Po ostatnim akcie

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Bartek Barczyk


Sebastian Gabryel: Przez ostatnie szesnaście lat była pani związana z kierownictwem Teatru Wielkiego im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu, z czego czternaście sezonów spędziła pani na stanowisku jego dyrektorki naczelnej i artystycznej. Czy teraz, kiedy ta historia dobiega końca, ma pani poczucie domknięcia projektu, czy raczej opuszcza pani instytucję w połowie zdania?

Renata Borowska-Juszczyńska: Po czternastu sezonach na stanowisku dyrektorki mam przede wszystkim poczucie domknięcia ważnego rozdziału, a nie pozostawienia niedokończonego zdania. Oczywiście zawsze zostaje niedosyt – jeszcze kilka tytułów, które chciałam zrealizować, kilka pomysłów, które mogłyby dłużej dojrzewać. Ale to naturalne.

Zostawiam instytucję w bardzo dobrej kondycji artystycznej i organizacyjnej – z rozpoznawalnym językiem, wierną i poszerzoną publicznością, międzynarodowym rezonansem oraz zespołem, który jest gotowy na kolejne wyzwania. To nie jest moment ucieczki, ale moment przekazania pałeczki w odpowiedniej chwili.

SG: Przyszła pani do opery jako kulturoznawczyni i menedżerka. Co dzięki temu widziała pani wyraźniej niż osoby wychowane wewnątrz operowego świata, a czego sama musiała się pani uczyć najdłużej?

RBJ: Przybyłam z zewnątrz – jako kulturoznawczyni i menedżerka kultury, wcześniej organizatorka Festiwalu Teatralnego Malta i konkursów skrzypcowych im. Henryka Wieniawskiego. To dało mi dystans i szerszą perspektywę.

fot. Bogunia Ośko

Widziałam wyraźniej społeczne, klasowe i komunikacyjne mechanizmy opery – to, jak bardzo bywa ona postrzegana jako sztuka dla wtajemniczonych. Widziałam też potencjał opery jako medium opowiadania o wielkich, uniwersalnych sprawach w sposób bardzo emocjonalny i dostępny.

Najdłużej uczyłam się warsztatu muzycznego i specyfiki śpiewu operowego – tej niesamowitej dyscypliny, w której głos jest jednocześnie instrumentem i ciałem. To była szkoła pokory. Nauczyłam się też szacunku dla tradycji rzemiosła, które w operze jest wyjątkowo wymagające. Uświadomiłam sobie również, jak daleko efekt końcowy całego projektu potrafi odbiec od naszych indywidualnych wyobrażeń.

SG: Programowanie repertuaru, wybór twórców i wskazywanie tematów sprawiły, iż poznańska Opera zyskała za pani kadencji bardzo rozpoznawalny język. Czy dyrektorka teatru jest w pewnym sensie jego autorką? Gdzie kończył się pani gust, a zaczynała autonomia zapraszanych artystów?

RBJ: Dyrektorka teatru operowego jest w pewnym sensie jego współautorką – szczególnie jeżeli przez wiele lat konsekwentnie programuje repertuar. Wybór tytułów, zestawianie ich ze sobą, wskazywanie artystów, definiowanie priorytetów tematycznych – wszystko to buduje spójny język instytucji.

fot. Bartek Barczyk

Granica jest jednak jasna: proponowałam kierunek i kontekst, ale nigdy nie wchodziłam w rolę dyrygenta, reżysera czy scenografa. Autonomia zaproszonych twórców była dla mnie święta.

Najlepsze spektakle powstawały wtedy, gdy artysta czuł, iż ma przestrzeń na własną, głęboką wypowiedź, a nie tylko na realizację mojego pomysłu. Oczywiście zawsze pozostawałam do dyspozycji i byłam otwarta na rozmowę.

SG: Jednym z najmocniejszych znaków pani dyrekcji stało się przywracanie Moniuszki i innych dzieł polskiego repertuaru współczesności. Czy od początku była to przede wszystkim potrzeba artystyczna, czy również świadoma strategia budowania dla poznańskiej Opery osobnego miejsca na europejskiej mapie?

RBJ: Od początku była to przede wszystkim potrzeba artystyczna. Moniuszko jest genialny, a był u nas traktowany trochę po macoszemu – jako „ten od »Halki« i »Strasznego dworu«”. Chciałam pokazać, jak bardzo jest współczesny, jak świetnie rozumie mechanizmy władzy, wykluczenia i tożsamości.

Jednocześnie gwałtownie okazało się, iż jest to także bardzo skuteczna strategia budowania tożsamości. W Europie Zachodniej nikt nie czekał na kolejną „Traviatę” z Poznania. Czekano natomiast na coś, czego nie da się zrobić nigdzie indziej – na głębokie, świadome odczytanie polskiego dziedzictwa w dialogu z dzisiejszym światem. To dało nam wyraźne, osobne miejsce na mapie.

SG: „Paria” i „Jawnuta” przyniosły Teatrowi międzynarodowe uznanie jako dzieła odkryte na nowo. Jak rozpoznać, iż współczesna inscenizacja naprawdę otwiera dzieło, zamiast jedynie wykorzystywać je do sformułowania aktualnego komentarza?

RBJ: Rozpoznaję to po tym, czy inscenizacja pogłębia rozumienie dzieła, czy je spłaszcza. jeżeli po spektaklu chcę natychmiast wrócić do partytury i libretta, ponieważ odkryłam w nich coś nowego – to dobry znak. jeżeli spektakl redukuje dzieło do jednego aktualnego hasła i każe mi o nim zapomnieć – jest tylko efektownym komentarzem.

