Pieśń krwi – recenzja książki. Wszędzie chaos

popkulturowcy.pl 3 godzin temu

Pieśń krwi to powieść Grega Beara z 1985 roku, wydana w Polsce po raz pierwszy w 1992. Wydawnictwo Vesper postanowiło przypomnieć ten tytuł i wypuściło go ponownie w odświeżonej wersji. Jak ta ponad czterdziestoletnia historia wypada dzisiaj? Powiedzmy, iż nie wszystko zestarzało się dobrze.

Sam pomysł na fabułę to zdecydowanie najmocniejszy punkt książki Pieśń krwi. Vergil Ulam to genialny naukowiec pracujący dla korporacji Genetron. Firma próbuje stworzyć biochipy do zastosowań medycznych. Vergil ma jednak większe ambicje. Potajemnie prowadzi badania nad stworzeniem samoświadomych komórek. Gdy zostaje przyłapany, jego projekt ma zostać zniszczony. Aby temu zapobiec, wstrzykuje zmienione komórki do własnego ciała. Tym samym uruchamia lawinę wydarzeń, które wpłyną na cały świat.

Koncept jest naprawdę intrygujący. Myślące komórki uczą się funkcjonować, budują struktury i tworzą coś na kształt społeczeństwa. Dla nich ludzkie ciało staje się całym wszechświatem. To pomysł z ogromnym potencjałem i na początku mocno przyciąga.

Problemy zaczynają się przy samym bohaterze. Vergil jest inteligentny, ale jednocześnie uparty i krótkowzroczny. Nie chodzi tylko o sam eksperyment. Ulam uważa się za kogoś lepszego od innych i zawsze usprawiedliwia swoje decyzje. choćby gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, wciąż widzi siebie jako pioniera wielkich zmian. Może i częściowo ma rację, ale jego pycha i brak pokory sprawiają, iż trudno go polubić. Niestety dotyczy to także innych postaci. W książce brakuje bohaterów, którym można kibicować.

Kolejny problem to kierunek fabuły. Mam wrażenie, iż autor zmieniał koncepcję w trakcie pisania. Historia zaczyna się jako science fiction, potem skręca w stronę horroru postapo, a na końcu przechodzi w filozoficzne rozważania o naturze istnienia. Samo w sobie to nie jest złe, ale tutaj przejścia są nagłe i chaotyczne. Przez to łatwo wypaść z klimatu.

Fot. Materiały promocyjne Vesper

Nie pomaga też styl pisania. Książka porusza trudne zagadnienia naukowe i skomplikowane teorie. Niestety sposób ich przedstawienia jest ciężki i mało przystępny. Momentami można mieć wrażenie, iż problem leży po stronie czytelnika, ale to raczej kwestia formy. Opisy są rozwlekłe i mało klarowne.

Dla porównania warto spojrzeć na Projekt Hail Mary. Tam również pojawiają się trudne tematy, ale są przedstawione prostym i zrozumiałym językiem. Dzięki temu angażują, zamiast męczyć. Pieśń krwi próbuje poruszyć zbyt wiele naraz. Mikro i makroświat, umysł zbiorowy, natura wszechświata – wszystko wrzucone do jednego worka i opisane w sposób, który potrafi przytłoczyć.

Nawet monologi wewnętrzne przypominają filozoficzne rozprawy. Rzadko schodzą na bardziej osobisty poziom. Dialogi wypadają lepiej, brzmią naturalniej, choć też zależy to od postaci.

Ostatecznie nie jest to zła książka, ale wyraźnie nierówna. Pomysł na inteligentne mikroorganizmy jest bardzo ciekawy. Pojawiają się też momenty bardziej osobiste, które czyta się przyjemnie. Interesujące są również reakcje ludzi na zmieniający się świat.

Niestety to wady dominują nad zaletami. Ciężki styl, niesympatyczne postacie i przeładowanie tematami sprawiają, iż lektura bywa męcząca. Obawiam się, iż wielu współczesnych czytelników gwałtownie się odbije. Znajdą się jednak tacy, którzy docenią tę historię. Ja raczej do niej nie wrócę.


Autor: Greg Bear
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Okładka: Miachał Loranc
Wydawca: Vesper
Premiera: 11 marca 2026
Oprawa: twarda
Stron: 400
Cena katalogowa: 69,90 zł.


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Vesper. Dziękujemy!
Fot. główna: materiały promocyjne – kolaż (Vesper)

Idź do oryginalnego materiału