„Piesek” – Był sobie pies, był sobie człowiek [RECENZJA]

filmawka.pl 10 godzin temu

Są słodkie, puszyste, szczere i gwałtownie obdarzają swojego człowieka niczym nieskrępowaną ufnością. Nic dziwnego, iż pieski niejednokrotnie budziły zainteresowanie twórców kina familijnego. Od Zakochanego kundla (1955) po Cziłałę z Beverly Hills (2008) czworonożni bohaterowie oczarowywali widzów swoim urokiem. Nie inaczej jest w przypadku protagonisty filmu Piesek, który udowadnia, iż pieskie życie, choć trudne, wcale nie musi być samotne.

Omawiana tu produkcja pochodzi z Tajlandii, gdzie bezpańskie psy wciąż stanowią problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Część z nich kręci się przy śmietnikach, inne zaczepiają pasażerów na dworcu. Gohan, bohater filmu, jest takim właśnie kundelkiem. Zresztą jeden z wcielających się w niego psich aktorów również spędził część życia „na ulicy”. Za produkcję projektu odpowiadała tajska wytwórnia GDH 559, która od kilku lat próbuje podbić zagraniczne kina. Dwa lata temu udało im się to z filmem Jak zdobyć miliony, zanim babcia umrze, który był wyświetlany w ponad 100 państwach. Prawdopodobnie Piesek miał niejako powtórzyć ten sukces, uderzając w podobne słodko-gorzkie tonacje i temat, z którym łatwo się utożsamić widzom na całym świecie. Mimo iż dystrybucja tegorocznej produkcji jest nieco skromniejsza, to przez cały czas pozostaje ewenementem w skali tajskiej kinematografii, o czym świadczy chociażby fakt, iż Pieska możemy oglądać w polskich kinach.

fot. „Piesek” / materiały prasowe GDH

Film składa się z trzech części, pokazujących kolejno młodość, dorosłe życie i starość tytułowego bohatera. Za reżyserię każdej z nich odpowiedzialny był inny twórca (byli to odpowiednio: Chayanop Boonprakob, Nattawut Poonpiriya i Atta Hemwadee). W poszczególnych segmentach zmieniają się także ludzcy bohaterowie, opiekujący się pieskiem, a on sam otrzymuje różne imiona – najpierw Gohan, później Brownie, a na końcu Hima. Warto przyjrzeć się pokrótce wszystkim trzem częściom, bo każda ma nieco inną tonację.

Pierwsza opowiada o starszym inżynierze, który musi pogodzić się z przejściem na emeryturę. Mężczyzna znajduje Gohana pod 7-Eleven, a relacja ze zwierzęciem gwałtownie zaczyna przypominać memiczny schemat „stary i pies po tygodniu”. To chyba najbardziej przyjemny ze wszystkich segmentów, wypełniony serią drobnych żartów. Zręcznie wpleciono tu też wątek międzynarodowy, bo inżynier jest Japończykiem i w paru momentach zwraca się do psa w swojej ojczystej mowie.

W drugiej części natomiast Gohan poznaje także birmański, bo tym językiem posługuje się Namcha – imigrantka pracująca w prywatnym schronisku dla zwierząt. Tutaj twórcy wprowadzają lekkie napięcie i zawiązana zostaje interesująca intryga. Nie jest to zresztą zaskoczenie, bo za reżyserię odpowiadał Nattawut, który specjalizuje się w podobnej formule. Nie ukrywam, iż uważam tę część za najlepszą ze wszystkich z racji na dość wartką akcję. Ponadto nieczęsto w tajskim kinie komercyjnym można zetknąć się z problematyką birmańskiej imigracji, a tutaj jest ona przedstawiona z pewnymi niuansami. Segment ten świetnie równoważy sentymentalny ton pozostałych scen.

Natomiast w ostatniej części przygód Gohana towarzyszy mu parka tajskich studentów, którzy w towarzystwie psa przeżywają swój situationship. Ich relacja, choć niejednoznaczna, została mocno rozwleczona. Trzeci segment ratuje jednak zastosowanie kilku animowanych ujęć, które stanowią pewną wizualną atrakcję i zaskakująco dobrze łączą się z resztą filmu.

Jednakowoż wszystkie trzy części opowiadają o tym samym, bo w centrum zawsze pozostaje siła relacji człowieka ze zwierzęciem. Sam motyw „bezpańskości” jest tu ciekawie użyty, bo nie tylko Gohan zostaje przedstawiony jako wieczny tułacz. Każdy z ludzkich bohaterów również przeżywa jakiś rodzaj odrzucenia i samotności. W zasadzie w każdej części to raczej pies „adoptuje” swoich ludzi niż na odwrót, a jego towarzystwo staje się pocieszeniem w alienującej rzeczywistości. Podobny trop podejmowany był już w kinie kilkukrotnie, a fani filmowej klasyki z pewnością przypomną sobie chociażby Flika z Umberto D. Pies to tutaj nie tyle najbliższy, co jedyny przyjaciel człowieka.

Piesek to kino komercyjne i w takich kategoriach należy go rozpatrywać. Znajdziemy kilka momentów zalatujących scenariuszowym lenistwem, ale najbardziej drażniła mnie sztuczność kilku sekwencji, które miały podkreślać bliskość relacji zwierzęco-ludzkich, niechybnie popadając w przesadny sentymentalizm. Mimo tego może czasem warto zadbać o swój poziom kortyzolu. Wówczas Piesek to przyjemny feel-good movie na wieczór – tylko i aż tyle.

Korekta: Anna Czerwińska

Idź do oryginalnego materiału