Petula Clark by PipPołączenie telefoniczne z Genewą. Mieszka tam od dawna, choć przyszła na świat w angielskim Ewell. W słuchawce ciepły głos, wcale nie brzmiący na 93 lata. Petula Clark. Absolutna legenda muzyki.
Zadebiutowała już jako siedmiolatka, w 1939 roku, na antenie BBC. W przeciągu następnych kilku lat stała się radiową gwiazdą, w czasach, gdy radio było najpopularniejszym środkiem masowego przekazu. Uwielbiana była zwłaszcza przez walczących na froncie II wojny światowej żołnierzy. Z tamtego czasu zachowało się choćby urocze zdjęcie, na którym kilkuletnia Petula rozdaje autografy grupie otaczających ją wojskowych.
Od radia do telewizji i kina droga nie była długa. Od połowy lat 40. Petula święciła triumfy na wielkim i małym ekranie, stając się prawdziwą dziecięcą gwiazdą. “Brytyjską Shirley Temple”. Jako nastolatka zaczęła też śpiewać. Jej nagrania niemal od razu podbiły serca brytyjskich słuchaczy. Petula prześpiewała lata 50. Z dziecięcej gwiazdy stała się pełnoprawną gwiazdą muzyki. Nagrywała nie tylko po angielsku, ale i po niemiecku, włosku czy francusku. Jej muzyka rozchodziła się po niemal całym starym kontynencie.

Lata 60., skądinąd najważniejsze dla kariery Petuli, były już trzecią dekadą jej muzycznej działalności. W 1961 roku Clark wyszła za francuskiego publicystę, Claude’a Wolffa, z którym małżeństwo tworzyła przez następne sześćdziesiąt trzy lata. Z mężem przeprowadziła się do Paryża. I to w tym paryskim okresie, niespodziewanie, kariera Petuli nabrała zupełnie nowego tempa. Wszystko za sprawą napisanego przez Tony’ego Hatcha, z którym Petula już od jakiegoś czasu współpracowała, hitu “Downtown”. Piosenka, opowiadająca o rozwibrowanym, swingującym centrum bliżej nieokreślonego miasta, stała się niemal hymnem lat sześćdziesiątych. Był rok 1964. W lutym Beatlesi podbili Stany Zjednoczone. Za oceanem czwórkę z Liverpoolu witano jak bogów. Zaczęła się brytyjska inwazja. “Downtown” było częścią tej muzycznej rewolucji. Pod koniec roku Amerykanie jak boginię powitali też Petulę. Jej występ w programie Eda Sullivana, podobnie jak występ Beatlesów, przeszedł do historii popkultury.
O mieszkającej w Paryżu Angielce dowiedział się cały świat. Petula była drugą, po Verze Lynn, brytyjską wokalistką, której piosenka sprzedała się w USA w milionie egzemplarzy. Ruszyła cała machina. Nagrody Grammy. Występy w telewizji. Role filmowe. Rezydentury w najznamienitszych hotelach. Opera w Sydney. Royal Albert Hall. Paryska Olympia. Nowe nagrania. Nowe płyty. Kolejne przeboje. Autorskie programy telewizyjne. Występy dla brytyjskiej królowej. Oscar za najlepszy filmowy utwór. Kolejne dekady były dla Petuli właśnie takie… To jedna z najciekawszych i wbrew pozorom największych karier w historii branży rozrywkowej. Tym bardziej fascynująca, iż trwa do dziś.
W rozmowie z Maksem Wieczorskim, Petula Clark opowiada o swojej tajemnicy ośmiu dekad zawodowej aktywności, o szalonych latach 60-tych oraz znajomości z Johnem Lennonem.
Z moich obliczeń wynika, iż śpiewasz od ponad ośmiu dekad. Jesteś najdłużej aktywną zawodowo wokalistką w historii muzyki.
To ciekawe, nie wiedziałam! Ale mówiąc szczerze, w ogóle nie interesuje mnie mój wiek.
Ale osiem dekad to przecież niewiarygodna perspektywa. Jak to się robi? Jak to jest śpiewać przez tak długi czas?
Sama nie wiem. Po prostu lubię to, co robię. Od zawsze, od samego początku, śpiewałam, bo to kochałam. I teraz też śpiewam, bo to kocham. Myślę, iż miałam też sporo szczęścia. Natura dała mi talent. I poza tym talentem nie wiem, jaka jest tego tajemnica. To oczywiście publiczność sprawiła i sprawia, iż to wszystko się dzieje. Bo jeżeli wtedy były – i teraz przez cały czas są – osoby, którym to moje śpiewanie się podoba, to czemu miałabym tego nie robić?
Racja! To, co dla mnie jest w twojej historii najwspanialsze, to dekada lat 60-tych. To czas, kiedy kultura, jaką znamy obecnie, była stwarzana…
Tak, to prawda.