Wspomniane „Paria” i „Jawnuta” były właśnie takimi otwarciami. Pokazały, iż utwory te mają ogromną siłę dramatyczną i współczesny rezonans, gdy tylko pozwoli się im naprawdę zabrzmieć.

SG: W opowieści o pani dyrekcji często pojawiają się słowa „nowoczesność”, „otwartość” i „inkluzywność”. Po czym konkretnie można dziś rozpoznać, iż zmieniła się nie tylko artystyczna narracja Teatru, ale także jego publiczność? Kto znalazł w nim miejsce, którego wcześniej dla siebie nie widział?

RBJ: Zmieniła się publiczność – stała się młodsza, bardziej różnorodna, bardziej poznańska, a jednocześnie międzynarodowa.

Przyszli ludzie, którzy wcześniej myśleli, iż opera nie jest dla nich – studenci, nauczyciele, przedstawiciele różnych środowisk. Przyszli także ci, którzy wrócili po latach, ponieważ poczuli, iż teatr mówi ich językiem.

Inkluzywność to nie tylko hasło. To konkretne działania: ceny biletów, edukacja, sposób komunikacji, wybór tematów oraz otwartość na różne wrażliwości. Efekt widać w tym, kto siedzi na widowni i jak reaguje.

SG: Ostatnim latom pani dyrekcji towarzyszyły zarówno międzynarodowe nagrody i pełne widownie, jak i krytyczne głosy. Czy w swoim stylu kierowania instytucją widzi pani dziś elementy, które mogły być przez ludzi odbierane inaczej, niż pani zamierzała?

RBJ: Praca z dużą, zróżnicowaną grupą artystów i współpracowników uświadomiła mi, jak delikatna jest sztuka dostrajania rytmu i sposobu komunikacji. Opera obfituje w emocje – zarówno na scenie, jak i za kulisami – a ja nauczyłam się, iż kultura organizacyjna wymaga nie tylko pasji, ale także sporego dystansu wobec jej naturalnych absurdów. Tę odporność szlifowałam przez wszystkie te lata z zainteresowaniem i pokorą.

SG: Bilans tych czternastu sezonów obejmuje znaczące sukcesy artystyczne i instytucjonalne. Gdyby jednak miała pani wskazać jeden z nich – osobiście dla pani najważniejszy – który by pani wybrała?

RBJ: Najważniejszy sukces? To, iż udało nam się sprawić, iż publiczność zaczęła naprawdę słuchać Moniuszki i polskiego repertuaru z emocją i dumą, a nie z obowiązku.

Że „Paria”, „Jawnuta” i „Straszny dwór” w nowych odczytaniach stały się wydarzeniami. I iż zbudowaliśmy zespół – orkiestrę, chór, balet i solistów – który wierzy w tę drogę.

To jest fundament, którego nic nie zastąpi.

SG: Co z tego, co pani zbudowała, sukcesor powinien zachować, a co świadomie zmienić, żeby Teatr przez cały czas się rozwijał? I gdzie w tej nowej rzeczywistości widzi pani samą siebie: ponownie na czele dużej instytucji, w bardziej autorskim przedsięwzięciu czy już w zupełnie innym miejscu kultury?

RBJ: Następca powinien zachować konsekwencję artystyczną, odwagę w programowaniu polskiego repertuaru, wysoki poziom codziennych spektakli oraz zapraszanych realizatorów i artystów zewnętrznych.

fot. Bartek Barczyk

Powinien także dbać o należyty poziom zawodowej empatii, kompetencji i komunikacji w zespole, o balans pomiędzy wyobrażeniami pracowników a potrzebami odbiorców, o dalsze poszerzanie publiczności i wzmacnianie pozycji zespołu.

Zmieniać? Wszystko, co wymaga świeżego spojrzenia – nowe tytuły, nowe pokolenie twórców, nowe formy relacji z widzem i pracownikiem. Teatr musi się rozwijać. A ja? Na razie czuję ogromną potrzebę oddechu i refleksji. Chcę pisać, spotykać się z ludźmi, może zrealizować jeden lub dwa bardzo autorskie projekty.

Nie mówię „nigdy więcej” dużej instytucji, ale na pewno nie od razu. Potrzebuję czasu, żeby znów poczuć głód, a nie zmęczenie.

fot. Ewa Krasucka

Renata Borowska-Juszczyńska – menedżerka kultury, kulturoznawczyni i dyrektorka Teatru Wielkiego im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu. Z instytucją była związana od 2010 roku, najpierw jako dyrektorka artystyczna, a od 2012 roku jako dyrektorka naczelna. W latach 2016–2022 zasiadała w zarządzie Opera Europa. Promowała twórczość Stanisława Moniuszki i polski repertuar za granicą; za jej kadencji poznański Teatr Wielki dwukrotnie zdobył International Opera Award w kategorii „Dzieło odkryte na nowo” – za „Parię” w 2021 i „Jawnutę” w 2023 roku. Doprowadziła do największej w historii sceny modernizacji technologicznej. Wcześniej była związana z Towarzystwem Muzycznym im. Henryka Wieniawskiego, Fundacją Festiwalu Teatralnego Malta i Fundacją Nuova, którą założyła. Absolwentka kulturoznawstwa UAM, w 2025 roku uzyskała dyplom MBA in Arts Innovation. W czerwcu 2026 roku otrzymała Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i odznakę „Za zasługi dla województwa wielkopolskiego”.

Idź do oryginalnego materiału