* * *
– Książka „Dzieci ze stacji Sybir” to zapis dramatycznych wydarzeń i bolesnych ludzkich doświadczeń. Do czego dziś można w ogóle porównać los zesłanych na Syberię?
– Nie chciałabym szukać współczesnego odpowiednika dla takich doświadczeń. Dla moich bohaterów było to całkowite wyrwanie z dotychczasowego świata: utrata domu, poczucia bezpieczeństwa, często rozdzielenie z rodziną, a do tego konieczność natychmiastowego zmierzenia się z rzeczywistością, na którą nikt nie był przygotowany – ani fizycznie, ani psychicznie. Jeszcze wczoraj był dom, szkoła, znajome twarze sąsiadów. Nazajutrz – bydlęcy wagon, zaryglowane drzwi, strach i pytanie, czy uda się przeżyć kolejną dobę. Żadne dzisiejsze porównanie nie oddałoby skali tego doświadczenia.
Śmierć stała się codziennością
– To zapytam inaczej. Które ze wspomnień najbardziej zapadło pani w pamięć?
– Trudno wskazać jedno, bo każdy z moich rozmówców wyniósł stamtąd własne, bolesne wspomnienia. Początek dla wielu deportowanych wyglądał podobnie. Nad ranem do domów wchodzili uzbrojeni funkcjonariusze, przeprowadzali rewizję, kazali się pakować, padały groźby, płakały kobiety i dzieci. W relacji Franciszki Sienkiewicz pojawia się jednak scena, która szczególnie zapadła jej w pamięć – jeden z enkawudzistów na oczach dzieci zastrzelił domowego psa. Dla dorosłego mogło to wydawać się epizodem wobec wszystkiego, co wydarzyło się później. Dla dziecka był to dramat nie do wytłumaczenia i jeden z pierwszych obrazów tej nocy. Później, już w transporcie, dzieci także stawały się świadkami śmierci. W lutowe mrozy zdarzało się, iż ludzie umierali w bydlęcych wagonach, a gdy pociąg się zatrzymywał, ich ciała po prostu wyrzucano na stację, bez pożegnania, bez pogrzebu. Pierwsza, pojedyncza śmierć była dramatycznym wstrząsem, czymś, co zapadało w pamięć na całe życie. Kolejne dziesiątki zgonów, powtarzające się już przez następne dni, tygodnie i miesiące, stawały się – jak mówili sami bohaterowie – okrutną codziennością, choć wcale nie przestawały boleć. Zwłaszcza gdy odchodzili najbliżsi – rodzice, rodzeństwo, dziadkowie. Bywały obrazy, których dziecięcy umysł nie potrafił zrozumieć – pozostawało tylko odrętwienie i bezsilność. Pani Michalina Gumińska, zesłana do posiołka (rosyjskie określenie osiedla dla zesłańców na Syberię – przyp. red.) w obwodzie omskim, wspominała zbiorowe doły, do których wrzucano zmarłych – bez trumien, bez pogrzebu. Grozę potęgował fakt, iż opłakujący bliskich zesłańcy słyszeli, jak nocą do dołów podchodzą wilki, wygrzebują ciała i wywlekają je na powierzchnię. To potworne wspomnienia; możemy się jedynie domyślać, co te dzieci wtedy przeżywały i niosły w sobie przez całe dorosłe życie, bo takie obrazy nie blakną tylko dlatego, iż upływa czas.
– Symbolem tamtego głodu bywa zupa z pokrzywy – tak zawsze wspominała moja babcia, sybiraczka.
– I słusznie, choć to było danie w najlepszym wydaniu – o ile w ogóle udało się znaleźć pokrzywę. Na bezkresnym stepie, gdzie dookoła nie rosło żadne drzewo, a gdzieniegdzie majaczyła na horyzoncie tylko pojedyncza kępka zieleni, zdobycie czegokolwiek jadalnego było prawdziwym wyzwaniem. Dzieci wspinały się na młode brzózki po ptasie jaja, a czasem udawało im się zdobyć choćby wronie pisklęta, z których gotowano potem zupę z dodatkiem pokrzywy lub lebiody. Gdy i tego zabrakło, przeszukiwano kołchozowe śmietniki w poszukiwaniu rybich resztek, z których dało się jeszcze coś wydłubać. Pożywienia szukano dosłownie wszędzie, każdego dnia od nowa, z pomysłowością, jaką dziś trudno sobie wyobrazić.