…a ty brałaś w tym udział. Myślisz czasem sobie, iż współkreowałaś popkulturę?
Absolutnie nie! Wiesz, napisałam teraz autobiografię, Is that you, Petula?. Coś, na co nie chciałam się zgodzić przez lata. A to wynikało z tego, iż nie lubię patrzeć wstecz. Nie jestem zbyt nostalgiczną osobą. Nie słucham swoich starych nagrań. Kocham oglądać stare filmy, ale nie te, w których występuje. Żyję dniem dzisiejszym, ewentualnie przyszłością. Ale jeżeli lata 60-te rzeczywiście cię interesują, mogę spojrzeć wstecz…

Co pierwsze przychodzi ci na myśl, gdy myślisz o tej dekadzie?
Śpiewałam od dziecka, więc dekada lat 60-tych nie była dla mnie początkiem kariery. Ale na pewno była ważna. Zrealizowałam wtedy z Tony’m Hatchem w Londynie taką piosenkę, “Downtown”. Może kojarzysz?
Oczywiście, iż kojarzę. “Downtown” to hymn lat 60-tych.
Po nagraniach polubiłam ten utwór. Uważałam, iż zarejestrowaliśmy świetny materiał. Nie wiedziałam, iż jego popularność przyjmie tak monstrualne rozmiary. To jedno skojarzenie, a drugie to… Londyn.
Ale nie mieszkałaś wtedy w Londynie.
Nie, mieszkałam wtedy w Paryżu, bo wyszłam za Francuza. Ale w Londynie często bywałam.
Jakie to było wtedy miasto?
Londyn się obudził. Ludzie nagle zorientowali się, iż mają talent. I to wszystkie rodzaje tego talentu. Muzyka. Moda. Wszystko się zmieniało. Cały świat się zmieniał. A Londyn nadawał temu rytm. Byliśmy pierwszą linią frontu. A polem walki były Stany Zjednoczone. Pamiętam, kiedy “Downtown” zostało numerem jeden w Ameryce. Zostałam tam zaproszona.
W Stanach witano cię niemal jak Beatlesów.
Kiedy przyleciałam, okazało się, iż też jestem częścią brytyjskiej inwazji…
Pamiętasz pierwszy raz, gdy Tony Hatch zagrał ci melodię “Downtown”?
Pamiętam bardzo dobrze. Mieszkałam, jak już wspomniałam, w Paryżu i Tony, który był producentem mojego francuskiego albumu, przyjechał do mnie, żeby dogadać kwestie następnej sesji nagraniowej w Londynie. Nagrywałam wtedy po francusku, włosku i niemiecku, ale nie chciałam śpiewać po angielsku. Mieszkałam w końcu we Francji i wiodłam tam wspaniałe życie. Tony zaczął mnie jednak przekonywać do nagrania anglojęzycznej płyty. Powiedział, iż napisał piosenkę i zapytał, czy chociaż zgodzę się ją przesłuchać. Zgodziłam się. Zanim jednak zaczął grać, poszłam do kuchni zaparzyć herbatę. I wtedy usłyszałam melodię “Downtown” po raz pierwszy.
Robiąc herbatę?
Dokładnie tak. Wróciłam do salonu i zobaczyłam, iż Tony gra na moim fortepianie. “Piękna melodia, jak się nazywa”, zapytałam. “Chyba nazwę ją “Downtown” – powiedział – Nie skończyłem jeszcze słów”. “To skończ je pisać i nagramy ją”, zdecydowałam.
Śpiewając ten utwór, masz w głowie jakieś konkretne “downtown”, konkretnego, ważnego dla ciebie, miasta?

Wiesz, mam wtedy w głowie bardzo wiele miast. Podróżowałam i przeprowadzałam się w swoim życiu wielokrotnie. Paryż, Nowy Jork, Londyn, Los Angeles, Manchester – śpiewając, przelatują w mojej głowie centra tych wszystkich miast. Wiele różnych obrazów. Natomiast Tony pisał o Ameryce. Zresztą ta piosenka ma dość amerykańskie brzmienie. Wiele osób w Stanach nie wiedziało nawet, iż jestem Angielką.
John Lennon śpiewał, iż “życie wydarza się, gdy jesteś zajęty snuciem planów” (“life is what happens while you’re busy making other plans”). Chyba tak też było z “Downtown”. Ta piosenka zmieniła twoje życie.
Oczywiście. Choć nigdy nie miałam jakiegoś konkretnego planu na karierę… Przed “Downtown” wiodłam piękne, szczęśliwe życie. Mieszkałam we Francji. Miałam dwójkę małych dzieci i wspaniałego męża. Często jeździłam do Londynu. Odwiedzałam moją angielską rodziną. Byłam dość popularna, realizowałam się w swoim zawodzie. I nagle to życie rzeczywiście zmieniło się diametralnie. Zostałam gwiazdą w Stanach, a to naprawdę zmienia wszystko. Nigdy tego nie planowałam. choćby o tym nie marzyłam. To po prostu się stało.
