zwiagincewą, Shahmuradovą i wystawa Khomenko, wyjazd ten byłby wręcz nieznośnym doświadczeniem męskości i stłamszenia przez nią. Różne miejsca 2 nie stawia tego pytania, ale pokazuje beznadziejne zmaskulinizowanie wojny i totalną redukcję kobiecego doświadczenia. Przez cały wyjazd bezustannie się od tego doświadczenia wojny-męskości odbijałam, poraniło mnie ono i posiniaczyło. Od wystawy, przez rozmowy i poczucie wykluczenia z męskiego pijącego towarzystwa. Sami mężczyźni nie chcieli mnie wykluczać, ale mimo chęci nie mogłam się w ich towarzystwie odnaleźć. Godzinę po naszym wyjeździe zaczęły się ataki, dron zaatakował blok mieszkalny, zginęli ludzie. W kolejnych dniach, dochodząc do siebie, wielokrotnie wracałam do tekstu Biełorusec i prac Polovinko. Artystka ta przed swoją tragiczną śmiercią zaczęła malować obrazy własną krwią. „Przez te wszystkie lata postrzegałam wojnę jako coś nielogicznego, nienaturalnego, nienormalnego, niepasującego do żadnego istniejącego kontekstu. Z czasem to rozumienie stało się bardziej złożone. I właśnie wtedy krew pojawiła się w materiałach, z którymi pracuję. Ołówkiem po prostu zilustrowałam pierwotny lęk. Kiedy nastąpiło przewartościowanie, zrozumienie rzeczywistości stało się głębsze, a «potwory» zniknęły. Wtedy pojawiła się materia krwi. Trzeba było wydobyć ją nie z powierzchni, jak to było z ołówkiem, ale z głębi”. Chciałabym, żeby jej prace, jak i innych żołnierek, znalazły się w Galerii Narodowej.






