Po latach przez cały czas bezkonkurencyjni – Ich Troje rozpalili warszawską Progresję!

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: IMG_9229


Co to był za wieczór. Co to było za show!
13 lutego w warszawskiej Progresji przeżyłam jeden z najlepszych koncertów klubowych w swoim życiu. Ich Troje są w absolutnie szczytowej formie, a to, co wydarzyło się tego dnia na scenie, na długo zostanie w mojej pamięci.

To nie był zwykły koncert – to było pełnoprawne widowisko dopracowane w każdym detalu. Świetne aranżacje, przemyślane stylizacje, tancerze, ogień, confetti… wszystko miało swoje miejsce i sens. Dawno nie widziałam tak profesjonalnie przygotowanego polskiego koncertu w klubowej przestrzeni.

Do Warszawy dotarłam wcześniej. O siedemnastej do klubu zaczęły wchodzić osoby z biletami „Sponsor”, które miały okazję uczestniczyć w próbie i spotkaniu z zespołem. Reszta fanów – w tym ja – ustawiła się w kolejce. Z minuty na minutę było nas coraz więcej. Widać było, iż przyszli tu ludzie, dla których ten zespół znaczy naprawdę dużo.

Drzwi planowo miały zostać otwarte o osiemnastej, pojawiło się jednak niewielkie opóźnienie. Kilka minut później byliśmy już w środku. Uwagę od razu przyciągało stoisko z merchem – przypinki, koszulki, płyty, flagi. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ja jednak najpierw pobiegłam pod scenę. Udało mi się stanąć w drugim rzędzie – lepiej być nie mogło.

Wokół mnie same sympatyczne osoby. Słyszałam rozmowy o tym, kto jak długo słucha zespołu – padały liczby: 20, 30, 17 czy 8 lat. To robiło wrażenie. Ludzie przyjechali z różnych części Polski, co tylko potwierdza, jak wierną publiczność ma Ich Troje.

Im bliżej było dwudziestej, tym bardziej rosło napięcie. Zaczęły się wspólne śpiewy i odliczanie.

Koncert rozpoczął się instrumentalnym wstępem z ważnymi komunikatami, a chwilę później wybrzmiało „Mam już dość”. Już wtedy wiedziałam, iż to będzie intensywny wieczór. Energia ze sceny była natychmiastowa. Nie sposób nie wspomnieć o stylizacji Michała – oryginalnej, wyrazistej i jak zawsze w jego stylu.

Kolejne utwory pochodziły z najnowszej płyty „Wybija jedenasta”. „Układ Warszawski” wzbogacono fragmentem „Snu o Warszawie” Czesława Niemena – publiczność odśpiewała ten moment w całości. Później przyszło chwytliwe „Siódme niebo”, które błyskawicznie porwało salę.

Nie zabrakło „Lecz to nie to” w wykonaniu Jacka Łągwy. Zupełnie inny, mocniejszy klimat przyniosło „Zastrzel mnie” z albumu „7 grzechów głównych” w wykonaniu Martyny Majchrzak – zjawiskowej na scenie i bezbłędnej wokalnie. Refren śpiewany razem z publicznością miał prawdziwą siłę.

Usłyszeliśmy też „Vater Unser”, „Ci wielcy” oraz „Nie pytam Cię o miłość” – utwór, który zdecydowanie zasługuje na radiowy sukces. Melodyjny, przebojowy, z refrenem, który zostaje w głowie na długo.

Romantycznym momentem wieczoru było „Tobą oddychać chcę”, wykonane nastrojowo w przeddzień Walentynek. Jednym z najbardziej poruszających fragmentów koncertu był jednak występ Michała z córką, Etiennette Wiśniewską. Wspólnie zaśpiewali „Ikar” – cover utworu „Viens, viens”. To była prawdziwa rozmowa ojca z córką: dojrzała, szczera, pełna emocji.

Nie zabrakło eurowizyjnego „Keine Grenzen” ani „Powiedz” – utworu, który przyniósł zespołowi ogromną rozpoznawalność. Flagi, pochodnie, choreografie to wszystko budowało wyjątkowy klimat.

„Wypijmy za to” z albumu „Ad. 4” otrzymało efektowną oprawę – łóżko na scenie, szampan wystrzelony w stronę publiczności i fragment „No Woman, No Cry” na zakończenie. Publiczność oszalała.

Jednym z najmocniejszych momentów było wykonanie „Jeanny” – utwór oryginalnie wykonywany przez Falco. Michał odegrał tę scenę niemal teatralnie. Zakrwawiona piżama, pióra unoszące się i finał w kaftanie bezpieczeństwa. Odważnie, mocno, bez kompromisów.

Były też „Dziewczyny ulicy”, „Nowa ziemia”, „Kochaj mnie, kochaj”, „Kochać kobiety” oraz energetyczny „Najpiękniejszy festiwal świata (Supeł)” inspirowany klimatem Pol’and’Rock Festival.

Na finał wybrzmiały „A wszystko to… bo ciebie kocham” i „Zawsze z tobą chciałbym być” – przy którym wystrzeliło confetti. Wydawało się, iż to już koniec, ale na sam finał usłyszeliśmy jeszcze „Bella Ciao”.

Po koncercie odbyło się spotkanie Meet & Greet. W międzyczasie wróciłam do stoiska z merchem i kupiłam koszulkę oraz przypinkę. Samo spotkanie przebiegło w bardzo miłej atmosferze – bez dystansu, bez stresu. Zespół był otwarty i serdeczny.

Podsumowując – to zdecydowanie najlepszy koncert klubowy, na jakim byłam. Nigdzie wcześniej nie widziałam takiego zaangażowania, takiej ilości efektów specjalnych i tak dobrej organizacji w jednej, klubowej przestrzeni. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Setlista okazała się idealnie wyważona. Pojawiły się zarówno nowe utwory, jak i największe klasyki zespołu, dzięki czemu każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Muszę też dodać, iż piosenki z najnowszej płyty „Wybija jedenasta” na żywo brzmią zdecydowanie lepiej niż w wersjach studyjnych – mają więcej energii i jeszcze mocniej wybrzmiewają emocjonalnie.

Publiczność bawiła się rewelacyjnie, co było widać i słychać przez cały wieczór. Praktycznie nie było momentu, w którym sala nie śpiewałaby razem z zespołem. Ten kontakt między sceną a fanami był naprawdę wyjątkowy – naturalny, swobodny i pełen wzajemnej energii.

Jeśli ktoś ma okazję wybrać się na klubowy koncert Ich Troje, gorąco zachęcam, by zobaczyć to na żywo. Tym bardziej iż takich okazji nie brakuje – zespół regularnie ogłasza kolejne daty i lokalizacje.

Relacja i zdjęcia: Lara (@_malaladypunk)

Screenshot
Screenshot

Idź do oryginalnego materiału