Śniło mi się, iż moja córka wyszła za mąż za chłopaka z Krakowa. Przez dwa lata mieszkałam razem z nimi ich blok był pełen niekończących się korytarzy i przesuwających się drzwi, a ja zajmowałam się wnuczkiem i pilnowałam, by w lodówce zawsze było świeże mleko i świeży chleb z makiem.
Córka i jej mąż pracowali w tej samej krakowskiej korporacji i wieczorami wracali jakby we śnie, rozmawiając szeptem po korytarzu. Liczyłam, iż zostanę w tym świecie na dłużej, ale wszystko rozpuściło się jak mgła nad Wisłą. Pewnego dnia zięć, z oczami jak mętna woda, powiedział, iż już nie potrzebują mojej pomocy i iż powinnam wyfrunąć z ich mieszkania. Miesiąc później, już w moim własnym M na warszawskim osiedlu, czułam się jak gość na własnych urodzinach.
W tym czasie, gdy byłam u córki, mój syn rozpadł się na kawałki jak porcelanowy dzban; rozwiódł się z pierwszą żoną, zwinął graty i zamieszkał u mnie, chociaż pod moim dachem panowały teraz inne reguły. Przywiódł ze sobą nową żonę, Halinę, z brzuchem okrągłym jak księżyc w pełni, a o pozwolenie nie zapytał, jakby wszystko w tym mieszkaniu było snem zbiorowym.
Czy powinnam podrzucić syna i Halinę wprost w ramiona nocnego tramwaju numer 9? Nie mam serca do takich ruchów. Ale jak wyśnić dla nas czwórkę życie w jednopokojowym M, gdzie choćby półka na książki staje się ławką do spania? Syn i ja nie mamy ani grosza żyjemy od emerytury do emerytury, a złotówki tańczą nam na palcach.
Zadzwoniłam do córki, opowiedziałam jej o tym labiryncie, gdzie ściany są miękkie jak puch i wszystko się przesuwa. Miałam nadzieję, iż zadzwoni z powrotem, rzuci słowo, może zaprosi mnie z powrotem. Ale słuchawka milczała jak pusty kościół. Może Wolica to już inny świat, z innymi zwyczajami
Zachowanie syna nie powinno mnie dziwić. Nie spodziewał się, iż ja tu wrócę, jak widmo z przeszłości. Teraz nocuję na kanapie w kuchni, a nad ranem budzi mnie zapach kawy i głosy sąsiadów zza ściany. W ciągu dnia wychodzę na miasto; odwiedzam dawną szkołę, w której pracowałam, gadam z dawnymi koleżankami w parku, pośród szarych łabędzi. Z synem rozmawiam spokojnie, ale Halina traktuje mnie jak powietrze. Czuje się tutaj obco, jakby to mieszkanie należało wyłącznie do niej.
Nigdy nie pomyślałabym, iż na starość sześćdziesiątka wybiła jak dzwon Mariacki będę nikomu niepotrzebna, a w moim własnym domu główną rolę będzie grała ktoś inny. Syn myśli tylko o Halinie i dziecku, a nasz wspólny dach nie spędza mu snu z powiek.
Szukam pracy na pół etatu może w bibliotece, może w kiosku na rogu. Rodzice Haliny śnią wiejskie pejzaże pod Kielcami. Może powinnam jej zasugerować, żeby przenieśli się do nich? Tylko czy mój syn znajdzie tam jakąkolwiek robotę poza liczeniem gwiazd nad stodołą? Nie sądzę. Kręcę się w tym śnie jak motyl zamknięty w słoiku i nie mogę się zdecydować, jak obudzić się do nowego dnia…
