Pochyliłem się nad starą owczarką. Spojrzała na mnie smutno, bez nadziei i odwróciła głowę. Już dawno przestała liczyć na człowieka. Za dobrze poznała ludzką naturę…
Na naszej ulicy wołano na nie po prostu psia banda. Tylko ja, mieszkaniec jednego z tych bloków na Pradze, za każdym razem poprawiałem sąsiadów: To nie żadna banda. To tylko pięć psów, które trzymają się razem, by jakoś przetrwać.
Szefową była stara owczarka widać kiedyś miała właścicieli. Pewnie zostawili ją bez słowa, wyjeżdżając za granicę czy gdzieś dalej, choćby się nie oglądając. To ona trzymała całą resztę w kupie, chroniła, prowadziła, nie pozwalała rozpaść się tej psiej rodzinie.
Codziennie je dokarmiałem. Rano gdy szedłem do pracy, wieczorem gdy wracałem do domu. Za każdym razem, gdy tylko pojawiałem się na rogu, pięć ogonów zaczynało wariacko się kręcić, raz podniesione, raz zawinięte w kółko, jak śmigła. W ich oczach taka radość, iż aż ściskało serce. Skakały na mnie, wciskały wilgotne nosy w moje dłonie, lizały ręce. W tych spojrzeniach było wszystko wdzięczność, zaufanie, nadzieja.
Na co może liczyć pies, którego ktoś kiedyś porzucił na pastwę losu? A jednak one wierzyły, ufały… kochały. Dlatego nigdy nie wychodziłem do nich z pustymi rękami. Zawsze na mnie czekały. Codziennie.
Tylko tamtego poranka przybiegły do mnie cztery nie pięć. Skamlały, nerwowo zerkały na koniec ulicy, za garażami. Od razu wiedziałem, iż coś się stało.
Westchnąłem ciężko i zadzwoniłem do pracy, iż się spóźnię.
Na samym końcu naszej ulicy, tuż przy krzakach za blokiem, leżała ta stara owczarka. Potrącił ją samochód. To zakręt, gdzie wielu kierowców jeździ za gwałtownie akurat dzisiaj zabrakło jej szczęścia.
Cztery kundelki żałośnie wyły, patrząc mi prosto w oczy byłem dla nich jedynym człowiekiem, któremu ufały.
Nachyliłem się nad owczarką. Z jej oczu płynęły łzy. Spojrzała na mnie zrezygnowana i odwróciła głowę. Już nie umiała mieć nadziei. To ludzie ją zawiedli, nie raz. Jedyne, co ją martwiło, to co się stanie z tą czwórką, za którą czuła się odpowiedzialna.
Bardzo boli? zapytałem cicho i znów wyciągnąłem telefon.
Po rozmowie z szefem, zgarnąłem kluczyki, podjechałem pod blok i ostrożnie przeniosłem ją na tylne siedzenie samochodu. Cztery kumpelki skakały obok, tuliły się, jakby chciały podziękować.
W lecznicy weterynarz obejrzał ją i westchnął:
Najlepiej uśpić. Za dużo złamań. Szansa na przeżycie nikła, leczenie bardzo kosztowne…
Ale szansa istnieje? przerwałem niecierpliwie.
Zawsze jakaś jest przyznał lekarz. Tylko będzie cierpiała… Pytanie, jaki to ma sens.
Ma, dla mnie ma sens. A dla niej pewnie też. Poza tym… czekają na nią cztery psy. Jak im potem spojrzę w oczy?
Lekarz popatrzył na mnie długo, po czym skinął głową.
No to zaczynamy.
Po tygodniu odebrałem owczarkę z kliniki. Przez cały ten czas cztery pozostałe spały pod moim ogrodzeniem. Gdy wracaliśmy, ich szczekanie i popiskiwanie było tak radosne, iż choćby ledwo żywa owczarka machnęła ogonem i spróbowała polizać koleżanki.
Wniosłem ją do domu, a potem zawołałem resztę. Odbyłem z nimi pogadankę o odpowiedzialności za dom i nowych zasadach. Teraz nie można już wszystkiego, do czego przywykły na ulicy.
Siedzieli przede mną i słuchali. Przerwałem nagle, po czym się uśmiechnąłem:
No i co tak stoicie? Wchodźcie!
I otworzyłem furtkę.
Owczarka dochodziła do siebie szybciej, niż myślałem. Ciągle próbowała wstać, podejść do innych, a ja pilnowałem, żeby się nie forsowała. Gdy kości się zrosły, założyłem jej wyjątkową obrożę złoconą, z malutkim dzwoneczkiem.
Teraz wychodzę do pracy wcześniej. Idę przez naszą pustą ulicę z piątką psów na smyczy: czterema małymi, figlarnymi, z zawiniętymi ogonami i jedną dużą, starą owczarką w złotej obroży z dzwoneczkiem.
Widzielibyście te ich spojrzenia. Teraz mają dom. A ona swoją obrożę. I idzie dumna, z głową uniesioną wysoko.
Tego nie zrozumie ten, kto nigdy nie miał takiej obroży. Ale każdemu psu wiadomo: tak idzie ta, którą się szanuje.
Tak sobie chodzimy ja, facet, który nie przeszedł obojętnie, i pięć psów, które nie przestały ufać i kochać, choćby po zdradzie przez człowieka.
Cieszymy się. Czym? Nie wiem. Może sobą nawzajem. Może każdym słonecznym porankiem. A może tym, iż na tym świecie ciągle trochę miłości zostaje.
I kiedy patrzę w ich oczy, rozumiem dopóki widzimy takie spojrzenia, nic nie jest stracone.
Dziś wiem, iż wierność i nadzieja to nie puste słowa one mają swoje imiona, swoje ogony i wilgotne nosy. Może właśnie tego warto uczyć się od psów.




