Żyć bez zgody i spokoju w małżeństwie to lepiej w ogóle się rozstać…
– Moi teściowie żyją jak pies z kotem! – opowiada znajoma, Halina. – Całe dwadzieścia lat, odkąd ich znam. Spokoju u nich w domu nie było i nie ma. Dlatego dzieci tam nie wożę – teściowa odwiedza nas, a ja jestem przeciwna, by moje córki słuchały takich awantur. Tam naprawdę jest ciężko, bez przesady.
Teść często zagląda do kieliszka i w takim stanie słów nie wybiera, a teściową traktuje jak powietrze, specjalnie jej robi na złość. Kilka razy mój mąż jechał tam, by uspokoić ojca. Ale co z tego? On wraca, a u nich znów to samo od początku.
– To dlaczego teściowa to znosi? – pytam. – Skoro tak źle, mogłaby się rozwieść i żyć normalnie! Przecież finansowo od niego nie zależy, syn dorosły. Po co się tak męczyć?
– A bo oni są rozwiedzeni… od dawna, chyba już trzydzieści lat – mówi Halina.
– Rozwiedzeni? To czemu wciąż razem mieszkają?
– Bo mieszkanie mają małe, rozdzielić się nie da. „Dlaczego to ja miałabym iść z dzieckiem? – powtarza teściowa. – Jemu zostawić mieszkanie, żeby sprowadzał inne kobiety, a ja z synem do wsi? Do siekiery i wiadra z wodą? Nie ma mowy”.
A teść też nigdzie się ruszyć nie chce. Syn proponuje: „Tato, chodź, wynajmiemy ci kawalerkę, będziesz miał spokój”. Ale teściowa nie ustępuje – mówi, iż to byłoby zbyt wygodne dla niego. I tak żyją.
– Dużo jest takich przypadków – dorzuca inna znajoma. – Nie tylko za PRL-u, kiedy trudno było mieszkania zamienić, ale i teraz.
U mnie w bloku sąsiadka też tak żyje. Rozwiedli się, i co z tego? Jemu tylko lżej. Ona z dziećmi, a on niczym jej nieobciążony – jak obcy lokator. Jeszcze tylko kobiet nowych nie sprowadza, ale to chyba kwestia czasu. A pójść dokąd? Do rodziców z dwójką dzieci nikt jej nie przyjmie.
I faktycznie, coraz częściej zdarzają się takie sytuacje: rozwód na papierze, a w praktyce ludzie żyją razem – jak sąsiedzi. Więc po co wtedy się rozwodzić, skoro wiadomo, iż i tak nie ma dokąd pójść? Czy nie lepiej ratować małżeństwo wszystkimi możliwymi sposobami i kompromisami?
Bo w małżeństwie masz przynajmniej moralne prawo wymagać porządku, a od „sąsiada” – jak? Rozwiedziony mąż zawsze może powiedzieć: „A ja tobie już nikt”.
A przecież na to wszystko patrzą też dzieci.