Cieszyłaś się, gdy to się wydarzyło?
Bardzo. Myślę, iż większość europejskich muzyków chciałaby odnieść sukces za oceanem. Bo nie ukrywajmy, iż koniec końców wszyscy śpiewają amerykańskie piosenki. Sukces tam smakuje wspaniale. Ale naprawdę sądzę, iż nie da się tego “zrobić”. To się musi “stać”.
Wspominając o Lennonie i współtworzeniu popkultury, nie mogę nie zapytać o “Give peace a chance” z 1969. Jak to się stało, iż znalazłaś się w tym nagraniu?
Występowałam w Montrealu, zresztą nie po raz pierwszy. Musisz wiedzieć, iż jeżeli jesteś gwiazdą francuskojęzyczną, to jesteś popularny we wszystkich frankofońskich państwach. Kiedy więc byłam w Kanadzie pierwszy raz przed laty, rzeczywiście byłam już rozpoznawalna. Występowałam z “one woman show” po francusku. Potem zdarzyło się “Downtown” i wszystkie następne anglojęzyczne hity. Tym więc razem, będąc w Kanadzie, byłam już światową gwiazdą. Postanowiłam zrobić dwujęzyczne show. Niestety to spotkało się z dużą krytyką.
To chyba zgrało się z konfliktem wewnętrznym Kanadyjczyków.
Dokładnie tak. Anglojęzyczna publiczność nie chciała, żebym śpiewała po francusku. A z kolei francuskojęzyczna, żebym wykonywała angielskie piosenki. To był ciężki moment i wiele krytyki się na mnie wylało, bo każdego wieczora śpiewałam jednak konsekwentnie w obu językach. Bardzo mnie to dręczyło. Nie wiedziałam, co mogę z tym zrobić. W gazecie przeczytałam, iż John Lennon i Yoko Ono są w mieście i robią swój “bed-in”.
Znałaś ich wcześniej?
Nie. Nigdy ich choćby nie spotkałam. Ale pomyślałam, iż muszę porozmawiać z kimś spoza mojego otoczenia. Chciałam się poradzić. Jednego wieczoru po koncercie poszłam do hotelu, w którym John i Yoko się zatrzymali. Padał straszliwy deszcz. Kompletnie przemokłam. Concierge powiedział mi na wejściu, “Bonsoir, Madame Petula”. Odpowiedziałam, “Bonsoir, chciałabym zobaczyć się z Johnem Lennonem”. Wskazał mi drogę.
Nie było tam żadnej ochrony?
Nie, nikogo. Dotarłam na ich piętro. Drzwi były na wpół otwarte. Weszłam i stanęłam przed łóżkiem, w którym leżeli John i Yoko. Zostawiałam za sobą kałuże wody. John popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Chyba nie do końca wiedział, co widzi. W końcu powiedział, “czy to ty, Petula?”.
Rozpoznał cię!
Tak! Odpowiedziałam mu, iż to ja. I przez cały czas stałam tam mokra i na dodatek zalana łzami. John gwałtownie powiedział, żebym podeszła. Mocno mnie przytulił. Zaczęliśmy rozmawiać. To była świetna rozmowa. Nie powiem ci, co mi powiedział, ale bardzo mi to pomogło. Po wszystkim wysłał mnie do drugiego pokoju, żebym wzięła sobie coś do picia. Było tam sporo ludzi. Z głośnika wydobywała się jakaś melodia. Ktoś dał mi kartkę z tekstem. Popatrzyłam na nią i po chwili wszyscy zaczęli śpiewać do tej lecącej muzyki. To było właśnie “Give peace a chance”. Nie wiedziałam – nikt z nas nie wiedział – iż bierzemy udział w nagraniu.
Kiedy zorientowałaś się, iż z to nagranie stało się hitem?
Usłyszałam to chyba w radiu, jak i zresztą cały świat. W tym utworze śpiewają dziesiątki, jak nie setki, osób. Nie słychać mnie za bardzo. Ale jestem tam, wierz mi. I bardzo jestem z tego dumna.
To był jedyny raz, gdy spotkałaś się z Lennonem?
Później spotkałam go jeszcze kilka razy. Tak samo Yoko. To były już krótkie, przelotne spotkania. Ale zawsze wspominał, iż pamięta, jak stałam przed ich łóżkiem w wielkiej kałuży i jak przemoczyłam ich dywan. To był wspaniały człowiek. Na miarę wspaniałych lat 60-tych.














