26 kwietnia warszawski Falcon zdecydowanie nie był miejscem do stania pod ścianą. Sidney Polak po raz kolejny zabrał publiczność w świat miejskich historii, emocji i charakterystycznego dla siebie klimatu. Artysta znany z bezkompromisowego podejścia do tekstów i specyficznego groove’u łączącego rock, reggae i elektronikę, gwałtownie złapał kontakt z ludźmi. Warszawa, dzień dobry, zapraszamy pod scenę!!! – adekwatnie ustawiło wszystko, co wydarzyło się później.
Zaczęło się energicznie od „Skutera”, potem „Korek” i od razu pojawiła się typowa dla Sidneya mieszanka luzu i przewrotnej obserwacji. Nagrane wspólnie z BNDK „Jestem z Polski” z najnowszej płyty naturalnie wpisało się w set. Przy „Chorwacie” dystans zniknął już całkiem, a klasyczna koncertowa wymiana „Sidney! – Polak!” przyciągnęła pierwsze osoby pod scenę. Dalej było tylko bliżej.
„Więcej od złota” rozkręciło klub na dobre. Ręce w górze, wspólne śpiewanie, a potem moment oddechu, kiedy rytm przejęły bębny w rytmicznym dialogu z perkusistą. „Jak się bawicie?” – odpowiedź była oczywista.
Z przymrużeniem oka wybrzmiało „Otwieram Wino”, przewrotnie zapowiedziane jako najmniej znana piosenka. Śpiewający od pierwszej linijki niemal cały klub mówił jednak coś zupełnie innego. „Radio Warszawa” z gitarową końcówką przypomniała, iż to koncert bardzo osadzony w miejscu – w mieście, które jest tłem, bohaterem i pretekstem jednocześnie.
Środkowa część koncertu przyniosła więcej refleksji – „Przemijamy”, „Coś nie tak” czy „Zwolnij dziś” bez zbędnego ciężaru, ale z wyraźnym zatrzymaniem. To właśnie wtedy najmocniej wybrzmiało, jak dużo jest w tych utworach treści, ile obserwacji, emocji i zwykłego życia ubranego w słowa. „Byłem tam!” wprowadziło bardziej osobisty ton, opowiadając o starzeniu się bez dramatyzmu, a przejście na akustyczne brzmienie dodało całości nostalgii.
Na finał „Chomiczówka” – wiadomo, punkt obowiązkowy i moment wspólny, bez wyjątków, a potem „Ajrish” T.Love i już tylko czysta energia. Skutecznie wyklaskany bis przyniósł jeszcze powtórkę „Otwieram Wino”.
Muzycznie wszystko było na swoim miejscu: solidne, pulsujące rytmy, charakterystyczny wokal i energia, która nie spadała choćby na chwilę. Publiczność, najpierw lekko zdystansowana, potem już całkowicie „w środku”, odpłaciła tym samym. Wspólne śpiewanie, ręce w górze, skakanie, ale też momenty uważności, które nie zawsze się zdarzają w klubowej przestrzeni. To jest koncert, a nie szachy! – rzucone gdzieś w trakcie, pół żartem, pół serio – adekwatnie najlepiej podsumowuje ten wieczór. Bo tu nie było miejsca na stanie z boku.
Relacja: Anka
Sidney Polak / 26.04.2026 / Klub Falcon














